Nie chcę się spotykać, nie chcę rozmawiać. Gdy ktoś dzwoni, proszę o smsa. Nie chcę słuchać.
Mama powtarzała, że ludzie przeważnie do niej dzwonią, gdy chcą się wygadać.
Też tak czuję.
Zdawkowe "co u Ciebie", a potem półgodzinna opowieść o własnych sprawach.
Zadzwoniła do mnie, chociaż to mój mąż jest jej krewnym.
- Jak tam dziewczynki? - spytała.
- Starsza... - zaczęłam, ale mi przerwała.
- Córka mojej kuzynki była na wycieczce niedaleko miejsca, gdzie mieszka twoja córka. Opowiadała, że tramwaje jeżdżą tam niezwykle punktualnie, można według nich zegarki nastawiać, a na ulicach jest taki porządek, że... - ruszyła z impetem, nie zważając na mnie. Najwyraźniej nie przeszkadzało jej, że przestałam się odzywać.
Chciała mówić.
Opowieść trwała kilkanaście minut.
Córka jej kuzynki była tam na wycieczce. Ja spędzam tam kilka tygodni w roku. Zna te opowieści z ust osoby, której z kolei opowiadał ktoś inny. I opowiada mi te nieprawdziwe historie, chociaż ja znam życie "tam" z ust własnej córki. Nie bierze pod uwagę tego, że mogę coś wiedzieć lepiej niż ona? Nie rozumie, że mogę generalnie coś wiedzieć?
To tylko przykład. Ludzie robią tak nagminnie. Koleżanka z pracy zrobiła mi wykład na temat dziedziny, którą od prawie 30 lat zajmuje się mój mąż. Bo ktoś z jej rodziny rozmawiał z pewnym ekspertem i ona powtarzała mi to, co jej opowiedział. Słuchając jej, zastanawiałam się, czy tym ekspertem nie był czasem mój mąż. Ale chyba nie. Mam nadzieję, że nie, bo poziom wypowiadanych bzdur był tak duży, że nawet ja zdawałam sobie sprawę, że to opowieść wyssana z palca.
To chyba moja wina, że tak się dzieje. Nie potrafię być asertywna. Słucham i umieram. Odpadają mi kawałki ze środka. Gdy robiłam sobie test osobowości, jedno z pytań brzmiało: Czy dochodzisz swoich racji, gdy masz podejrzenie, że sprawisz komuś przykrość?
Szłyśmy razem do pewnego miejsca w naszym mieście. Mieszkam w tym mieście ponad 40 lat i naprawdę znam układ ulic w centrum.
- Idziemy w lewo czy prosto? - spytała na skrzyżowaniu.
Zaczęłam się śmiać, bo myślałam, że to żart. Gdybyśmy poszły w lewo, miałybyśmy do pokonania znacznie dłuższą drogą.
- Może najpierw ustalmy, czy obie idziemy w to samo miejsce - zaczęłam wesoło.
Spojrzała na mnie z wyrzutem.
- Oczywiście, że w to samo. Możemy iść w lewo albo prosto. Droga będzie taka sama. Dojdziemy
w obu przypadkach.
Patrzyłam z osłupieniem. Mieszkam w tym mieście ponad 40 lat. Ona - zaledwie sześć. Powiedziałam, żeby prowadziła tak, jak chce. Na szczęście wybrała tę zdecydowanie krótszą trasę...
Odpadł mi kolejny kawałek ze środka.