A może warto nie oczekiwać?
Nie myśleć, jak będzie?
I brać to, co przyniesie los, bez porównywania z tym, czego się spodziewało?
I tylko Kalina musi jeszcze wymyślić, jak wdrożyć w życie te odkrywcze prawdy. Bez oczekiwania, że da się to zrobić.
A może warto nie oczekiwać?
Nie myśleć, jak będzie?
I brać to, co przyniesie los, bez porównywania z tym, czego się spodziewało?
I tylko Kalina musi jeszcze wymyślić, jak wdrożyć w życie te odkrywcze prawdy. Bez oczekiwania, że da się to zrobić.
Kolejne święta.
Będą spokojne i pełne miłości. Tak postanowiła Kalina.
Kalina widzi, jak nabrała dystansu. Jak mało ją wkurza. A wkurwia zupełnie nic. Teraz jeszcze Kalina musi znaleźć powody do radości. Bardzo trudno znaleźć ostatnimi czasy.
Mróz jak jasna pogoda. Albo raczej ciemna pogoda, bo słońce zapomniało o swoich podstawowych obowiązkach.
Celinka choruje, ma za sobą ciężki stan i pobyt w szpitalu. Jest lepiej.
Kalina chodzi na terapię i wypełza z depresji na czworakach. Jest lepiej
Córki Kaliny odnoszą swoje malutkie, cenne sukcesy w pracy i na uczelni. Jest dobrze.
Kalina przyzwyczaja się do myślenia, że niedługo sąd powie: Kalina na prawo, a jej były mąż na lewo.
Magda Umer powiedziała: moje znaki szczególne to rozpacz i zachwyt.
Kalina rozumie. Kalina też wpada w rozpacz. I zachwyt. Razem, osobno, wszystko jedno.
Kupiłam regał do sypialni. Teraz zasypiam i budzę się z najprzyjemniejszym widokiem - na książki. Oprócz morza, ale o to trudno w wielkim polskim mieście.
Puste półki znikają bardzo szybko, bo znowu zaczęłam kupować na Skupszopie. Mam wielokrotną radość: gdy kupuję, gdy odbieram przesyłkę, gdy układam książki na półkach i gdy je czytam.
Celinka zjadła dziewiątą parę butów. Ma normę: para butów na miesiąc. To i tak niedużo. Jestem jej wdzięczna, że trzyma się swoich zasad i nie nadużywa naszej miłości. Śpi ze mną, tak jak należy. Rano wchodzi mi na brzuch i liże po szyi. Dziś rano spałam na boku. Celinka z trudem umościła się na mnie, ale nie zerwała z tradycją. Kochana suczka.
Jutro kończy się moja przerwa świąteczna. Nie chce mi się wracać do pracy, chociaż wiem, że potrzebuję wielu zajęć.
Nie przygotowałam się do rozmowy z prawniczką i mężem o warunkach rozwodu. Nie mam siły, żeby o tym myśleć. Nawet pisanie o tym, że nie chcę tego robić, wywołuje u mnie stres. Drętwieją mi ręce, kołacze serce. To będzie trudne. Dużo czytam i słucham o tym, jak człowiek odbiera zdrady. Wszędzie mówią, że to zakwestionowanie przeszłości. Zdradzająca osoba zabiera partnerowi wspomnienia, bo we wszystkich aspektach życia kryły się kłamstwa. We wszystkich sprawach mojej rodziny był upchnięty jeszcze jeden wątek: czas, pieniądze i uczucia dla tamtej kobiety. Kosztem moich córek i mnie.
Szkoda, że żyje się tylko raz. Zbyt wiele lat byłam z niewłaściwym człowiekiem. A drugiej szansy na młodość nie mam.
Umówili się kiedyś, jeden z drugim, że to to będzie tego dnia.
I przekonali resztę, że tak ma być.
Teraz przez nich świętujemy Nowy Rok wtedy, gdy jest ciemno i zimno.
A powinniśmy wiosną. W pełnym słońcu. Na trawie, z motylami, trzmielami i ważkami. Ale cóż. Taki los.
Zatem: Niech znikną nasze zmartwienia, a słowem Roku oby było: beztrosko.
Kalina
Celinka w grubej kurtce. Kalina też.
Szybkie siku w pobliżu domu i w tył zwrot do ciepełka.
I pomyśleć, że są kraje, w których teraz jest Temperatura... 🤪
Życzę każdemu/każdej z Was czasu dla siebie. Wygodnego fotela z kotem/psem/kocem, zapachu świeczek, kubka z kakao i spokoju.
Spokoju.
I bez względu na to, czy świętujecie w nastroju religijnym, czy też nie, życzę Wam, by te Święta wzmocniły Waszego ducha. Dały Wam siłę, wiarę, nadzieję.
I miłość.
Czas nie leczy ran, tylko daje miejsce. Kalina wykorzystuje je i leczy swoje ciało i ducha.
Jest lepiej.
Życie zaczyna dopasowywać się do nowej rodzinki Kaliny. Kobiecej rodzinki.
Starsza córka pracuje jako psychoterapeutka. Młodsza studiuje anglistykę. Suczka podkrada plastikowe przedmioty i robi z nich puzzle. Kalina tuli wszystkie trzy.
Dziękuję Wam za trzymanie kciuków.
Wracam do bloga. Wracam do Was.
Najlepiej się czuję, gdy pochłania mnie jakieś zajęcie. Na przykład praca. Zanurzam się w pracy i jestem wtedy zdrowa, a ludzie są uczciwi i lojali. A poem nagle kończę ostatnią lekcję i wracam do rzeczywistości, w której ktoś, kto powinien mnie wspierać, nawet teraz robi mi świństwa.
Nie miałam migreny od kilku miesięcy. To cudowie. A tymczasem wykryto mi dwa tygodnie temu kolejnego guza. I cały czas słyszę, że to nie są przerzuty. Moje ciało produkuje guzy. Z jakiegoś powodu. Moja przecudowna onkolożka mówi za każdym razem: nie masz łatwo.
Po usunięciu guza mózgu kupiłam sobie kryształ górski tak duży, jak mój guz. Mam go. Oglądam. Przypominam sobie, ile przeszłam i jaka jestem silna. Teraz chcę kupić kolejne kryształy. Trzy. Usunięto mi trzy gyzy. Czwarty przebywa jeszcze ze mną. Jestem w drodze do sklepu, który sprzedał mi rok temu miarę tego, jaka jestem silna. Siedzę w hotelowej restauracji i podziwiam przez okno katedrę w Magdeburgu. Za chwilę wyruszam do Hagi. W sklepie z kamieniami półszlachetnymi kupię 3 guzy, które będę podziwiać i przypominać sobie, że jestem silna. Gdy o tym zapominam. Czyli bardzo często.
Kalina uczy się radzić sobie z triggerami, które w najmniej odpowiednich momentach ściągają Kalinę do jądra ciemności. Już umie Kalina powiedzieć uczniom: nagle źle się poczułam. I siada wtedy Kalina na chwilę.
W takiej chwili Kalina ma podobne objawy, jakby stała na autostradzie i nagle zobaczyła nadjeżdżający prosto na siebie samochód. Zatrzymuje się oddech, ciało jest sparaliżowane, mięśnie się napinają. Boli brzuch, pot zrasza skórę. Lęk przejmuje kontrolę nad ciałem.
Pytała Kalina terapeutkę, jak z tym sobie radzić. Trzeba radzić sobie z przyczyną. Z czynnikiem wywołującym. Kalina próbuje. Wyrzuca z domu wszystko co ma związek z czynnikiem wywołującym. Przy okazji znajduje kolejne dowody zdrady i oszustw.
Taki to dom: dzienny i nocny.
Skończyła Kalina "Prowadź swój pług przez kości umarłych". Drugi raz skończyła. To książka dla biologów, nieprawdaż?
Kalina powiedziała koleżance, w jakiej sytuacji się znalazła.
To straszne! Ile ty musisz znosić! Nie powinno tak być! To jest ponad siły!
Kalina przerwała tyradę. Już umie przerwać.
Lekcja numer kolejny. Temat: A jednak mówić nie warto.
