
- To miał być spokojny, niedzielny spacerek. Chciałam wokół jeziora, ale mąż sprawdził, że linia brzegowa ma 8 km, a my chcemy przecież spokojnie i niedzielnie, więc to za daleko. Nad rzekę. Kawałek w tę, kawałek z powrotem, zjemy pączki, wypijemy sok i wrócimy. Zaparkowaliśmy kawałek od rzeki, bo rezerwat nie pozwalał wjechać przednimi kołami do wody. I tu zaczęły się schody. Wszystkie komary z zachodniej Polski zjechały właśnie na biwak nad naszą rzekę. Na skutek niewyjaśnionych zjawisk geograficznych rzeka przesunęła się kilka kilometrów na południe, co spowodowało, że doszliśmy do niej po godzinie. Potem wybraliśmy krótszą trasę, bo zmęczenie dawało się wszystkim we znaki. I komary. Krótsza trasa wydawała się delikatnie oddalać nas od samochodu. Dopiero jakaś mądrość w telefonie komórkowym potwierdziła nasze przypuszczenie, że samochód istotnie jest coraz dalej. Odsuwał się od nas. Po piątym pytaniu "kiedy dojdziemy", gdy znowu padła odpowiedź "już niedługo", córki straciły do nas zaufanie.
Podsumowanie: rzeka zmieniła położenie geograficzne, zaparkowany samochód to złośliwy uciekający grat, 8 km wzdłuż linii brzegowej to dla nas za mało na niedzielny, rodzinny spacer. Przeszliśmy 8,5...