środa, 23 listopada 2016

świeczkę

wkaliszu.pl
- Co roku jesienią, w jakiś ładny, słoneczny dzień jedziemy do rodzinnego miasta moich rodziców, żeby zapalić świeczkę na grobach przodków. A że przodkowie pochodzili z najróżniejszych zakątków świata i zapuścili korzenie w jednym miejscu na skutek perturbacji historyczno-wojennych, ich groby znajdują się na najróżniejszych cmentarzach.
     Cmentarz prawosławny, uznany za zabytek, niszczeje w ciszy i spokoju, zamknięty na klucz przed młotkami i sprayami zwiedzających. W zeszłym roku pewien pan z kamerą w ręku podszedł do mnie, gdy stałam przed grobem mojego dziadka, i opowiedział, że filmuje to miejsce o różnych porach dnia, ponieważ dostał zlecenie na przygotowanie tła do mrocznych gier komputerowych. Taka kolej rzeczy...
     Cmentarz ewangelicki, zarośnięty cudnymi bluszczami, wygląda coraz bardziej jak skansen miniatur. Przecudnej konstrukcji groby, pozbawione wszelkich metalowych elementów, przypominają kamienice, zameczki, wiejskie domy i baszty. Krzyże już dawno zasiliły okoliczne skupy złomu.
     Stary cmentarz katolicki wygląda jak skrzyżowanie włoskich uliczek z cmentarzem na Rossie, a retuszowane fotografie straszą czerwonymi ustami i błękitnymi oczami.


    

poniedziałek, 21 listopada 2016

homeopatię

metlab.pl
- Wierzysz w homeopatię?
- Nie.
- Dlaczego?
- Nie wiem. Nie wierzę i już. Ale kiedyś brałam coś homeopatycznego i pomogło.
- To dlaczego mówisz, że nie wierzysz?
- Bo w to się nie da wierzyć. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że homeopatia nie ma prawa działać.
- Ale sama mówisz, że działa.
- Ale nie wierzę.

niedziela, 20 listopada 2016

kilometrów

digart.pl
- Przecież na wyświetlaczu pojawia ci się informacja, ile kilometrów możesz jeszcze przejechać.
- I pojawiła się. 44. Po dwóch kilometrach było już 32, a po dwóch kolejnych 27. Potem zamiast kilometrów pojawiła się uspokajająca linia, zupełnie jakby pacjent zmarł...
- I co zrobiłaś?
- Zjechałam na najbliższy parking i tam czekałam na męża. Naturalnie znajdowałam się w takim miejscu, że aby do mnie dojechać, mąż musiał pojechać ponad 40 kilometrów dalej, bo nie ma wcześniej zjazdu z autostrady i nie mógł zawrócić. Dzięki całej tej imprezie ja spędziłam godzinę w zimnym, ciemnym samochodzie, a mąż zrobił sobie 100-kilometrową wycieczkę. Do pozytywów należy zaliczyć, że już włożyłam koc do bagażnika. I butelkę z wodą mineralną. I wiem także, że należy wozić ze sobą jakąś książkę. Najlepiej taką, której nie ma się ochoty czytać, ale którą przeczyta się w sytuacji awaryjnej. No i najlepiej jeździć wyłącznie latem, bo gdy temperatura dochodzi w porywach do plus 4, wieje wicher stulecia, a z nieba bezustannie ktoś wylewa wiadra wody, czas płynie wolniej... Dużo wolniej... A zwalnia jeszcze bardziej, gdy w zupełnej ciemności parkuje obok ciebie czarne audi, wysiada z niego czterech bardzo rozrośniętych panów w krótkich kurteczkach i dresowych kapturach i zaczynają przepakowywać coś w bagażniku. Miałam początkowo wrażenie, że robią dla mnie miejsce...