Przypomniało mi się, na skutek pełnego ekspresji posta Kaczki (wymiot Capulettich):Kiedyś na obiad miała być mizeria. Jędrne, piękne ogórki czekały na swoją kolej pod katowskim mieczem.
- Mamo, mogę ogóleczka? - spytało dziewczę, które było nieduże, acz bardzo rozwinięte lingwistycznie.
Cały, obrany, zielony ogórek znikał powoli w niedużej paszczy, siekany białymi jak drzwi od lodówki mleczakami. Pozostałe ogórki w miarowym rytmie noża zamieniały się przy mojej skromnej pomocy w plasterki.
Nagle - buch, para w ruch - gabaryty małego żołądeczka okazały się niewystarczające dla całego ogóreczka. A może to ogóreczek zapomniał pożegnać się z kolegami - enyłej (jak mawiają niektórzy)w jednoznaczny sposób córka dała do zrozumienia, że ogórek znowu ujrzy światło dzienne. Jednym zgrabnym ruchem nakierowałam dziewczątko do łazienki, umieściłam górną część jego ciała nad wanną i już po milisekundzie obydwa końce ogórka znajdowały się w wannie. Środek też.
Córka w podskokach opuściła łazienkę, zajmując się sprawami ważnymi dla dwulatka. My z ogórkiem zostaliśmy zdani na siebie. Po wykonaniu niezbędnych czynności opuściłam łazienkę i dokończyłam krojenie kolejnych ogórków na mizerię.
Po jakimś czasie wrócił z pracy tatuś nieletniej. Zasiadł szczęśliwy przy stole i rozpoczął konsumpcję obiadu. Mizerii też. Zainteresowana sprawą córka zajrzała do tatowego talerza, podrapała się po szyi, spojrzała w okno i zadumana zapytała:
- Mamo, czy tata je tego ogóleczka, któlego ja psed chwilą zwymiotowałam do wanny?




