Kalina chodzi na terapię. Psychoterapię. Nazywa się ona warsztaty ceramiczne i nie ma nic wspólnego z psychologią. A jednak...
Cudowna atmosfera. Wspaniała muzyka. Warsztatowa mistrzyni, dojrzała kobieta, nie zwraca uwagi na to, czy ktoś ma siwe włosy, czy jest uczennicą podstawówki. Nie przejmuje się, że nie pamięta naszych imion, pamięta za to doskonale, kto co rzeźbił i czy dzieło przetrwało pobyt w piecu.
Wszyscy cieszą się, gdy czyjś kubek nie pękł podczas wypału, a poproszeni o radę mówią zwykle: też nie wiem.
Rozmawiamy o psach, lumpeksach, zmianie trasy tramwaju, fartuchach i wyjącej spłuczce - czyli o tym wszystkim, z czego składa się życie szczęśliwych ludzi. Śmiejemy się z glinianych opowieści i podziwiamy dzieła, stojące na regałach. Komentujemy nazwy szkliw. Gawędzimy o sprawach najważniejszych, jedynych, które warto rozważać. Kto chce, ten pije wino bezalkoholowe i podjada mandarynki. I ukradkiem pożera ciastka owsiane tak, żeby pies właścicielki nie zorientował się, że leżą na półce.
- Zgubiłem cyklinę - mówi młody mężczyzna, który lepi kolejny czerwony kubek (wszystkie poprzednie pękły w piecu).
- Fajnie, że pokryłaś szkliwem całą miskę. Ładnie wygląda. Równa warstwa. To teraz jeszcze tylko zmyj cały spód i będzie idealnie - mówi mistrzyni warsztatowa, która ma dar przedstawiania wad jako zalety.
Kalina w tym tygodniu czeka na efekt wypału oszkliwionej angoby i dwóch czarek kurinuki.
Kurinuki zachwyca Kalinę najbardziej. Jest tak proste, że aż czuć ból gliny podczas jego powstawania. I tak doskonałe, że człowiek i glina natychmiast zapominają o tym bólu.