U naszych sąsiadów wybuchł wczoraj pożar. Zapaliła się zmywarka, ale równie dobrze mogła to być ładowarka, suszarka, pralka albo lampka nocna.
Gdyby nie mała gaśnica, spaliłoby się pewnie ich całe mieszkanie, bo wszystkie sprzęty w domu są palne: stoły, szafki, podłogi, zasłony, nawet plastikowe obudowy, a płomienie rosły w oczach. Po minucie sięgały sufitu. Czarny dym wypełnił cały budynek i utrudniał oddychanie.
Obrazek jak kiepskie ujęcie z niskobudżetowego filmu, tylko że ostateczny budżet byłby większy i aktorzy mało profesjonalni - biegający pomiędzy mieszkaniami w poszukiwaniu gaśnicy, latarek i telefonu, sprawdzający, czy na pewno w palącym się mieszkaniu nie ma pozostałych domowników.
Straż pożarna przyjechała po 15 minutach, więc gdyby nie wspomniana gaśnica, strażacy dopalaliby zgliszcza.
I teraz puenta: macie w domu gaśnicę? Jest sprawna?
piątek, 12 października 2018
wtorek, 9 października 2018
spólgłosek
Starsza córka pożyczyła ode mnie na chwilę laptopa, bo chciała pobrać "jakieś pliki".
Następnego dnia siadam do pracy i oczom nie wierzę. Na moim pulpicie znajduje się kilka nowych ikonek o zaskakujących nazwach.
Otwieram pierwszy z plików, a tam tekst składający się przeważnie ze spółgłosek, ułożonych w dość długie zestawy. Długi tekst. Na kilkadziesiąt stron.
W następnych to samo. To znaczy - prawie to samo. Wygląda to jak fragmenty jakiejś prozy, w której każde słowo składa się z losowo ułożonych obok siebie spółgłosek, od czasu do czasu przedzielonych samogłoskami. Coś jakby fonetyczny zapis suchego kaszlu, albo nawet chrapania buldoga francuskiego, który cierpi na katar jelit...
Wiedzieć, że córka uczy się dziwnych języków, to jedno. Znaleźć na własnym komputerze tekst napisany w jednym z takich języków, to jednak zupełnie inne doświadczenie... :-)
Następnego dnia siadam do pracy i oczom nie wierzę. Na moim pulpicie znajduje się kilka nowych ikonek o zaskakujących nazwach.
Otwieram pierwszy z plików, a tam tekst składający się przeważnie ze spółgłosek, ułożonych w dość długie zestawy. Długi tekst. Na kilkadziesiąt stron.
W następnych to samo. To znaczy - prawie to samo. Wygląda to jak fragmenty jakiejś prozy, w której każde słowo składa się z losowo ułożonych obok siebie spółgłosek, od czasu do czasu przedzielonych samogłoskami. Coś jakby fonetyczny zapis suchego kaszlu, albo nawet chrapania buldoga francuskiego, który cierpi na katar jelit...
Wiedzieć, że córka uczy się dziwnych języków, to jedno. Znaleźć na własnym komputerze tekst napisany w jednym z takich języków, to jednak zupełnie inne doświadczenie... :-)
poniedziałek, 8 października 2018
dentysty
- O, jak miło, że przyszłyście, Kalino i córko Kaliny! Bardzo się cieszę!
- My też się cieszymy, mamo! Wracamy od dentysty i nie możemy jeść przez godzinę. Ani pić.
- Ach, rozumiem. A napijecie się czegoś?
- No właśnie nie możemy nic pić. Przez godzinę.
- Ach, no tak. Zapomniałam. Rozbierzcie się i siadajcie. Zjecie coś?
- Nie możemy jeść, mamo, bo wracamy od dentysty.
- Ach tak? A co u ciebie, córeczko Kaliny? Może masz ochotę na pyszne ciasteczko?
Bycie babcią to poważna sprawa. Nie można się drobnostkami przejmować i tracić z oczu priorytetów. ;-)
- My też się cieszymy, mamo! Wracamy od dentysty i nie możemy jeść przez godzinę. Ani pić.
- Ach, rozumiem. A napijecie się czegoś?
- No właśnie nie możemy nic pić. Przez godzinę.
- Ach, no tak. Zapomniałam. Rozbierzcie się i siadajcie. Zjecie coś?
- Nie możemy jeść, mamo, bo wracamy od dentysty.
- Ach tak? A co u ciebie, córeczko Kaliny? Może masz ochotę na pyszne ciasteczko?
Bycie babcią to poważna sprawa. Nie można się drobnostkami przejmować i tracić z oczu priorytetów. ;-)
Subskrybuj:
Posty (Atom)