Codziennie bardzo wcześnie rano jeżdżę do niego, żeby sprawdzić, czy czuje się dobrze.
W sześciu miskach z wodą codziennie znajduję drobne piórka. Kąpią się w nich ptaki. Nawet gdy stoję obok, kosy wskakują do wody i śmiesznie zanurzają głowy, a potem strząsają krople na grzbiety i skrzydła. Nie przeszkadza im, że patrzę. Jak w japońskiej łaźni.
Posadziłam dużo kwiatów i sprawdzam, czy nie jest im za chłodno. Liczę na to, że zimni ogrodnicy okażą się w tym roku głupim przesądem, a nie ludową prawdą.
Na naszym balkonie pracuje stado pszczół murarek. Zalepiają wszystkie otwory w przygotowanych dla nich rurkach i dziurkach. Nie są tak piękne jak pszczoły miodne, ale wzbudzają nasz zachwyt. To niesamowite, że kilka pszczół, jedna obok drugiej, zamurowują otwory wywiercone w pieńku. Przelatują obok nas, niemal ocierają się o nasze ciała, ale nie zwracają na nas najmniejszej uwagi. No bo o czym miałyby z nami rozmawiać?!
Młodsza córka jedzie jutro do Berlina.
Starsza ma w domu mysz i próbuje ułożyć z nią relacje tak, żeby mysz sama odeszła.
- Moja współlokatorka wyrzuciła trutkę na myszy do normalnych śmieci. Jestem na nią zła. Nie powinno się tak robić, przecież na wysypisku żyją zwierzęta i teraz się przez nas potrują - mówi starsza przez telefon, a ja martwię się zwierzętami na wysypisku, jednocześnie ciesząc się, że moja córka myśli o takich sprawach.
- Stresuję się, gdy pytasz mnie, do której torby zamierzam się spakować - mówi młodsza. - Już jestem spakowana i zmieściłam wszystko do małej torby. Wyjeżdżam tylko na tydzień. Większość rzeczy zakładam przecież na siebie.
Nastolatka spakowała się na tydzień do małej, podręcznej torby. O, losie. Jestem szczęśliwa.