Wyjeżdżam na skrzyżowaniu z ulicy podporządkowanej. Sznur samochodów uniemożliwia mi dalszą jazdę. Stoję. Czekam. Stoję. Patrzę, patrzę, czekam. Stoję. Usiłuję mentalnie sprowokować szczęśliwców, jadących główną ulicą, żeby zechcieli mnie wpuścić. Czekam. Muszę poćwiczyć przesyłanie myśli na odległość. Stoję. Obok siedzi mój mąż, który razem ze mną usiłuje zahipnotyzować pędzących ulicą w swych lśniących maszynach kierowców.
Abrakadabra, hokus pokus, hejkum kejkum i te sprawy.
Jing i jang kierownicy. Oni się spieszą, ja się nie spieszę, bo nie mogę. Oni jadą, ja stoję. Czekam. Mija sekunda za sekundą. Prawdopodobnie przed skrzyżowaniem ktoś umieścił znak: Zakaz wpuszczania samochodów, wyjeżdżających z prawej strony. Ci, którzy stoją po przeciwnej stronie skrzyżowania i chcą skręcić w lewo, zaczynają kopać pod swoimi samochodami studnie głębinowe, żeby mieć w razie czego dostęp do wody.
Nagle słyszę dźwięk klaksonu. Rozglądam się na boki, potem zerkam we wszystkie możliwe lusterka. Okazuje się, że klaksoniarzem jest pani w samochodzie za mną. Macha do mnie niezbyt serdecznie i kiwa mi, że mam już ruszać. Klakson ma chyba nowy, bo używa go kilka razy. Musi jej się bardzo spieszyć, skoro zachęca mnie do wyjazdu prosto pod koła pędzących samochodów. Ma pecha, bo za długo jestem kierowcą, żeby można mnie było zdenerwować klaksonem. Nie w takich sytuacjach się na mnie klaksoniło! Ha! W takich momentach cieszę się, że mam nerwy ze stali i nie daję się sprowokować. Czekam. Patrzę, patrzę i czekam. Nagle jing i jang zmienia położenie o 90 stopni Celsjusza, robi się korytarz sejsmiczny i jakimś cudem znajduję przestrzeń hipokampa między jadącymi samochodami. Pojawia się odpowiedni moment pędu i wyjeżdżam; pani za mną. Cały czas macha do mnie, wyraźnie ruszając ustami.
Mogłabym zrozumieć jej zdenerwowanie, gdyby była pracownicą służb drogowych i jechała naprawić zepsutą sygnalizację świetlną, która ułatwiłaby nam wyjazd. Chcę wierzyć, że tak właśnie było. I to był jej samochód służbowy. Mercedes wielki jak lotniskowiec. I to są te oszczędności w budżetówce? ;-)
to jest niezmiernie zadziwiające, że Ci klaksoniarze żyją w przekonaniu, że chyba zasnęłaś za kierownicą lub zasłabłaś na skutek nagłego spadku poziomu cukru i dlatego nie jedziesz. Oni sądzą, że tym sposobem Cię budzą z drzemki. No bo przecież nie możliwe, żeby wierzyli, że ich klaksonienie przyspieszy proces włączania się do ruchu z podporządkowanej. My wczoraj podobne mieliśmy przeżycia na jednym mega wielkim czeskim skrzyżowaniu gdzie również nikt póki co nie wpadła na to, żeby zrobić sygnalizację żeby Ci z dojazdowych mogli się dostać na biegnącą przed nimi autostradę. Chyba z 15 minut minęło nim przestał jechać niekończący się sznur pielgrzymkowych majówkowiczów. Za ten czas za nami był już korek do sąsiedniej miejscowości obejmujący nawet rondo :D
OdpowiedzUsuńMoja znajoma kiedyś w podobnej sytuacji otworzyła maskę samochodu i wysiadła. Uznała, że musi się uspokoić po tych wszystkich klaksonach. Wypaliła papierosa na poboczu, zamknęła maskę i odjechała. Na samochód z otwartą maską nikt nie trąbi 😉
UsuńKalino ja wiem, że wszystkim się spieszy ale !!! ja bym wysiadła i jebnęła pani na dobry początek dnia ))))))))
OdpowiedzUsuńoraz podziwiam za spokój i opanowanie i cmokam słonecznie ale już nie bieszczadzko...
Wróciłaś do cywilizacji? To musi być szok 😉.
UsuńZa klaksonowanie w takich momentach dawałabym do picia gorącą smołę prosto z piekielnego kotła, a już z limuzyn landarynkom (celowe) podawałabym podwójną porcję.
OdpowiedzUsuńNie rozumiem tego pędu do trąbienia. Przecież jak na kogoś natrąbię, to on się zdenerwuje i wtedy już na pewno będzie mu gorzej szło.
UsuńTo tak, jakby krzyczeć na dziecko, że ma się uspokoić...
physical and emotional abuse - jestem na bieżąco :P
UsuńHm... Albo ta pani była nadmiernie pobudzona z powodu spóźnienia gdzieś tam, albo przepuściłaś jakąś okazję wyjechania na ulicę. Zważ, że z jej punktu widzenia to trochę inaczej wygląda, wszak ryzykowałabyś Ty swoim autem i zdrowiem a nie ona. Nieswoim lekko się dysponuje :)
OdpowiedzUsuńMuszę tupnąć nóżką. O ile czuję się odpowiedzialna za wymordowanie bizonów, znęcanie się nad niewolnikami, handel kobietami i aneksję Krymu, to nie czuję się odpowiedzialna za spóźnienia wszystkich mieszkańców mojej dzielnicy. 😉
Usuń