Młodsza córka Kaliny pochłania teraz pizzę, siedząc na plaży w Bari. Starsza córka oddała pracę magisterską i zaczęła zajęcia na drugim kierunku. Celinka była 5 godzin sama w domu i niczego nie zniszczyła. Takie oto są radości w życiu Kaliny.
Kończą się wakacje.
Nowe i stare problemy ustawiają się w kolejce.
Takie słowa, jak podstawa programowa, rada pedagogiczna, analiza nadzoru, wykiełkowały i sterczą na powierzchni nie wiadomo po co.
Kalina kupiła sobie podróżny kuferek na kosmetyki. Walizkę już ma. Teraz tylko brakuje podróży. Takich powolnych. Nienachalnych. W kalinowym stylu. Z Celinką na siedzeniu pasażera i kubkiem kawy. Z mlekiem. Bez cukru.
Kalinowe kolaże.
Jedna litera różni je z kolarzami.
Kalina rozważa, co różni ją od kolarzy.
Kolarstwo.
Kolażstwo.
Kalina uwielbia język polski.
Kolaże też.
Łotwa to kraina łagodności.
Bajkowe krajobrazy wypełnione bujną roślinnością otaczają puste drogi. Jeżdżenie samochodem tutaj to spełnienie marzeń o podróżach.
Plaże puste po horyzont. Kempingi z kilkoma kamperami. Przy ognisku wieczorem spotykają się turyści.
"Hallo", "Dobryj" - każdy wita się tak, jak chce.
Nasi sąsiedzi to Litwini, Niemka i Łotysze.
- We saw the waterfall yesterday.
- It's amazing, isn't it?
Celinka wpasowała się w naszą rodzinkę.
Śpi w łóżku. Lubi długie spacery. Jest niemiłosiernym pieszczochem. I kocha jazdę samochodem.
Podczas pakowania przed wyjazdem była bardzo zdenerwowana. Położyłam jej posłanko przy drzwiach, żeby miała poczucie, że bez niej nie wyjedziemy. Ale i to było za mało. Spakowała się więc Celinka to torby IKEA i czekała pod drzwiami, aż skończymy.
Gdy zapięłyśmy ją w samochodzie do pasów i umościłyśmy jej posłanko na tylnym siedzeniu, położyła się i zasnęła. Teraz szaleje na piasku i szczeka na fale.
Do morza nie weszła.
Morze duże, odwaga mała.
Kalina uczy się siebie. Swojego życia. Reżyserii swojego filmu. I grania w nim głównej roli.
Z pomocą psychoterapeutki Kalina dostrzega, jak bardzo dała się zmanipulować narcystycznej osobowości męża.
Opadła kurtyna i okazało się, że król jest nagi. Wyszły na jaw kłamstwa i nieuczciwości. Wieloletnie zdrady. Koszmarne historie, których nie da się zapomnieć. Przelały się wiadra łez. Łez Kaliny i jej córek.
"Przecież przeprosiłem. Co jeszcze miałbym zrobić?"
Nic.
Teraz czas na Kalinę.
Stworzyła Kalina niebo i ziemię. Swoje własne. Czas na resztę. Bez męża.
Minął kryzys. Życie toczy się jakby nigdy nic. Czyli z codziennymi niepokojami i troskami.
I w tym "jakby nigdy nic" Kalina obudziła się z dziwnym bólem skóry. Z tyłu uda. Lustro. Okulary. I zaskoczenie. Spora czerwona plama w miejscu, gdzie miesiąc temu był kleszcz.
Wizyta u lekarza i diagnoza: rumień wędrujący. Początek boreliozy.
Teraz antybiotyk.
Dobrze, że jest rumień, bo bez niego borelioza rozwijałaby się w konspiracji.
Borelioza nie przeskoczyła limitu stresu Kaliny. Zatem traktuje ją Kalina po macoszemu. Jeśli borelioza chciała być królową balu, szukała poklasku i atencji - źle trafiła. U Kaliny dostanie tylko antybiotyk. Wielki jak czopek. I to przez 10 dni.
Dziś jest gorzej.
Cholerny dzień, wypełniony cholernymi myślami. Dołującymi i odbierającymi chęć życia.
- Jak się czujesz, Kalino? - pytam sama siebie.
- Nie umiem oddychać. Zapomniałam jak przepycha się krew w tętnicach. Nie wiem jak produkuje się mówienie i słuchanie. Znowu nie jem. Znowu nie piję.
Mój ulubiony eufemizm: jest całkiem dobrze. Oznacza to, że w moim ciele są jeszcze jakieś narządy, które ostatkami sił jadą na oparach. Teraz do moich komórek dostarczana jest tylko rozpacz. I gniew. I poczucie braku bezpieczeństwa.
Czyli jest całkiem dobrze.
Kalina wynurza się na powierzchnię.
W głębinach depresji, w których utknęła, nie było nic dobrego.
Co dwa tygodnie psychiatra, dwa razy w tygodniu psychoterapeuta i bardzo dużo łez.
Teraz sytuacja jest pod kontrolą. Kalina kolejny raz w życiu dowiedziała się, że ma koło siebie miłość i przyjaźń.
Przekonała się też Kalina, jak obrzydliwie źli potrafią być ludzie i jak dobrze jest wyeliminować ich z własnego życia.
Powitajcie Nową Kalinę. Właśnie wychodzi z kokonu. Wdmuchuje powietrze w skrzydła, rozprostowuje ciało, wyciąga długie czułki i leci przed siebie.
Zdrowie Kaliny jest teraz stabilne. Usunięto w maju 3 guzy z piersi. Guz w tarczycy będzie wkrótce diagnozowany. Do czasu wyników tarczycy jest spokój. A spokoju potrzebuje Nowa Kalina najbardziej.
Algorytm na allegro napisał do Kaliny:
Na podstawie oglądanych przez ciebie ofert, proponujemy również:
1. Zestaw maszynek do golenia
2. Tabletki do szamba.
Naprawdę nie mam pojęcia, co się w tym świecie dzieje, ale żeby było aż tak ni w kij ni w oko...?
🤣
Młodsza córka Kaliny pisze w tym roku maturę. Jest cudowną, młodą, wrażliwą osobą. Z ogromnym poczuciem sprawiedliwości. Życie rzuciło jej pod nogi mnóstwo trosk w ostatnim czasie. Zniosła od życia już wiele. Zbyt wiele.
Niech ta matura przejdzie łagodnie i z sukcesem - myśli Kalina. - Łagodnie i z sukcesem.
Dopisek: polski poszedł jej "dooobrze, mamo".
Oto Celinka.
Piąty element Kalinowej rodziny.
Jest w równym stopniu urocza i nieobyta.
Ma zasadę, że siusiu należy robić tylko w domu. I tylko na dywan. Nie wiem, co będzie, jak skończą się dywany.
Jest tulaśna, kłaczy niemiłosiernie, śpi obok mnie i umie czasem usiąść na komendę. Czego chcieć więcej? 😉
Kalina szuka psa.
Musi on spełniać liczne kryteria i dlatego sprawa jest skomplikowana.
Musi być należycie puchaty. Musi spać w łóżku. Musi być niesilny, bo silnego psa nie utrzymamy z córką w awaryjnej sytuacji. Musi być głaskalny i tulalny.
Najlepiej żeby miał jakiś wiek, wzrost i kolor. Dowolne.
Koniecznie musi spać pod kołdrą, ale ostatecznie może się spod niej wygrzebać po jakimś czasie.
I musi kochać moją młodszą córkę. Bez umiaru. Bezgranicznie. Bezwarunkowo. I wystarczy, żeby starszą córkę i mnie kochał tak samo.
Puchaty. To bardzo ważne. I spokojny wtedy gdy trzeba.
A, i koniecznie ze smutną przeszłością. Może być rasowy, naturalnie, ale bezdomniak, schroniskowy, fundacyjny albo inne nieszczęście są obowiązkowe.
Puchata kupa nieszczęść wystająca spod kołdry. Tak to powinno wyglądać.
Kolejna biopsja. Kolejny duet pielęgniarka+lekarz. Kolejni życzliwi, pogodni, ciepli ludzie.
