
- Zwykle trudno jest obudzić we mnie ducha rywalizacji. Gdy na mojej drodze staje jakiś konkurs i zachęcająco spogląda mi prosto w oczy, wstydliwie spuszczam wzrok i przechodzę na drugą stronę ulicy. Nie przeszkadza mi bycie zdyskwalifikowaną za brak zaangażowania. Tak bywa zwykle. Bo dziś obudził się we mnie duch walczącej bestii. W poczekalni się obudził. U pediatry. Siedziałam grzecznie z paskudnie chorą córką. Pokornie. W kolejce. Nadszedł moment, gdy byłyśmy już pierwsze (i jednocześnie ostatnie...) i nagle pojawiła się rodzinka z dwójką dzieci. Podskakujące, wesołe, gadające maluszki, które wyglądały tak, że nie miałam sumienia usiąść obok nich z moją naprawdę chorą córką. Szkoda ich zdrowia. Państwo rodzice dostali katarakty wybiórczej i zachowywali się tak, jakby mojej córki i mnie tam nie było. No nie zauważyli. Gdy otworzyły się drzwi do gabinetu i wyszła z niego poprzednia mała pacjentka z tatusiem, państwo niczym rącze gazele doskoczyli do drzwi i zaczęli kolanami i łokciami upychać swoje dzieci do środka. Moja córka musiała zwlec się z krzesełka, poskręcać stawy i ułożyć włókna mięśniowe, kaszląc przy tym jak silnik od trabanta. Ja w tym czasie jedną ręką usiłowałam utrzymać ją w kawałku, a drugą wiosłowałam w stronę drzwi. Państwo zauważyli ruch w okolicy, w której siedziałyśmy z córką, więc tym bardziej zagęścili wpychanie się do gabinetu.
- Przepuściłaś ich?
- Nie. Zahipnotyzowałam. Wzrokiem, słowem, gestem i myślą. Najbardziej chyba tonem głosu, bo gdy moja córka już dopełzała do gabinetu, szybciutko ewakuowali spod drzwi swoje dzieci.
- Bali się!
- Myślę, że przeraziło ich to, że jeśli tak kiepsko wygląda moja córka, to cóż może stać się z nimi i ich dziećmi, jeśli się wkurzę...
- A co z córką?
- Gdy wróciłyśmy do domu miała siłę tylko na to, żeby położyć się do łóżka i natychmiast zasnęła. To była najbardziej wyczerpująca podróż w jej życiu.