
- Od czasu do czasu napada na człowieka ochota na wielki kawał pieczonego mięcha. Takiego, które jeszcze niedawno biegało na czterech nogach po łąkach i lasach. Nabyłam ów kawał drogą kupna.
Do mięsa dołączona była instrukcja przyrządzania: że najpierw patelnia, potem piekarnik, ile czasu, w jakiej temperaturze... No nic, tylko robić, jeść i przypominać sobie swoje jaskiniowe korzenie.
Po dokonaniu wszystkich punktów zgodnie z instrukcją należało wyjąć mięso marzeń z piekarnika i pozwolić mu zrelaksować się przed jedzeniem. Obsmażyłam, upiekłam, wyjęłam i uznałam, że mięso jest... nie do końca upieczone, żeby nie powiedzieć: kompletnie surowe. Uznałam, że nawet ja, miłośniczka niedopieczoności, nie będę w stanie zjeść mięsa, w którym włókna białkowe są w stanie zupełnie nienaruszonym.
Umieściłam wspomniany kawał żarcia ponownie w piekarniku, przedłużając czas pieczenia o połowę. Piekarnik zadzwonił, mięso wyjęłam. Zgodnie z instrukcją zapewniłam mu godziwy odpoczynek. Pełen relaks. Dojrzewanie przed obiadem.
Niestety, był to zdecydowanie relaks jednostronny, gdyż trudno mi było się relaksować, widząc coś tak pysznego i jeszcze na dodatek wąchając zapach, który do mięsa dołączony był gratisowo.
Po kilkunastu minutach powstrzymywania się od pożarcia pieczeni zaczęłam kroić mięcho jak przykazano i ku mojemu zaskoczeniu zauważyłam, że wyciekający z niego płyn do złudzenia przypomina czystą, żywą krew. Mięso było surowe.
Nie zebrałam wyciekającego płynu na czerninę, czego żałuję...
Pokroiłam kawał świni na plastry, wsadziłam do piekarnika, ustawiłam funkcję: grill i teraz czekam, aż wyjdzie z mojej wspaniałej pieczeni cokolwiek, co nie będzie na talerzu przypominać scenografii do filmu "Teksańska masakra piłą mechaniczną".