Kalina trzymana za rękę. Uspokajana. Wciągana w rozmowę, gdy coś idzie gorzej niż powinno. Podczas badania Kalina słyszy "nie mogę się wkłuć, ale to naturalnie nie jest pani wina". Kalina proponuje, że zmieni układ ciała. "Jeśli da pani radę, to poproszę" pada w odpowiedzi.
Kalina nie czuje się numerem statystycznym. Wychodzi pogodna i spokojna na korytarz.
- I jak, i jak? - padają pytania pacjentów pod drzwiami.
Kalina mówi.
Słychać jak z serc pacjentów spadają na ziemię kamienie.
Kalina wraca do domu leczyć rany. Te na skórze, te w ciele i te na duszy.
A jeśli ktoś z was będzie miał biopsję, to proszę pamiętać: to nie boli. I można trzymać panią pielęgniarkę za rękę.
Kalina jest po pierwszym zabiegu. Usunięto dwa guzy. Z trzeciego pobrano wycinek. Jutro biopsja czwartego.
Dziś Kalina zdejmie opatrunek i spróbuje się umyć.
Po zabiegu Kalina dostała instrukcję postępowania z własnym ciałem: unikać sportów, w których dochodzi do wysiłku i rozciągania mięśni tułowia.
W tej chwili w świecie Kaliny sportami ekstremalnymi są otwieranie drzwi, zdejmowanie filiżanki z półki i mycie zębów. Kaszel istnieje wyłącznie w sferze marzeń, ponieważ wczorajsze kichnięcie jeszcze długo pozostanie w pamięci Kaliny jako trauma miesiąca.
Kalina została poproszona przez kolegę o pomoc w znalezieniu substancji, która usunie truciznę z organizmu.
Kalina zdębiała. Przerzuciła w myślach wszystkie pobliskie oddziały toksykologiczne, wzięła pod uwagę również detoks alkoholowy, gdyż nie wiedziała, w czym problem.
Kolega niechętnie wypowiadał się na temat zażytej trucizny, ale przyznał, że chodzi o jego organizm.
I nagle wystrzelił, jak rakieta na księżyc: truciznę zapodał sobie właściwie sam, ponieważ miał podaną szczepionkę firmy Astra przeciw covidowi. A w niej przecież jest trucizna. I teraz ta trucizna pozostała w jego organizmie. Więc odstawił wszystkie leki, które dotychczas brał (w tym sporo psychiatrycznych), bo musi najpierw usunąć truciznę. Próbował już różnych metod, nawet węgiel aktywowany.
Przy węglu Kalina nie wytrzymała i wypowiedziała się jak ta głupia na temat niewchłanialności węgla z przewodu pokarmowego, co niezbicie świadczy o tym, że nie usunie on trucizny ze środka ciała.
Kolega nie był zadowolony. Węgiel też pomaga, uznał arbitralnie.
Kalina nie zaciągnęła hamulca. Pojechała chyba za daleko. Powiedziała koledze, że jej wiedza na temat szczepień jest zbyt duża, żeby rozmawiała o takich sprawach. Że jeśli kolega ma w ciele truciznę ze szczepień, to tylko jakaś alternatywna terapia mu pomoże. Że jeśli liczni lekarze odsyłają go, bo nic mu nie jest, to zapewne nic mu nie jest.
Kolega odwrócił się na pięcie i odszedł. W sprawach wiary nie ma dyskusji i Kalina powinna o tym pamiętać.
I teraz Kalina czeka, aż kolega będzie nauczał o płaskiej Ziemi i o leczniczym wpływie trzymania w dłoniach kaczych odchodów. Bo niewątpliwie jego zaangażowanie będzie się rozwijać.
Kalina już wie, dlaczego nie lubi nauczycielek. Bo mnożą problemy.
Kalina przestała się zatem odzywać w pewnych sytuacjach, tylko znajduje sobie zajęcia zastępcze, aby wytrzymać katastrofizm i negatywizm.
W tym tygodniu czeka Kalinę coroczne szkolenie z zasad organizowania egzaminu ósmoklasistów. Zasady nieznacznie zmieniają się co rok.
W tym roku szkolenie będzie prowadzone, jak zawsze, przez najbardziej marudzącą i niezadowoloną osobę, jaką świat widział. Co roku jest przez nią prowadzone. W związku z tym przez całe szkolenie wszyscy słuchają tylko i wyłącznie o tym, co pójdzie źle, co się nie uda, jakie wszystko jest trudne i skomplikowane.
Po pierwszym takim szkoleniu Kalina nie spała przez kilka dni i nocy, zamartwiając się niemożliwymi do ogarnięcia procedurami. Teraz Kalina, która jest przewodniczącą w głównej sali egzaminacyjnej, czyli odpowiada za największą grupę uczniów podczas egzaminu, już wie, że nie będzie źle. Wszystkie problemy rozwiązuje się na bieżąco. To uczniowie się stresują, a Kalina jest duża i umie panować nad sytuacją.
I tylko trzeba się ciepło ubrać i znaleźć sobie fajne tematy do przemyśleń, bo siedzenie kilka godzin bez ruchu i bez zajęcia, jest bardzo wyczerpujące.
Kalina pojechała dziś do schroniska, żeby wyjść na spacer z psem i okazało się że przyjechała 20 minut za późno. Cały misterny plan spędzenia niedzieli z futrzastym stworzeniem wziął w łeb.
Kalina coraz bardziej poszukuje psa. I postanowiła sobie, że jeśli wyniki badań będą "takie se", a w perspektywie długie leczenie, to najbliższa przyszłość będzie idealnym czasem na przyzwyczajenie nowego psa do Kaliny i nauczenie go, że jak spać to tylko w łóżku, a jak się wylegiwać, to tylko na sofie. A przy okazji pies będzie najlepszym na świecie motywatorem dla Kaliny, żeby wychodzić na spacery. Co może się okazać niezwykle ważne.
Kalina obserwuje siebie, myślącą o swojej chorobie.
- Chcesz teraz namiary na kobietę, która dwa lata temu chorowała podobnie do Ciebie? Czy mam trzymać namiary i sama powiesz, kiedy? - spytała dziś na wieczornym spacerze przyjaciółka Kaliny.
- Teraz za wcześnie. Na razie nie chcę myśleć o innych chorych. Jestem tylko ja i kolejne rzeczy do zrobienia. Myślę, że będę chciała coś wiedzieć, gdy zaczną się procedury medyczne.
- Planujesz iść do różnych lekarzy, żeby skonfrontować diagnozę?
- Nie. Jeśli pierwsza pani doktor wzbudzi moje zaufanie, będę jej wierna. A wzbudzi. To moja przyjaciółka z liceum. Siedziałam z nią 4 lata w jednej ławce. Nie mamy od lat kontaktu ze sobą, ale wiem, że jest wspaniałą lekarką.
- Idealnie. Gdybyś jednak chciała kogoś innego, daj znać. Znajdę. Już mam namiary.
Przyjaciółka Kaliny dostanie Pokojową Nagrodę Nobla. Z uzasadnieniem: za przechodzenie z Kaliną kolejnych cholernych chorób.
Kalina lubi siedzieć w wannie z audiobookiem przy uchu i kubkiem gorącej herbaty pod ręką. Wtedy świat jest spokojniejszy.
A zawirowań w świecie Kaliny znowu sporo. Znowu znaleziono w ciele Kaliny coś, czego zdecydowanie nie powinno być. Znowu skierowania, badania, wizyty.
Nie minął nawet rok. Kalina ma poczucie cholernego pecha. I cały czas myśli, że za chwilę okaże się, że to była nadinterpretacja. Pomyłka. Głupi żart. Chichot losu, który sprawdzał, czy Kalina udżwignie.
Zauważyłam, że u moich znajomych blogowych pojawił się komentator z hejterskimi tekstami. Widzę go też u siebie.
Nie chcę nikogo narażać na nieprzyjemności, więc włączam moderowanie.
A hejterowi życzę wszystkiego dobrego w innych miejscach.
Tu nie zapraszam.
Wiosna.
Ptaki drą się na cale gardło wczesnym ranem i wieczorem.
Klucze latają nad głowami, jakby chciały niebo pozamykać.
Słońce świeci jeszcze dość nisko, więc razi w oczy.
Kwitną wiosenne kwiaty, a trawa z godziny na godzinę robi się bardziej zielona.
