Zadzwoniła, że ma złośliwy nowotwór. Jest w trakcie chemii. Nastawiła się do sprawy zadaniowo, odhacza kolejne punkty do zdrowienia. Znajduje sobie zajęcie. Napisała książkę dla dzieci, chce ją wydać. Tryska energią i optymizmem.
Chemię ma zawsze w piątek, do poniedziałku daje radę, potem leży.
Kalina słuchała i uczyła się zorganizowania i determinacji.
Coraz więcej znajomych choruje. Coraz bardziej chorują.
Nie mam w sobie ducha walki, chyba bym od razu sie poddala, nie podejmowalabym zadnego leczenia, zeby szybciej skonczyly sie cierpienia.
OdpowiedzUsuńWalczyłabym dla córek.
Usuńporuszyłaś trudny dla mnie temat...zazwyczaj matki walczą dla dzieci.
OdpowiedzUsuńo proszę jakaś bratnia dusza :)
OdpowiedzUsuńUtożsamiam się z Twoim wpisem...
OdpowiedzUsuń