Wczoraj przyszła do mnie pewna kobieta. Wysłuchała. Siedziała obok mnie przez prawie 2 godziny. Przeprowadziła ze mną rasową sesję coachingową, trening interpersonalny, poukładała mi w głowie, podsumowała, zamiotła wszystko to, co się ze mnie wykruszyło i na końcu spytała, czy nie uważam, że powinnam jeszcze porozmawiać na ten temat z kimś w moim wieku. Nie sądziłam. Wystarczyła rozmowa z nią.
Bo ona zdecydowanie w moim wieku nie była.
Była ode mnie młodsza o prawie 30 lat i gdy spotkałyśmy się pierwszy raz, ona była zawinięta w szpitalny kocyk, a ja leżałam umęczona ciężkim porodem. Mam dorosłą córkę. I jaką mądrą!
Widzicie, tego pawia? Co się tak puszy? To ja!
Jeśli przekazywałyście mi wczoraj pozytywną energię, to trafiła w moją córkę i przez nią do mnie. Tak było. Są świadkowie. Zwłaszcza jeden. Nawet dowód rzeczowy się znajdzie: moje wczorajsze zwłoki, z których wstałam, chociaż to nie te święta.