Jest idealnie!
Kalina zaczęła udzielać się jako spacerowicz w schronisku dla zwierząt.
Dziś poznała dwa kolejne pieski, które prawdopodobnie większość życia spędziły w zamknięciu. Spacer jest dla nich ogromnym przeżyciem, boją się miękkiego mchu pod łapkami, zapachów, trzeszczących gałązek. Jeden z nich był tak przejęty, że nawet się nie wysiusiał.
Jak długo będzie trwało przywracanie takiego psa do normy?
Jak długo będzie się uczył, że nie trzeba kulić się przed wyciągniętą ręką?
Mam dość.
Tak określiłabym moje nastawienie do pracy w szkole.
I tu wcale nie chodzi o nauczanie - to jest super.
Mam dość piętrzenia problemów, wyszukiwania trudności i bezustanny "niedasizm".
No koszmar.
Polska szkoła nie będzie lepsza, bo nauczyciele kurczowo pilnują, żeby nic się nie zmieniło.
Kalina mówi do siebie.
Wkurza się do siebie, cieszy się do siebie.
Niedawno teściowa Kaliny powiedziała, że Kalina się nie skarży.
To nieprawda.
Kalina się skarży, ale tylko tym osobom, które rozumieją.
Przede wszystkim sobie.
Uczeń, na pytanie: "Jak dbać o narząd słuchu?", napisał:
unikamy patyczkuf i sprejuf do uszuf.
Serio.
Kalina zapomniała przez chwilę, że powinna żyć w trybie slow.
Kilka intensywnych fizycznie i emocjonalnie dni sprawiło, że pół Kaliny naderwało się i odpadło.
Pozostała przy życiu część Kaliny próbuje się pozbierać, ociera rękawem łzy, wmawia sobie, że wszystko jest dobrze i je chleb z żółtym serem i pieczarkami.
A wszystko to niechętnie.
Kalina nie lubi w domu napisów.
Na szamponach, płynach do mycia naczyń, nawet na okładkach książek.
Kalina odruchowo zawsze je czyta. Potem ma w myśli słowa, których nie może dopasować do przedmiotu. I kręcą się w Kaliny głowie wyrazy zlepione w kłębki.
Czasami męczą Kalinę koszulki z napisami. Zamiast rozmawiać z człowiekiem, Kalina rozmawia z napisem. Litery włażą Kalinie do głowy.
Nie lubi Kalina napisów na samochodach, ponieważ je czyta. Podobnie dużych reklam przy drodze. Kalina skupia spojrzenie na kompletnie zbędnych informacjach o promocjach w sklepach z dachówkami, poszukiwaniu kierowców kategorii T albo stacji benzynowej za 50 km. Z darmową zupą przy tankowaniu za 300 zł.
W idealnym świecie Kaliny litery zamknięte byłyby w książkach i stamtąd można by dozować je według uznania.
To stan na dziś. Być może jutro będzie zupełnie inaczej.
Młodsza córka Kaliny ma kłopoty z jedzeniem. Kalina widzi. Na wyjazd do Holandii Kalina zamówiła córce jedzenie pudełkowe, żeby córka nie musiała nic robić, tylko jeść. Jadła. Teraz Kalina robi śniadanka, obiadki i kolacyjki, poi i dba o wszelkie okoliczności. Córka je, chociaż widzi Kalina, że sama nie pomyślałaby, że jest głodna. Niedobrze.
Dzisiaj młodsza córka Kaliny przeszła prześmieszny casting i wygrała zatrudnienie. Będzie pracować jako niania dla lękowego pieska. Pieskowa mama pracuje wieczorami, piesek wtedy płacze, więc ktoś powinien z nim być, rozmawiać, siedzieć na sofie i głaskać za uszkiem. Młodsza córka Kaliny będzie się zatem z pieskiem przygotowywać do matury. Być może piesek będzie potrzebował wytłumaczenia niektórych trudniejszych zagadnień, ale i tu córka poradzi sobie znakomicie. Ciekawe, czy piesek będzie wolał, żeby córka Kaliny mówiła mu o poezji i prozie Gór Izerskich, czy też o obwodzie trójkąta, wyliczanego z sinusa koła bez środka.
Raczej Izerskich. Bo piesek jest rasy "pies na trufle". To po co mu jakieś obwody.
Kalina wróciła z Hagi.
Spędziła uroczy czas z przyjaciółką, z córką i z obiema jednocześnie.
Kupiła filiżankę pokrytą prawdziwym złotem za 1,5 euro. Bardzo brudną - chyba leżała latami na strychu w najciemniejszym miejscu.
Odbyła długą rozmowę z kobietą, pracującą jako towarzyszka osób z niepełnosprawnościami i zrozumiała, jak powinno wyglądać wsparcie i usamodzielnianie takich osób. A jak w Polsce nie wygląda.
Kolejny raz odczuła niewiarygodnie skomplikowaną organizację ruchu ulicznego w Hadze. Oznakowanie pasów (jazda na wprost, skręt w prawo, skręt w lewo) jest tylko swobodną interpretacją tego, co naprawdę wydarzy się na skrzyżowaniu. Jadąc w prawo bardzo często należy ustawiać się na pasie dla jadących prosto. Ale o tym człowiek dowiaduje się dopiero wtedy, gdy znalazł się w zupełnie niewłaściwym miejscu za skrzyżowaniem.
Kolejny raz zwiedziła Lejdę, Delft i Goudę. Kupiła ser, spodnie w sklepie vintage, tradycyjne wafle z nadzieniem i białą, ceramiczną Maryjkę.
No i pozostała do wymienienia Haga. Spokojna, dostojna, nieco powolna. Mała i duża jednocześnie.
Kalina czyta napis na kremie do rąk. Informuje on, że produkt został przetestowany dermatologicznie.
I zapewne jest to neutralna informacja, ale Kalina natychmiast zastanawia się, czy należało dodawać, że test miał charakter dermatologiczny. Bo chyba dość oczywiste wydaje się, że nie był to test odporności na zgniatanie, rozciąganie, czy też skuteczność przeciwbiegunkową.
W końcu to krem do rąk. Testowano go raczej na skórze.
Ale może Kalina niepotrzebnie się czepia. Bo przecież krem całkiem dobry. Mimo że wszystkie napisy na nim po angielsku, choć sprzedawany w Polsce...
A od kilku dni boli Kalinę głowa. Raz mocno, raz jeszcze mocniej. A już miała Kalina nadzieję, że prawie trzytygodniowy brak bólu głowy rozciągnie się na wieczność... Widocznie testu nie było. Na rozciąganie.
Na zdjęciu nr 1 - kubek rybny przed pierwszym wypałem.
Na zdjęciu nr 2 - kubek jaszczurowy i kwietny przed drugim wypałem, pomalowane szkliwem.
Przejrzałam moją listę na Biblionetce i ostatnimi miesiącami podobały mi się:
Niezwykle szlachetne stworzenia - łagodna, spokojna, niewymagająca
Serce jak smoła - kryminał J.K.Rowling
Rozpad umysłu: biografia schozofrenii - popularno-naukowa, świetna
Dzika droga - na dwa wieczory
Bracia Burgess - uwielbiam Strout, więc to oczywistość
Wieloryb i koniec świata - niewymagająca
Mózg autystyczny - popularno-naukowa
Dom dzienny, dom nocny - Tokarczuk, wiadomo
Kobieta, która kochała owady - magiczna
Mężczyzna imieniem Ove - szwedzka łagodność
Rzeczy, które spadają z nieba - magiczna
A na zdjęciu Kalinowy wypał. :-)
Kalina przeżyła pierwszy tydzień w pracy.
Minęły wszystkie wątpliwości, czy powinna pracować z dziećmi. Powinna.
Dostała urocze prezenty, cudowne przytulasy na korytarzu (ustawa Kamilka powinna się wstydzić za ich zakazywanie!) i najwspanialsze zapewnienia od dzieci z niepełnosprawnościami ("tęskniłam za panią", "jak dobrze, że znowu mam z panią zajęcia", "będzie z nami pani już do końca?", "przy tamtej pani nie zachowywaliśmy się zbyt grzecznie...").
