Kalina wyciągnęła męża na grzyby. Mąż Kaliny jest typem zadaniowym. Hasło "na grzyby" wywołało zatem serię poczynań. Przygotował pudełeczko z chlebem i kiełbaskami długodojrzewającymi. Zrobił herbatę w termosie ("Nie będę robił, przecież jesteśmy dorośli". Po kwadransie: "Jednak zrobię. Gorąca herbatka z cytryną jest na grzybach najważniejsza").
Założyli zimowe buty na wszelkie okazje, grube kurtki, rajtuzy (to Kalina) i zabrali wielki wiklinowy kosz (też Kalina).
I pojechali.
Ustalili, dokąd jadą: blisko, bo Kalina nie w formie. Dookoła małego leśnego jeziorka. Powolutku. Jeśli zawroty głowy pójdą z nimi, dadzą radę wrócić do samochodu.
- Pamiętasz trasę?
- Pamiętam - rzekła Kalina, która chciała już jechać, żeby jak najszybciej ruszyć i zjeść coś w samochodzie.
Po drodze Kalina musiała kilkakrotnie uspokajać męża, że jeśli nawigacja pokazuje, że oddalają się skutecznie od punktu docelowego, oznacza to, że powinni iść na grzyby gdzie indziej. Zdecydowali się na gdzie indziej. Bez jeziorka. Mały las. Łatwiej wrócić do samochodu gdyby zaczęło padać, lub gdyby Kalina padała ze zmęczenia.
Zatrzymali samochód, zjedli połowę prowiantu, zabrali kosz, małą parasolkę i wielki męski parasol i poszli.
Poszli, poszli i znaleźli 6 sztuk. Mizerna, cicha, stajenka licha. No jakby wszystkie grzyby świata wymiotło w inny obszar. Padło hasło "Wracamy". Dołożą grzyby do sosu, będzie nuta grzybowego aromatu.
Gdy zdemotywowani wracali do samochodu, z pobliskich zarośli wybiegł patataj, patataj, dzik wielki jak bizon amerykański, co podniosło morale Kaliny i jej męża. Śmiejąc się z tętentu dzika i swojego przestraszenia doszli do drogi, przy której nieco dalej stał zaparkowany samochód.
Mąż Kaliny zatrzymał się przy obrośniętych wysoką trawą krzaczkach i szpikulcem od parasola wskazał kierunek.
- To jest miejsce, gdzie powinny być grzyby.
Posłuszna Kalina zrobiła krok w tamtą stronę i ku swojemu osłupieniu znalazła uroczego, zdrowego i jędrnego maślaczka. A obok niego - setki innych. Słowo daję: maślakowy Pekin, Bombaj, pielgrzymka do Medyny i pochód pierwszomajowy...
Trudno było stopę postawić, żeby jakiegoś nie nadepnąć. Najpierw zrywali wszystkie, potem już tylko te średniej wielkości.
Teraz całe mieszkanie pachnie maślakami, kilka potężnych porcji jest naszykowanych do zamrożenia, sos był przepyszny, a parasol męża został uznany za przedmiot magiczny.
Jeśli będziecie czegoś szukać, dajcie znać. Poproszę męża, żeby wskazał parasolem kierunek.
PS. Reszta prowiantu została zjedzona przed odjazdem z lasu. Herbatka wypita. To informacja dla tych, którzy sądzili, że Kalinę da się uciszyć jakimś marnym ogryzkiem.
Tesknie za grzybobraniami, ale sama nie pojade, a ze slubnym strach, ze sie w lesie zawieruszy, no i Toyki nie mozna wziac ze soba, bo populacja dzikow i wilkow wzrosla w naszych lasach niepomiernie, a zbieranie grzybow z psem na smyczy nie nalezy do moich ulubionych zajec. Dziewczyny wprawdzie tez by cos pozbieraly, ale na mowieniu sie konczy, zreszta z dziecmi to zadne zbieranie. Przyjdzie nam znow kupowac ten kosztowny towar.
OdpowiedzUsuńGrzybobrania są cudne. Jest cel, jest przyroda i jest pyszne jedzonko
Usuńnie znam się na grzybach ani moi rodzice się nie znali więc nigdy nie bywałam na grzybobraniu i fenomenu tej atrakcji nie rozumiem podobnie jak magii łowienia ryb :D
OdpowiedzUsuńDobrze że grzybów nie zbiera się, stojąc godzinami w zimnie 🤣
Usuńjeśli masz na myśli łowienie to mieszkam przy jeziorach i powiem Ci, że od wieków nikt tu nie stoi. Mają takie wypasione krzesełka, namiociki i cały ekwipunek że łowienie ryb to już jest cały rytuał ;)
UsuńSerio? Myślałam, że wędkarstwo to człowiek i wędka 🤣
UsuńO kochana musisz się podszkolić teraz łowienie ryb to jest cała wyprawa a jaki sprzęt Ho Ho ... Czasem wygląda jak biwak skautów 🤭🤣
UsuńOesoooo!!
OdpowiedzUsuńAle zazdroszczę!!
To jedna z nielicznych zale jesieni. Piękna przyroda.
UsuńPrzepiękna!
UsuńTeż zazdroszczę, bo uwielbiam zbierać:) Mąż miał świetny pomysł na spędzenie czasu, przyjemne z pozytecznym. A Jego parasol jak czarodziejska rozdzka.
OdpowiedzUsuńCo do grzybobrania i prowiantu, to przypomina mi się, jak byłam dzieckiem i jeździliśmy z rodzicami na grzyby. Też były kanapki i herbata w termosie. My z siostrą zaraz po wejściu do lasu byłyśmy głodne:)
U nas grzybów nie ma, niestety. A zjadloby się, no i trzeba będzie kupować na święta.
Trzymaj się, Kalino😘
Dawniej jeździło się na całodniowe grzybobrania. Ciekawe, dlaczego. Przecież las nie był dalej 😉
Usuńhmmm ja bym teraz po lesie pochodzila, i byłabym szczęśliwa.
OdpowiedzUsuńna grzybach sie nie znam choć rodzice owszem grzybiarze. Ale jeść lubię.
Zbieramy tylko te najbardziej oczywiste gatunki. Zostawiliśmy w lesie mnóstwo kani, zwanych sowami 😉
UsuńGrzybobranie zamienilam na grzybopatrzenie. W tym roku duzo kurek i prawdziwkow! Troche mniej muchomorow, ktore freferuje! Kocham tez wszystkie inne grzyby, grzybki i grzybenki z grzybuniesiami. Tacy piekni mieszkancy lasow! Interesujace czy one wedruja po lesie bo w jeden dzien sa a w nastepny ich nie ma. Muchomorek to prawie kapeluszem macha: Jestem tutaj zaczerwieniony z wrazenia.
OdpowiedzUsuńTrochę rozumiem przyjaźń grzybów z drzewami, ale i tak zgadzam się: na pewno w nocy przełażą w inne miejsca
UsuńGrzyby mnie unikajają... od zawsze
OdpowiedzUsuńupewnij się, że męża nie usunięto z Hogwartu, kiedy był młody ;) Hagrid w swoim różowym parasolu miał ukryta przełamaną różdżkę ;P frotka
OdpowiedzUsuńByłam na grzybach dwa razy, podgrzybki, prawdziwki, kozaki i dwie kanie. Wielki kosz grzybów. No i wróciłam do siebie, gdzie nie ma grzybów, przynajmniej ja ich nie spotykam.
OdpowiedzUsuń