Jechaliśmy na wakacje w największej możliwej ulewie. I jak to w życiu bywa, właśnie wtedy w oponie zrobiła się dziura wielkości Rowu Mariańskiego. Na drodze ekspresowej. Assistance, laweta, brak możliwości wejścia na lawetę całej rodziny, organizowanie ewakuacji, przepakowywanie się - same atrakcje.
Wróciliśmy do domu po drugi samochód. Mniejszy. Przepakowaliśmy nasze rzeczy z walizek w miękkie torby, żeby upchnąć je w znacznie mniejszym bagażniku. I tak, w okropnej ulewie dojechaliśmy na miejsce, chociaż samochód po drodze zachowywał się dziwnie. Nie dał się równo prowadzić, tylko ślizgał się na drodze, szczególnie na zakrętach.
Drugiego dnia pobytu spory huk spod maski drugiego samochodu zatrzymał nas na wąskiej, acz uczęszczanej drodze. Urwała się rurka od czegoś ważnego. Bez szans na dalszą jazdę. Assistance drugiego samochodu, druga laweta, samochód zastępczy. Nasz samochód trafił do serwisu. Będzie naprawiany już po naszym powrocie do domu.
Dziś zadzwoniono do nas z serwisu - samochód jest już naprawiony, ale gdy panowie go przestawiali, zauważyli, że dziwnie ślizga się podczas jazdy, szczególnie na zakrętach.
- O panie drogi, tak się nie da jeździć. My to panu naprawimy - rzekł pan z warsztatu, a Kalina pomyślała, że to nieprawda, bo przecież jechała tak całą drogę w koszmarnej ulewie. Ale Kalina jeździ spokojnie, więc co tam ona wie.
W ten sposób Kalina będzie miała samochód z nową rurkę i bez zbędnych poślizgów.
Podsumowanie wakacji:
trzy samochody, dwie lawety, cholerne ulewy, stresy i ciągłe przepakowywanie się do kolejnego samochodu.