No jasne, że będą jakieś problemy, No jasne, że dzieci są dziećmi i czasem zachowują się źle. Ale gdy mały urwis podchodzi po lekcji uśmiechnięty i zostaje z nauczycielką na przerwie, bo chce jeszcze coś powiedzieć na temat, o którym rozmawiali na lekcji, to rosną skrzydła. I urwisowi, i nauczycielce.
Wspierające koleżanki z pracy - część 1:
- Słyszałam, że dobrze poradziłaś sobie z moją klasą. To dlatego, że nie było dwóch najgorszych uczniów...
- Chyba działa efekt nowej miotły, że tak spokojnie siedzieli na Twojej lekcji...
Kalina ma teraz wywalone i śmiać jej się chce, że małość ludzka tak duża jest.
Kalina wraca jutro do pracy. Na 3 godziny, więc szału nie będzie.
A ponieważ przygotowuje się Kalina od miesięcy do pracy z uczniami szkół ponadpodstawowych, ma Kalina nadzieję, że tylko do czerwca będzie Kalina zmuszona do pisania wszystkiego na tablicy, sprawdzania czy każdy dobrze zapisał i chwalenia za rysunki.
Życie pokaże.
I wszystkiego dobrego w nowym roku życzy Kalina swoim blogowym znajomym!
Kalina dostała dziś zaświadczenie od swojego lekarza, że jest zdolna.
Co prawda do pracy, ale to jednak miłe, że ktoś dostrzega w Kalinie jakieś plusy.
Pojutrze pomaszeruje Kalina z tym zaświadczeniem do lekarza medycyny pracy, który w ciągu 28 sekund odptaszkuje wszystkie formularze, przystawi pięć pieczątek i spyta Kalinę, czy dobrze się czuje. Bo tak wyglądają badania wykonywane przez lekarza medycyny pracy.
Druczek od lekarza medycyny pracy jest niezbędny do tego, żeby Kalina mogła wrócić do jarzma krzewienia wiedzy przyrodniczej.
Kurierzy napisali na stronie sąsiedzkiej, że mieli dziś w dzielnicy Kaliny do rozłożenia w paczkomatach 8000 paczek. A miejsc w paczkomatach w okolicy jest około 2000. Oznacza to, że 6000 paczek wyląduje w punkcie odbierania paczek (punkt jest wielkości większego kiosku). Ciekawe, czy kolejka do tego punktu będzie widziana z kosmosu....
Kalina mailowo zamawiała menu w restauracji. Trele morele, różne atrakcje i do tego jedno danie wefetariańskie. Tak właśnie napisała Kalina: wefetariańskie.
Brzmi to tak cudownie sepleniąco, że aż powinno coś oznaczać, prawda? Szkoda, żeby takie zgrabne słowo się marnowało.
Wefetarianizm. Radykalny wefetarianizm. Spotkanie wefetarianistów. Mój syn ma poglądy wefetariańskie. Gdzie można znaleźć literaturę wefetariańską?
A może przymiotnik powinien być: wefetarianistyczny?
Jaka odpowiedzialność spoczywa na Kalinie. Nowe słowo może zmienić przyszłość narodów.
Kalina sprawdziła w tłumaczu google, co oznacza wefetar. I otóż uwaga, uwaga: wefetar oznacza po kurdyjsku zmarłego.
Czyli wefetarianizm byłby nurtem filozoficznym, uznających zmarłych za żywych, a żywych za zmarłych. Albo coś innego. Kalina jest otwarta na propozycje. Słowo jest, brakuje teraz tylko sensu. A nawet sęsu.
Wiatr wieje z dziwnej strony...
Zwykle porywy dochodzą równolegle do okien Kaliny, co sprawia, że wiatr ślizga się po ścianie budynku. A teraz przychodzą ukośnie i wydaje się, że coś wielkiego i ciężkiego nagle opiera się o drzwi balkonowe.
Dziś kolejna porcja zakupów na święta, czyli dramatyczna historia o tym, jak Intermarche drive ratuje Kalinie życie.
W czwartek przyjeżdża świąteczny gość. Spędzi u Kaliny 2 tygodnie i Kalina liczy na to, że dzięki niemu wspólny czas będzie jeszcze lepszy. No bo przecież spanie w jednym łóżku z gościem-mopsem to najlepszy możliwy prezent na święta.
Kalina ma ciężki czas. Wszyscy wokół są podenerwowani i tracą hamulce. Kalina źle znosi jazdę bez hamulców. Zwłaszcza teraz. W Kalinie wyłączył się przycisk od mówienia. Słucha, pyta, opowiada o głupotach, ale nie mówi...
- Mamo, przygotowujesz teraz kolejną książkę?
- Kiedy jedziesz do Hagi?
- Co dzisiaj robiłaś?
- Kalina, masz plany na weekend?
- Czego się teraz uczysz?
- Zredagujesz mi kilka artykułów?
A mimo to jakoś się nie klei..
Kalina zaliczyła ostatnio serię kulinarnych wpadek. A nawet katastrof.
Kalina nie lubi gotować i nie umie tego robić. Obiady rodzina Kaliny zawdzięcza urządzeniu samogotującemu. Niestety okazuje się, że nawet urządzenie dla kulinarnych debili nie jest w stanie poradzić sobie z nieumiejętnościami Kaliny.
Kalina czasem coś zmienia w przepisie, ponieważ musi zastąpić produkt nieobecny czymś, co jest w domu. I robią się potem żywieniowe koszmary.
Ostatnio:
1. Hummus w kolorze psiej kupy (zamiast oliwy Kalina dodała olej z pestek dyni, który ma ciemny kolor)
2. Zupa z soczewicy o smaku okropnym i konsystencji mazistej (rozgotowały się kluski kładzione)
3. Sos o smaku mango, który Kalina robiła na żeliwnej patelni (zaszła jakaś reakcja między mango a patelnią i sos przypominał barwą krowią kupę)
4. Kotlety schabowe o strukturze i twardości pnia sosny (przyczyna nieznana).
W rodzinie Kaliny każdy chodzi z bólem. Fizycznym albo psychicznym. Jest nadzieja, że wszyscy ogarną się do świąt i będą mieli dobry czas.
Pogoda wymarzona dla samobójców. Warstwa chmur tak ciężka, że sufit się ugina. Człowiek budzi się rano, a tu wieczór. Wilgoć wszędzie.
W poszukiwaniu czegoś, co zapełni ciszę podczas udawania, że robi się coś pożytecznego, Kalina znalazła na spotifaju Japanese Relaxation and Meditation. I tego słucha.
Ostatnie prezenty jadą już do paczkomatów, a za ponad tydzień starsza córka Kaliny przyjedzie z drugiego końca świata.
Młodsza córka ugina się pod ciężarem problemów, które spadły na nią ostatnio. I gdy odrobinkę udało jej się podnieść z kolan, dostała kolejny cios.
Miało być już lepiej, cholerny losie!
Kalina powolutku, po cichutku próbuje poradzić sobie ze swoimi lękami i strachami.
Bo najdrobniejsze rzeczy ją ostatnio przytłaczają.
Zrobiła sobie Kalina listę rzeczy do zrobienia i odhacza. Odhacza dzielnie.
Dziś zrobiła zakupy, potwierdziła rezerwację w knajpie, wybrała menu, umówiła wizytę córki u lekarza i sprzątnęła pewne zapomniane przez boga i ludzi miejsce w sypialni.
Skończyła Kalina słuchać swoich ukochanych "Perswazji" i teraz zabiera się za kolejną powieść Jane Austen. Zna je Kalina wszystkie jak własną kieszeń, ale to nie przeszkadza w miłości. A nawet pomaga.
PS. Język polski jest uroczo zaskakujący. No bo jak inaczej wytłumaczyć pisownię "powolutku" i "po cichutku"... No jak?
po wolutku, po cichutku
powolutku, pocichutku
W nocy we śnie coś zgubiłam. Bardzo ważny przedmiot.
Mieszkałam wtedy w kamienicy z pięknym wewnętrznym podwórkiem.
Koleżanka pomagała mi to odszukać, ale ciągle coś nas odciągało i nie zdążyłyśmy. Co chwilę musiałyśmy robić coś innego. Banalnego.
