sobota, 3 marca 2018

meteorologii

Wyobrażam to sobie tak:
w Instytucie Meteorologii zatrudniają trzy panie. Co godzinę dzwonią do każdej z nich i pytają:

koniec-swiata.pl
- I jak tam, pani Haniu, jak pani czuje?
- Minus osiem, panie kierowniku.
- Dziękuję. Do usłyszenia za godzinę.

- Halo? Pani Krysiu, jak pani czuje?
- Minus jedenaście, panie kierowniku.
- Dziękuję, pani Krysiu. Zanotowałem. Do usłyszenia za godzinę.

- Pani Kasiu, jak pani czuje?
- Minus siedemdziesiąt trzy, panie kierowniku.
- Oh, bardzo dziękuję, pani Kasiu. Zapisuję: minus siedemdziesiąt trzy...

Potem kierownik wyciąga z tego średnią arytmetyczną i podaje do publicznej wiadomości:
Instytut Meteorologii informuje, że odczuwalna temperatura wynosi tyle i tyle.

Czy oczywiste jest dla wszystkich, że w moim wyobrażeniu pani Kasia tylko udaje, że jest panią Kasią? Tak naprawdę ma na imię Kalina...

piątek, 2 marca 2018

decyzji

Wojewódzka Biblioteka Lublin
Mąż twierdzi, że mam problemy z podejmowaniem decyzji, dotyczących moich przyjemności i rzeczy dla mnie. Wysunął tę hipotezę po tym, jak po trzech dniach zastanawiania się w końcu zdecydowałam się pójść raz jeszcze do porcelanowego lumpeksu w Danii i nabyć 6 sztuk chińskich przecudnych filiżanek po 4 euro każda. Na moich oczach filiżanki kupiła jakaś pani. Podobnie miała się sprawa z wieloma innymi rzeczami, które w sposób wręcz wzorcowy przeszły mi koło nosa.

Mąż zamieszkuje obecnie lokal szpitalny, co oznacza, że sama podejmuję decyzje domowe wszelkie. O kolekcji obrazów na ścianach już pisałam (ale chętnie się powtórzę, bo je uwielbiam!), ale niedawno dokonałam wręcz cudu decyzyjno-podejmowalniczego.
Otóż zatem więc:
Znajoma biblioteka przeprowadza się do innego lokum. Pakują cały księgozbiór i hejże do budynku, który olśni każdego, nawet niepiśmiennego. W związku z tym zmieniają również umeblowanie.
Postanowiłam skorzystać z okazji i spełnić marzenie odwieczne. I stało się: w moim samochodzie znajduje się stary katalog biblioteczny. Przywiozłam go własnymi, że tak powiem, ręcami. Ponieważ znajoma biblioteka mieści się w odległości 4 godzin jazdy samochodem od mojego domu, spędziłam dziś błogie 10 godzin za kierownicą (bo, jak wiadomo, jeżdżę wolniej niż inni, zwłaszcza gdy mam samochód wypakowany po dach ciężką, ogromną komodą-katalogiem).
Teraz jeszcze tylko muszę tę komodę jakoś wypakować, co wydaje się być niemożliwe, biorąc pod uwagę fakt, że do samochodu wpakowały ją wraz ze mną cztery osoby...
Na razie cieszę się z komody, cieszę się, że nie musiałam ani razu ostro hamować (bo wtedy katalog znalazłby się na moich plecach), cieszę się, że marzenia się spełniają, a martwić się o wypakowanie będę jutro. Skoro udało się go włożyć, prawdopodobnie powinno się udać go także wyjąć. W najgorszym razie będę już zawsze jeździć z katalogiem, zajmującym 2/3 wnętrza mojego samochodu. Ale to nic. Piękny jest. ;-)

czwartek, 1 marca 2018

telefonie

- Mamo, dlaczego ty masz wszystkich powpisywanych tak dziwnie w telefonie?

dreamstime.com
- Jak to dziwnie, Kalinko? To można inaczej?
- No wiesz, każdy sam decyduje, ale dlaczego masz na początku takie dziwne litery? Na przykład numer cioci Ewy opisany jest jako "ag Ewa dom tel nr", a z kolei cioci Hali jako "ac Hala 3 tel nr"?
- Bo to był kiedyś twój telefon, Kalinko i ty tak miałaś powpisywane różne osoby i ja myślałam, że tak powinno być.
- Mamo, ja tylko te osoby, do których najczęściej dzwoniłam, wpisywałam jako "aa mama", albo "aa Ania", żeby mi się na początku listy pojawiały.
- A ja już przy tym zostałam i też tak wszystkich wpisuję, ale jadę kolejnymi literami alfabetu po "a", Teraz to już do "am" doszłam. Też się dziwiłam, że wszystkich trzeba mieć na "a", ale nie chciałam pytać...

cytat

cytat dnia:



wiosłujesz i wiosłujesz
próbując utrzymać tempo
polskieradio.pl
omijasz wystające z wody głazy
i bronisz się wiosłem przed wskakującymi
na plecy piraniami

woda zalewa ci oczy
a to co poniżej pasa od dawna tkwi
w zimnej wodzie

obyś tylko zorientował się
czy nie płyniesz pod prąd
zanim zobaczysz przed sobą wodospad
spadający na ciebie z góry

wtorek, 27 lutego 2018

zalogowania

Nastała wiekopomna chwila.

Jeśli dotychczas Kalina twierdziła, że ma sporo zajęć i z trudem wiąże dwie wskazówki jednego zegara, oraz że ma łeb wypchany problemami wszelkimi tak, że szwy między ciemieniem a potylicą spina co rano wsuwką do włosów, to kłamała.
Mama Kaliny założyła sobie konto na facebooku.

