Mama Kaliny złamała sobie rękę. Kalina, z pomocą opiekunki, dotargała mamę do samochodu i zawiozła do szpitala ortopedycznego, żeby tam ktoś w miarę delikatny i czuły założył mamie gips.
I wtedy zaczęły się problemy. Okazało się, że kość złamała się w taki sposób, że nie ma szans na zrośnięcie. Konieczna operacja. Minimum tygodniowy pobyt w szpitalu. Narkoza. Brak odwiedzin.
Mama Kaliny nie je samodzielnie. Połyka jedzenie tylko w formie płynnej. Nie umie się sama napić. Często nie wie, kim jest i gdzie mieszka. Nie rozpoznaje już własnego kota, swoich zdjęć i czasem nie umie połączyć Kaliny z jej imieniem. Wymaga bezustannego dozoru.
I no to wszystko znowu szpital?! Tydzień?! Bez całodobowej opieki?! Bez Kaliny, która przyjeżdża co chwilę, żeby mamie wlać w głowę spokój i miłość?! Bez opiekunki, która ciągle z mamą rozmawia?!
Kalina podjęła najtrudniejszą decyzję w swoim życiu. Nie wyraziła zgody na operację. Zabrała mamę razem z jej złamaną kością do domu. Wszyscy na izbie przyjęć patrzyli na Kalinę, mając w oczach nieco oburzenia i nieco zrozumienia. Założono mamie gips, żeby chwilowo unieruchomić złamanie. Za dwa tygodnie gips będzie zdjęty i mama już nigdy nie będzie miała sprawnej ręki. Prawej. Jedynej, którą mogła jeszcze poruszać (lewa ręka mamy jest niesprawna od kilku lat).
Powrót do domu oznaczał konieczność wtargania mamy do domu. Pierwsze piętro. Mama nie podnosi nóg na wysokość schodów. Kalina dźwigała mamę schodek po schodku. Musiała przy tym podnosić mamę, ściskając ją za tors.
To było w piątek. Dzisiaj jest sobota i Kalina coraz bardziej rozumie, że wczorajszym dźwiganiem chyba rozwaliła sobie staw kolanowy. Do tego dochodzą okropnie nadwerężone mięśnie, które uniemożliwiają normalne poruszanie. Przemęczenie i stres sprawiają, że Kalina traci ducha.
I do tego ta okropna, najgorsza decyzja w życiu, która, Kalina o tym wie, była jednocześnie najlepszą.