To bardzo frustrujące.
Nie dość, że nie odnalazłam, to jeszcze nie wiem, co to było.
I na dodatek powodem klęski było to, że angażowałam się w wiele drobnych, niepotrzebnych rzeczy.
I tu przydałby się tybetański mnich, który siedząc na podłodze w ciemnej obórce, otulony dymem z kadzidełka wyjaśniłby Kalinie, że powinna wyciągnąć z tego snu wnioski dla siebie.
Same wnioski nie wystarczą. Kalina wie. Potrzebny jest jeszcze przycisk "start" i rozpoczęcie wdrażania.
Znacie Loesje?
Uwielbiam te cytaty.
W mojej kuchni wisi naklejka z jednym z nich. Wklejona w ramkę. Tekst brzmi:
Kto decyduje
co jest niemożliwe?
Przytaczam tu treść, bo chcę sobie przypominać, że "niemożliwe" nie jest cechą uniwersalną, tylko ściśle związaną z osobą, która mówi.
Chcę pamiętać, że jeśli ktoś mówi "to jest niemożliwe", to znaczy, że nie umie, nie chce mu się, szuka wymówek.
W większości wypadków niemożliwe oznacza, że należy się odsunąć, zastanowić i znaleźć inne rozwiązanie.
A te naiwne powyższe mądrości napisała Kalina, która chce wrócić do literatury. Co obecnie wydaje się niemożliwe. Bo sama Kalina tak uznała. Ale się myli.
Zła passa Kalinowców zaczęła się w andrzejki 2023.
Kalina czeka z utęsknieniem na tegoroczne andrzejki, które muszą zamknąć ten kiepski rok.
A tymczasem odebrała dziś rano Kalina telefon od załamanej córki: jej chłopak miał wypadek. Ma uszkodzone więzadła. Dramat, bo to bardzo aktywny sportowiec. Właśnie zaczął grać w "dorosłej" drużynie. I od razu awaria. Podobno kilkumiesięczna.
Ej, ty, losie! Do cholery! Przełóż wreszcie Kalinowców na lepszą półkę!
Rozumiem, że każdy dostaje tyle, ile zniesie, ale my już naprawdę padamy na twarz!
Kalina uwielbia oglądać w telewizji program "Mistrzowie ceramiki". Kalina ma za sobą pierwsze ceramiczne kroki i relaksuje ją, gdy patrzy, jak inni toczą i rzeźbią.
Pewnego dnia Kalina położyła się pod kocykiem i zaczęła oglądać "Mistrzów ceramiki" - odcinek, w którym wytwarzano kafle. Kwadratowe, trójkątne, sześciokątne - najróżniejsze. Artyści przykładali do płatów gliny przygotowane przez siebie formy i ostrożnie wycinali jednakowe kształty. Ceramiczne zen. Jednostajna, monotonna praca.
Kalina zorientowała się, że jeden z artystów trzyma w ręku formę z okrągłym kaflem. Okrągłym kaflem?! Srebrna ramka otaczała dość grubą warstwę gliny. Gdy mężczyzna odwrócił ramkę i wystukał z niej zawartość okazało się, że na glinie jest już pomarańczowe szkliwo. Kalina była bardzo zaskoczona: nie da się wycinać kształtów z oszkliwionej gliny!
Kalina założyła okulary, żeby przyjrzeć się tej nowej technice i wtedy zrozumiała swój błąd: to nie była glina i szkliwo, tylko sernik z galaretką. A osoba, która trzymała w rękach formę, nie była artystą ceramikiem, tylko kucharzem.
Kalina zasnęła w trakcie programu o ceramice, gdy wycinano kafle i obudziła się podczas programu o przygotowywaniu okrągłych serniczków na zimno, gdy wyjmowano ciasto z okrągłych foremek...
Mąż Kaliny dostał mejla z informację, że jego dane zostały najprawdopodobniej wykradzione z jednego z bardzo dużych sklepów internetowych.
Sklep poinformował, że mąż Kaliny musi teraz zachować czujność, bo może stać się ofiarą ataków.
Kalina wie, że w Internecie nic nie jest całkowicie bezpieczne, bo skoro człowiek wymyślił zabezpieczenia, to inny człowiek może je złamać. To oczywiste. Ale podejście sklepu jest oburzające.
To sklep ponosi za to odpowiedzialność. To sklep wykrył kradzież dwa tygodnie temu (!). Przesyłanie teraz do klientów instrukcji, że mają uważnie otwierać maile, brzmi jak żart. I ciekawe, jakiego rodzaju czujność miałby zachować mąż Kaliny, żeby uchronić się przed ewentualnymi skutkami kradzieży.
Kalina i jej mąż rozważają rozbicie namiotu przy komputerze i wyznaczenie wart w celu obrony danych. Kalina rozpali ognisko na dywanie, będzie siedziała z latarką w ręku i krzyczała "sio", gdy tylko jakiś internetowy złodziej zbliży się do ekranu. Naturalnie Kalina bez problemu rozpozna takiego złodzieja: będzie miał na głowie kominiarkę, w ręku wytrych (Kalina nie wie, jak wygląda profesjonalny wytrych, ale to można nadrobić) i będzie szedł na zgiętych kolanach, rozglądając się po pokoju.
Teraz pomyślała Kalina, że zamiast kominiarki może też mieć rajstopy.
Boże, co za czasy. Złodziej w rajstopach! Bo przecież kto nosi w dzisiejszych czasach pończochy? Zwłaszcza na głowie...
Po operacji Kalina przez tydzień chodziła z siatką od czosnku na głowie. Na szczycie głowy siatka zawiązana była w uroczy pędzelek. Wygląda się w tym tak, jakby iloraz inteligencji oscylował pomiędzy 6 a 11. Kalina ma nadzieję, że złodzieje unikają takiej stylówki. Byłoby to ze wszech miar niepoważne. Jednak rajstopy. Zdecydowanie lepsze niż siatka od czosnku.
Napisała Kalina, która się zna.
Kolega Kaliny, lekarz, od lat jeździ leczyć ludzi w Nepalu. Wykonuje tam mnóstwo zabiegów, będąc jedyną nadzieją dla dziesiątek chorych osób.
Nepalczycy są niezwykle spokojni, poddają się leczeniu z ufnością, doceniają oferowaną im pomoc.
W tym roku kolega lekarz wybiera się do Papui Nowej Gwinei.
- Będzie inaczej - powiedział zatroskany. - Mieszkańcy Papui to ludzie waleczni i walczący. Są wybuchowi i nieposkromieni. Pracujący tam lekarze są instruowani, że w razie wybuchu emocji u pacjenta muszą natychmiast wybiec do innego pomieszczenia i tam się zamknąć na kilkanaście minut. Po tym czasie awantura zwykle przycicha.
Kalina nie była w pracy, gdy robiono zdjęcia na koniec 8 klas i została poproszona o dostarczenie swojego portretu, zrobionego w domu, na białym tle.
No tego jeszcze nie było.
Kalina na tle ściany, córka z telefonem w ręce i pstrykają dziesiątki zdjęć.
Jasna cholera, jakie to jest trudne. I zawstydzające. I przykre, gdy przypadkowo powiększy się portrecik i widać to, co jest na twarzy, a cały czas sądzi się, że tego nie ma... ;-)
Zdjęcie ceramiki Kaliny. Niestety jego nie można umieścić na tableau...
Ogarnęły Kalinę niemoc, niechęć i bezsił. Nadeszła ta pora roku, gdy Kalinie jest zimno, ciemno, smutno i głodno. Pranie nie schnie. Spanie przy otwartym oknie oznacza, że marznie głowa.
Nie pamiętam dokładnie mitu o Persefonie i Demeter, ale to któraś z nich ponosi odpowiedzialność za to, co się tu teraz wyprawia..
Gdy kupuję coś na Vinted, algorytm tegoż podsuwa mi propozycje kolejnych zakupów. I są to zawsze przedmioty niemal tożsame z tym kupionym.
Kupiłam sobie niedawno ciepłe, góralskie kapcie. I dostaję teraz propozycje kupienia kolejnych kilkudziesięciu par.
Wnioskuję, że algorytm uważa mnie za stonogę.
Albo osobę z poważnymi zaburzeniami pamięci.
