Pobił cztery kobiety, zdemolował kilka stołów, krzeseł i usiłował zniszczyć drzwi. Ostatecznie próbowało go okiełznać sześć kobiet. Dały radę, ale wszystkie mocno to przechorowały.
To nie był lew w klatce, niedźwiedź brunatny, albo pijany bokser wagi ciężkiej. To był drobniutki, malutki pierwszoklasista o poważnych zaburzeniach psychicznych, z zagrożeniem niedostosowaniem społecznym, który uspokojony opowiadał, że dzisiaj gorzej sobie poradził, bo zwykle nie daje się tak szybko pokonać. Używa języka tak wulgarnego, że od razu nasuwa się pytanie, jak często musiał słuchać chamskich zwrotów, skoro stosuje je tak biegle, w dobrym kontekście i poprawnej formie gramatycznej.
I nie, nie obwiniam dziecka. Ono jest ofiarą okoliczności, w których wzrastało, rodziny, w której się rozwijało i walki o zaspokajanie swoich potrzeb od najmłodszych lat. Teraz jest odebrany z rodziny biologicznej. Późno. Chyba za późno. I tylko czy ktoś wie, co dalej...?