
Powód do dumy mam wielki, więc się pochwalę:
pierwszy raz w życiu wykazałam się niebywałą asertywnością.
Podczas półtoragodzinnej rozmowy ani razu nie dałam się zbić z tropu.
No, może nie była to wyłącznie asertywność, bo też sporo "mam rację, a ty nie masz racji", a także obfita ilość "prosisz o szczerość - to nie marudź gdy ją dostajesz", ale mimo to czuję się dumna.
Nie dałam się zaszczuć, broniłam swego, zdawałam sobie sprawę z własnego stresu, potrafiłam go zlokalizować w swoim ciele i udało mi się opanować niewiarygodny ucisk gdzieś pomiędzy piętami a trzewioczaszką.
Usta mi wysychały, co świadczy o tym, że adrenalinę miałam w każdym zakątku ciała.
Moje córki, które słyszały tę rozmowę, pierwszy raz miały okazję podziwiać swoją mamę jako walczącą harpię, kobietę-wojownika i tytułową bohaterkę filmu "Lwica Elza". Po wszystkim uznały, że byłam wspaniała. Szykuję miejsce dla Oscara za pierwszoplanową rolę żeńską.
Przy rozstaniu usłyszałam, że rozmowa ze mną nie ma sensu, bo stoję twardo na swoim stanowisku. I to był najpiękniejszy komplement, jaki usłyszałam w życiu.
Czuję, że dzisiaj mogłabym wszystko!
A to, co powiewa za moimi plecami, to nie wiatr. To efekt ruchu moich skrzydeł. U ramion.