No bo z jakiego innego powodu miałabym kupować kolejne, niemal identyczne domowe pantofle?
Kalina ma teraz dużo wolnego czasu, co ma dobre i złe strony.
Może Kalina rozważać. To ta dobra strona.
I rozważa Kalina. I to jest złe.
Dzieli Kalina każdy włos na czworo, wróciła do swoich starych lęków, samoocena leci na łeb na szyję, a poczucie własnej wartości leży zakopane na samym dnie samego dna.
Próbuje Kalina czymś się zająć, ale po chwili przestaje. I wyrzuty sumienia rosną w siłę, "bo nawet nie umiem skończyć tego, co zaczęłam".
To minie.
Podobno wszystko mija.
Od kilku tygodni nie miałam aury. Moja aura nie poprzedza migreny. Pojawia się i znika. Jest zaskakująca i zadziwiająca w negatywnym sensie. Początkowo miałam obawy, żeby powiedzieć o tych zjawiskach lekarzowi, bo bałam się, że uzna to za jakąś poważną chorobę psychiczną. Widzieć coś, czego nie ma - to nie brzmi dobrze. Teraz wiem, że ludzie tak mają. Coś w mózgu, nerwach, czy też oczach wytwarza złudzenia. Nadprodukcja.
Córka Kaliny zaprosiła przyjaciółki na noc. W sumie to sześć uroczych osiemnastolatek.
- Mamo, nie wiem, czy ci mówiłam, że mamy nocowanie tematyczne...
- ?
- Kucyki Pony. To nasz temat.
- A ty jak się przebierzesz?
- No ja jestem przecież Pinky Pie, więc będę w moim różowym hoody blanket.
- Każda z was wybierała sobie kucyka, czy losowałyście?
- No co ty, mamo! Przecież każda dziewczynka w moim wieku od zawsze wie, jakim jest kucykiem...
Uczennice maturalnej klasy matematyczno-fizycznej. Świat przetrwa. Jestem pewna.
Kupiłam produkt na allegro. Opisany był nazwą oryginalnego produktu amerykańskiego, ale przyszedł w opakowaniu z inną nazwą. Zepsuł się po kilku dniach. Przejrzałam opinie innych kupujących i w zasadzie były zgodne z moją: produkt słabej jakości, najprawdopodobniej nieoryginalny.
Wpisałam w ocenie produktu, że produkt jest nieoryginalny, chociaż był opisany jako oryginalny.
Sprzedawcę oceniłam uczciwie: jedna gwiazdka za zgodność towaru z opisem, pięć gwiazdek za obsługę.
Dostałam taką wiadomość od sprzedawcy:
WEZWANIE DO USUNIĘCIA SKUTKÓW NARUSZENIA DÓBR OSOBISTYCH
(usunięcie negatywnego komentarza)
Zgodnie z dyspozycją art. 24 § 1 kodeksu cywilnego w zw. z art. 43 kodeksu cywilnego żądam zaniechania kreowania nieprawdziwych i szkalujących moje dobre imię sformułowań oraz niezwłocznego usunięcia skutków naruszenia moich dóbr osobistych poprzez usunięcie negatywnego komentarza
Wyznaczono mi termin na reakcję do połowy listopada.
Co ciekawe, moja opinia o tym produkcie w tajemniczy sposób zniknęła, a towaru nie ma już w ofercie sprzedającego.
Przejrzałam w internecie opinie, co robić w takich sytuacjach i znalazłam, że sprzedawcy straszą tak kupujących, ale też zdarza się, że podają kupujących do sądu cywilnego.
Czy ktoś z was/waszych znajomych miał podobną sytuację?
Zdrowie Kaliny przypomina cieniutką łodyżkę. Wystarczy mocniej dmuchnąć i już niemal się łamie. No i jest kolejne dmuchnięcie i kolejne nie-wiadomo-co.
Od kilku dni Kalina czuje się średnio. Jest spowolniona, a szum w głowie zdecydowanie się nasilił.
Dziś samopoczucie Kaliny ze średniego zmieniło się na złe. I to fizycznie i psychicznie. Położyła się Kalina do łóżka, żeby przespać złe myśli i złe odczucia z ciała. No i obudziła się z bolącą głową i opuchniętą twarzą. Do tego podkrążone oczy, a skroń pulsuje w rytmie samby.
Wszystko jest dobrze. Kalina wie. Tylko to "dobrze" Kaliny nie jest tym, co oznacza "dobrze" dla przeciętnego człowieka. Dobrostan Kaliny przyjmuje inne wartości niż dla zdrowych ludzi. Kalina musi mniej oczekiwać, więcej wybaczać swojemu ciału i mieć większą tolerancję na niepokojące sygnały.
Ale to wszystko jest naprawdę w cholerę trudne. A gdy do tego dochodzi psychiczny dołek, życie staje się naprawdę bardzo niewygodne. Za ciasne jakieś. Swędzące, drapiące i do wyrzucenia.
Kalina od jakiegoś czasu gotuje wege potrawy z dynią, kalarepą, papryką, batatami i innymi pysznościami. Soczewica weszła na listę priorytetów obiadowych.
Do tego kasza pęczak albo kuskus.
Wczorajszy tadżin z dynią tak walił po kubkach smakowych aromatami północnej Afryki, że trudno było nie jęczeć z zachwytu.
Niniejszy post sponsorowany jest przez dynię, kalarepę, bataty i termomix.
K. wracała w południe do domu i na drzwiach wejściowych zauważyła największego pająka świata. Siedział na futrynie. Piszcząc i krzycząc wbiegła do domu i obudziła M.
Drzwi były nadal otwarte.
Obserwując pająka, żeby znać dokładnie jego położenie w każdej sekundzie, K. i M. obmyśliły plan działania. Odkurzacz.
Z niemałym trudem wyszły z odkurzaczem na korytarz (musiały przejść obok pająka) i wciągnęły potwora do środka.
Jego rozmiary dawały cień niepewności, co do jego śmierci w odkurzaczu. Wciągnęły zatem jeszcze sodę oczyszczoną (broń chemiczna) i ryż (pociski małego kalibru).
Wyjęły worek z odkurzacza, wrzuciły do worka na śmieci, całość szczelnie zawiązały i wystawiły na balkon.
Rozmiary pająka tak bardzo odbiegały od powszechnie stosowanych, że K. i M. zaczęły rozważać, czy na pewno soda i ryż zabiły gościa na śmierć. Nie miały pewności, czy nadal nie siedzi przyczajony w rurze. Zatem założyły nowy worek do odkurzacza i wciągnęły do niego mech i ziemię z balkonu w ilościach obfitych (pociski większego kalibru), zapełniając nowy worek. Wyjęły worek z odkurzacza, włożyły do kolejnego worka na śmieci, zawiązały i wystawiły na balkon.
Ponieważ obie były tak wypełnione adrenaliną, że wyciekała im porami skóry, postanowiły iść za ciosem i zrzuciły jeszcze miotłą ogromnego krzyżaka, który zbudował sieć za szybą w salonie. Niemal słychać było huk, jak spadał z piętra na chodnik, a w płytce chodnikowej najprawdopodobniej powstała spora wyrwa ;-).
Jedna z opisanych dzielnych kobiet to starsza córka Kaliny. Druga to jej współlokatorka. Dziewczyny umieją sobie radzić - jestem z nich dumna.
I tylko bardzo proszę nie pisać w komentarzach, że pająki są przecież nieszkodliwe i nie warto się ich bać.
Kalina doskonale wie, czy warto się ich bać, czy też nie. Dziś rano Kalina i jej młodsza córka ogłosiły w domu stan wyjątkowy, polegający na usuwaniu 3 potworów z doniczek i do teraz obie zastanawiają się, czy kosarze nie wyjdą żywe z odkurzacza...
Kalina wyciągnęła męża na grzyby. Mąż Kaliny jest typem zadaniowym. Hasło "na grzyby" wywołało zatem serię poczynań. Przygotował pudełeczko z chlebem i kiełbaskami długodojrzewającymi. Zrobił herbatę w termosie ("Nie będę robił, przecież jesteśmy dorośli". Po kwadransie: "Jednak zrobię. Gorąca herbatka z cytryną jest na grzybach najważniejsza").