Gdy mama poinformowała Kalinę, że założyła konto pod nazwą "Mama Maliny", Kalina umarła. Natychmiast zmartwychwstała i spytała mamę, dlaczego ach dlaczego i czy nie ma innych metod na spędzanie wolnego czasu. Może kino? Może klub modelarski? Może warsztaty lepienia kulek z chleba? Może Caritas diecezji londyńskiej?
blasty.pl
Powód zalogowania się mamy na tym portalu ("bo wszyscy mówią, Kalinko, że Ty ciągle umieszczasz informacje o swojej pracy na facebooku a mi nic o tym nie mówisz") jest o tyle zaskakujący, co oparty na kłamstwie i pomówieniach. Ale jak tu powiedzieć mamie, że zawsze ach zawsze Kalina mówi jej, gdzie i po co jedzie do pracy, tylko że mamy pamięć działa dość wybiórczo...
Mama przysięgła na "Biblię", na "Pana Wołodyjowskiego" i na "Kuchnię polską", że nikogo nie zaprosiła do znajomych, bo po co. I nikogo zapraszać nie zamierza.
Kalina odsapnęła z ulgą i uspokojona wróciła do domu. Niech mama sobie ogląda na facebooku co chce, przecież ma to zagwarantowane w ustawie zasadniczej.

W domu Kalina odpaliła facebooka i oniemiała. Jak byk Maruś Zuckerberg machał do niej informacją, że mama zaprasza Kalinę do grona swoich znajomych.
Błądzić jest rzeczą ludzką. Mamie mogło się raz zdarzyć. Niech i tak będzie.

Ale gdy wieczorem Kalina przeczytała na messengerze pytanie od swojego bardzo dalekiego znajomego, czy Kalina zna może osobę o kryptonimie Mama Maliny, gdyż albowiem osoba ta...

Co było dalej w wiadomości, Kalina nie wie. Umarła po raz drugi tego samego dnia. Zmartwychwstanie w toku.

pochwalić


Prawdopodobnie przy bliższym przeglądaniu mojego bloga można zauważyć, że pilnuję swojej nieoczywistości blogowo-internetowej jak pies własnego ogona.
Żadnych imion, adresów, zdjęć z dziećmi na basenie czy ślubnych fotek podczas rozwodu. Żadnej twarzy, ręki, nogi czy nazwiska. Żadnego zapraszam na Kwiatową 8. Nie, nie, nie.

Ale jednak nadeszła wiekopomna chwila, gdyż albowiem chcę się pochwalić.
Otóż: zmuszona dłuższym niepobytem męża w naszych wspólnych domowych pieleszach postanowiłam wsiąść na traktory, chwycić za kilofy, podkasać rękawy od flanelowej koszuli w kratę i popuścić nieco zbyt wysoko podciągnięte szelki od spodni drwala.
Nauczona przez męża w czasach tuż-przed-szpitalnych obsługi wiertarki udarowej, wykorzystuję tę wiedzę w stopniu zaawansowanym i wiercę we wszystkim, co mi stanie przed oczami. Ostatnio było to kilka ścian.
Być może dwa dotychczasowe wątki wydają się dość odległe, ale w tym oto miejscu nieoczekiwanie łapię je w jedne pęk i dochodzę do sedna jądralnego orzecha: chcę się mianowicie pochwalić licznemi dziurami w ścianach, w których umieściłam tzw. kołki (wbijanie kołków okazało się zaiste drobnostką) na których to powiesiłam moją kolekcję sztuki.

Przed Wami Międzynarodowa Galeria Peggy Guggenheim-Kwiatowej:
Anioł z duszą astrologa-harfisty

Baran o aspiracjach horoskopalnych

Kot z wrednym uśmiechem i księżycowym sercem

Portret mojej rodziny po zmroku

Wichrów

Miś ze spojrzeniem wnikliwym

Kolędnicy po trzech głębszych






Jak wyżej: Kacper, Melchior i Belzebub
 
A wszystko to autorstwa Diabła w buraczkach, któremu składam niniejszym uszanowanie!
I niechaj Aniołowie w niebiesiech śpiewają hymny pochwalne (albo chymny pohwalne) na cześć Twego Diabelskiego talentu, o miszczyni papieru i barwnika!!!
Zaznaczę tylko nieskromnie, że nie są to wszystkie prace ww. artystki, które posiadam, gdyż...

... mała uwaga od mojej młodszej córki:
Mamo, powiedz tej pani, że nie powinna robić rysunków na dwóch stronach tej samej kartki! My tego potem nie możemy powiesić, bo nam zawsze żal tej strony, której akurat nie będzie widać!
Rzekłam więc, o boska. Tfu, tfu! O diabelska!

niedziela, 25 lutego 2018

zmienił

Świat się zmienił.
Napisy na kremach drukowane są w taki sposób, że można je przeczytać.
Smsy w telefonie można odszyfrować nawet przy kiepskim oświetleniu.
Gdy do rękawa swetra przyczepi się włos, można go bez problemu zdjąć.
Widać, że kulki do kąpieli składają się z maleńkich ziarenek.
Nazwy ulic pisane są czytelną czcionką.
Ludzie po drugiej stronie ulicy mają twarze.
Skraca się ręka, zwłaszcza podczas czytania książek.
Gdy trzyma się na kolanach świnkę morską, można przyjrzeć się jej chorym ząbkom.
Depilowanie brwi nie wymaga ekwilibrystycznych popisów w rodzaju: jak tu się jednocześnie odsunąć i przysunąć do lustra.
Widać tablice rejestracyjne samochodów jadących daleko z przodu.
I wiele, wiele innych zmian.

A wszystko to, bo poszłam do optyka i kupiłam dwie nowe pary okularów. Z silniejszymi szkłami. Jedną do czytania, drugą do życia.