Wracałam do domu podczas meczu polskiej reprezentacji.
Jeszcze nigdy nie jechałam tak pustymi drogami. Na odcinku 30 km wyprzedziłam trzy samochody, z przeciwnej strony nie jechał nikt.
W pewnym momencie na drogach pojawiło się całkiem sporo samochodów. Wyrosły jak grzyby po deszczu, chociaż to nie był koniec meczu. Spojrzałam na zegarek. Po powrocie do domu sprawdziłam chronologię meczu. Był to moment, gdy Polacy stracili drugą bramkę. Część ludzi przestała oglądać mecz.
Niewierni Tomasze polskiego sportu zapchali mi ostatni odcinek drogi. Taka prawda.
Tato nie oglądał meczu, powiedział tylko: wiedziałem.
OdpowiedzUsuńNie lubi się denerwować? :-)
UsuńNie lubi 👹
UsuńPodejrzewam, że też sobie darowałaś? :-)
Usuńzamiast narzekać trzeba dziękować za pierwszy odcinek tak nieprawdopodobnie pusty. może się okazać, że następna okazja za cztery lata... (obym nie był czarnym prorokiem)
OdpowiedzUsuńNie widziałam pierwszego odcinka, najprawdopodobniej nie obejrzę też kolejnych.
UsuńDla mnie puste były drogi podczas tego odcinka, a jako nieustająca użytkowniczka tychże, jestem skłonna wnioskować: MŚ co tydzień! ;-)
ha ha ha a ja jak się zaczął mecz poszłam biegać i miałam bossssko puste alejki zero ludzi. Wspaniała pustka. Ale niestety do rana musiałam potem słuchać jak pijane towarzystwo bluzgało i wracało do domu z domówek :/
OdpowiedzUsuńZbiorowa paranoja...
UsuńTak samo było, kiedy Szurkowski uciekał peletonowi.
OdpowiedzUsuńO mój Boże, co za szczęście, że mnie to nie spotkało. Wtedy ani wyprzedzić, ani jechać za nimi... ;-)
UsuńNie ogladam i dobrze mi z tym :)
OdpowiedzUsuńNie jest dobrze tym, którzy oglądali. Podobno ;-)
UsuńNo, skurcz jeden, jako sceptyk liczyłam na przegraną. Jakoś tak jest, że im więcej się nadymamy, tym mocniej spadamy.
OdpowiedzUsuńI głośniej, o czym powyżej napisała Polly ;-)
Usuń