Założyli zimowe buty na wszelkie okazje, grube kurtki, rajtuzy (to Kalina) i zabrali wielki wiklinowy kosz (też Kalina).
I pojechali.
Ustalili, dokąd jadą: blisko, bo Kalina nie w formie. Dookoła małego leśnego jeziorka. Powolutku. Jeśli zawroty głowy pójdą z nimi, dadzą radę wrócić do samochodu.
- Pamiętasz trasę?
- Pamiętam - rzekła Kalina, która chciała już jechać, żeby jak najszybciej ruszyć i zjeść coś w samochodzie.
Po drodze Kalina musiała kilkakrotnie uspokajać męża, że jeśli nawigacja pokazuje, że oddalają się skutecznie od punktu docelowego, oznacza to, że powinni iść na grzyby gdzie indziej. Zdecydowali się na gdzie indziej. Bez jeziorka. Mały las. Łatwiej wrócić do samochodu gdyby zaczęło padać, lub gdyby Kalina padała ze zmęczenia.
Zatrzymali samochód, zjedli połowę prowiantu, zabrali kosz, małą parasolkę i wielki męski parasol i poszli.
Poszli, poszli i znaleźli 6 sztuk. Mizerna, cicha, stajenka licha. No jakby wszystkie grzyby świata wymiotło w inny obszar. Padło hasło "Wracamy". Dołożą grzyby do sosu, będzie nuta grzybowego aromatu.
Gdy zdemotywowani wracali do samochodu, z pobliskich zarośli wybiegł patataj, patataj, dzik wielki jak bizon amerykański, co podniosło morale Kaliny i jej męża. Śmiejąc się z tętentu dzika i swojego przestraszenia doszli do drogi, przy której nieco dalej stał zaparkowany samochód.
Mąż Kaliny zatrzymał się przy obrośniętych wysoką trawą krzaczkach i szpikulcem od parasola wskazał kierunek.
- To jest miejsce, gdzie powinny być grzyby.
Posłuszna Kalina zrobiła krok w tamtą stronę i ku swojemu osłupieniu znalazła uroczego, zdrowego i jędrnego maślaczka. A obok niego - setki innych. Słowo daję: maślakowy Pekin, Bombaj, pielgrzymka do Medyny i pochód pierwszomajowy...
Trudno było stopę postawić, żeby jakiegoś nie nadepnąć. Najpierw zrywali wszystkie, potem już tylko te średniej wielkości.
Teraz całe mieszkanie pachnie maślakami, kilka potężnych porcji jest naszykowanych do zamrożenia, sos był przepyszny, a parasol męża został uznany za przedmiot magiczny.
Jeśli będziecie czegoś szukać, dajcie znać. Poproszę męża, żeby wskazał parasolem kierunek.
PS. Reszta prowiantu została zjedzona przed odjazdem z lasu. Herbatka wypita. To informacja dla tych, którzy sądzili, że Kalinę da się uciszyć jakimś marnym ogryzkiem.
Sny są egocentryczne.
Zawsze śnię o sobie. Czy są to miłe, czy przykre historie, dotyczą mnie. Czasem jestem w nich sobą, czasem kimś o innym zawodzie, innej sytuacji rodzinnej, ale zawsze to ja.
Mój mózg nie umie we śnie być kimś innym.
We śnie robię rzeczy, których nie ośmieliłabym się zrobić naprawdę. Wczoraj na przykład podniosłam z podłogi dużę kupkę kurzu. A potem, w ciągu dnia, zobaczyłam w przedpokoju maleńką kępkę kurzu przy komodzie. Nie podniosłam jej dłonią.
W życiu nie mam tyle odwagi, co we śnie.
Wyniki moich badań nie są dobre. To truizm, ale brzmi lepiej niż "są złe". We śnie miałabym odwagę od razu iść do lekarza i ewentualnie usłyszeć, że muszę mieć kolejną operację. W prawdziwym życiu nie zrobiłam tego natychmiast. Dałam sobie kilka dni przerwy na spokojne porozmawianie z mężem i córkami.
- Mamo, nie szukaj informacji w internecie.
Odszukałam.
Wszystkie dziwaczne objawy, których doświadczam, wypisane są jeden po drugim.
Shit.
Przez kilka lat nie miałam kontaktu z moim wychowawcą z liceum. Wspaniałym tłumaczem literatury anglojęzycznej. Ostatnio widzieliśmy się na jego spotkaniu autorskim, po którym poszliśmy na kawę. Był typem samotnika, mocno doświadczonego przez los. Fajny, mądry facet.
Dziś postanowiłam do niego napisać i zaproponować spotkanie w gronie kilku osób. Najpierw zajrzałam do intertetu, żeby sprawdzić, co nowego wydał. I szok. Zmarł.
Zrobiło mi się pusto. Był zaledwie kilka lat starszy ode mnie - zaczął pracę w liceum tuż po studiach. Wtedy wydawał mi się dość stary. Teraz myślę, że zmarł młodo.
Zastanawiam się nad imionami.
Gdy byłam dziewczynką, moje imię było niezwykle popularne. Zawsze w klasie miałam dwie lub trzy imienniczki. Mam sporo koleżanek, które mają tak samo na imię.
Teraz moje imię jest dość rzadkie. W mojej szkole nie ma żadnej dziewczynki o tym imieniu.
Są Julki, Zuzie, Weroniki, Wiktorie, Tosie, zdarzają się Basie i Zosie.
Na zajęciach z ceramiki jestem jedyną osobą o tym imieniu. Większość uczestniczek to studentki albo osoby tuż po studiach. I ja. Cała siwa.
Jest starszą kobietą, więc staram się być dla niej grzeczna, ale gada tak niemiłosierne bzdury, że bycie grzeczną przychodzi mi z trudem.
Dziś po raz setny chwaliła się sukcesami swojej rodziny:
Moja córka jest przedszkolanką i dzieci bardzo ją lubieją. A mój wnuk poznał swoją dziewczynę w samolocie z Ameryki i od razu się zakochał. Bo on studiuje bankowość i rozporządzenia. A jego dziewczyna studiuje na dwóch kierunkach i ma teraz do zdania egzaminy. Nie dlatego, że nie zdała, nie, nie. Tylko jak umawiała terminy egzaminów to jej dni nie pasowały. A mój młodszy wnuk miał dziewczynę w gimnazjum. Z tej samej klasy. Ona była pupilką wychowawcy. Tylko że on nie dał jej prezentu na dzień kobiet i dziewczyna się od razu z nim obraziła.
Po tym musiałam natychmiast skończyć rozmowę, bo czułam, że zaraz się ze sobą obrażę, szczególnie że nie studiowałam nigdy rozporządzeń. A mojego męża poznałam na lądzie, co brzmi naprawdę bardzo nieromantycznie.
Rutynowa kontrola u chirurga i neurologa. I szok.
To, co uważałam za problemy po operacji, okazało się dość poważnym problemem. Pilne badania, instrukcja kiedy natychmiast jechać na SOR i konieczność wykluczenia krwawienia.
A ja jeszcze kilka dni temu wahałam się, czy nie wracać od września do pracy.
I kolejny raz okazało się, że nie doceniam objawów, które mam. Nawet tego nie skomentuję, bo musiałabym napisać o sobie, że jestem głupia i nie uczę się na własnych błędach.
A nawet gópia jestem.
Ostatnie dni sponsorowały okulary do czytania i wygodna sofa.
Kalina przeczytała 3 książki:
- Wieloryb i koniec świata - polecam. Zwłaszcza dlatego, że była napisana przed 2015 rokiem. Aż trudno w to uwierzyć.
- Lekcje z pingwinem - polecam. Przyjemna, lekka, oparta na faktach. Na chwilę, w których nie ma miejsca na dramaty życiowe. Gdy tabliczka czekolady to za mało.
- Pan Doubler zaczyna od nowa - polecam. Na kiepski nastrój, smutek, rów Mariański i inne takie sprawy. Lekka, nieco naiwna, łagodna. Trochę podobna do "Mężczyznymieniem Ove", którą też polecam.
Kalina mieszka w małym bloku. Okna mieszkania Kaliny wychodzą na południe i na północ.