środa, 15 lutego 2017

marcu

Połowa stycznia, przez telefon:
gulf job portal
- Mamo, właśnie cię zarejestrowałam do lekarza, ale nie mam gdzie zapisać daty wizyty. Możesz sobie wpisać od razu w kalendarz? 15 lutego o 16.00. Już? No, to przypomnij mi kilka dni wcześniej, żebym z tobą przyjechała.

Początek lutego, przez telefon:
- Mamo, sprawdź w kalendarzu kiedy masz tę wizytę u lekarza, bo będę ustalać terminy moich spotkań.
- Kalinko, ta wizyta jest dopiero za miesiąc.
- A nie w lutym?
- Nie. W marcu. 15 marca.
- Mamo, a sprawdź w kalendarzu, czy to jest środa. Bo lekarz przyjmuje tylko w środę, a mnie się jednak wydaje, że to w lutym miało być.
- Nie, 15 marca, środa. Wszystko się zgadza.
- No to super. I przypomnij mi kilka dni wcześniej, żebym z tobą pojechała.

15 lutego, w południe:
- Kalinko, zadzwoniła do mnie pani z rejestracji od tego lekarza, że wizyta jest przesunięta na 18.00.
- Mamo, mi jest wszystko jedno, przecież to za miesiąc. Tylko przypomnij mi odpowiednio wcześniej, żebym z tobą pojechała.
- Toteż ci przypominam. Dzisiaj jest ta wizyta.
- Jak to? Nie w marcu?
- No też się dziwię. Musiałaś mi, Kalinko, źle powiedzieć. Ja cały czas się dziwiłam, że ty tak o tym marcu i marcu...

15 lutego, wieczorem, w samochodzie:
- Wiesz, Kalinko, ja tego zupełnie nie rozumiem. Dlaczego ona nas wyprosił z gabinetu?!
- Bo rok temu byłaś u innego lekarza. I ten dzisiaj powiedział, że cię nie zbada, bo nie i już.
- Ale czy on tak mógł?
- Nie.
- To dlaczego tak zrobił?
- Bo kawał gnoja z niego. Pocieszające jest tylko to, że dziś wieczorem możesz się pomodlić, żeby nabawił się opryszczki narządów rozrodczych.
- E, no wiesz...
- Jeśli on cię wyrzucił z gabinetu, to powinien mieć po tobie jakąś pamiątkę. Opryszczka będzie akurat w sam raz. I żeby go tak swędziło, jak nam teraz przykro.

schroniska

- Orzechowie mają pieska ze schroniska. Przez pierwszy miesiąc piesek był nie pieskiem, a aniołem ze schroniska. Reagował na nowe imię, grzecznie chodził na smyczy i niczego nie gryzł.
schronisko w Katowicach
    Najpierw minęła mu cecha "niczego nie gryzł". Za pierwszym razem Orzechowie znaleźli wytłumaczenie dla zjedzonych skarpetek ("to nie pieska wina, że chłopcy zostawili na podłodze skarpetki!"). Za drugim razem też można było w zasadzie uznać, że piesek jest niewinny ("ten dywan musiał pachnieć sokiem, który się tu kiedyś wylał, pamiętacie? W 1998, na Sylwestra. Co za zdolny piesek, że wyczuł!"). Ale za trzecim razem, gdy piesek zżarł nową myszkę od komputera, która leżała na biurku, umysły Orzechów jakby się zamknęły na poszukiwanie nowych usprawiedliwień. Spojrzeli na pieska nieco krzywym wzrokiem, co spowodowało, że piesek się zasmucił i wszystko zostało wybaczone.
     Potem minęła cecha "reagował na nowe imię". Właściwie można to uogólnić na: przestał reagować na cokolwiek. Fakt pobytu pieska w schronisku, a potem w domu zastępczym, został uznany przez Orzechów za dostateczny powód, aby zrozumieć, że piesek spuszczony ze smyczy wraca do domu wtedy, gdy naprawdę jest mu zimno i zaczyna się bać, że znowu jest bezdomny.
     Gdy cecha "chodzi grzecznie na smyczy" zamieniła się w "ciągnie jak dziki koń", Orzechowie zapisali się na tresurę. Pieska też.
     Ale i tak miłość kwitnie. We wszystkich kierunkach.

  

wtorek, 14 lutego 2017

czytania

Macksey
- Mam kryzys czytelniczy. Ciągła praca z tekstami powoduje, że straciłam radość z czytania.
- To straszne. A od kiedy tak masz?
- Od wczoraj.

niedziela, 12 lutego 2017

wąchalniczo

filmweb
    Poszłam z córkami do restauracji. Usiadłyśmy przy stoliku, zaczęłyśmy czytać menu i wtedy zorientowałam się, że obok mnie siedzi Smród. Prawdziwy, nachalny Smród. Spytałam córek, czy też czują, ale nie. Smród siedział tylko obok mnie. Rozejrzałam się dyskretnie dookoła, żeby znaleźć źródło Smrodu, ale nikt nie dawał nadziei na bycie jego przyczyną. Po zjedzeniu obiadu przeszłyśmy do samochodu. Smród ze mną. Nakazałam pilne poszukiwanie pod podeszwami butów, gdyż Smród zdecydowanie sugerował, iż pochodzi od psiej miny przeciwpiechotnej. Podeszwy córek były czyste. Wszystko wskazywało na to, że to moje buty są źródłem Smrodu. Na skrzyżowaniu wykonałam kwiat lotosu połączony z saltem mortale i rozpoznanie było jednoznaczne: moje buty też są czyste. Po wejściu do domu zarządziłam natychmiastowe wąchanie wszystkiego, co było z nami w restauracji. Kurtki, czapki, rękawiczki, szaliki, czapki - żadnych sukcesów. I wtedy powąchałam spód mojej torebki. Boże najświętszy, jaki fetor! Musiałam położyć ją w coś naprawdę skondensowanego wąchalniczo, bo cuchnęła  tak strasznie, że wątroba przekręcała się trzykrotnie wokół własnej osi.
     Natychmiastowe ewakuacja wszystkiego z torebki (zebrała się spora góra przedmiotów zaginionych od lat) i pranie w warunkach autoklawowych uratowały sytuację.
     Martwię się tylko, że dość długo siedziałyśmy w restauracji i wszyscy, zajmujący sąsiednie stoliki naprawdę sporo czasu męczyli się, czując to samo co ja...