Do kocimiętki przylatują stada trzmieli i pszczół.
Szałwia i lawenda nawet w połowie nie są tak atrakcyjne.
A miałam wątpliwości... ;-)
Do kocimiętki przylatują stada trzmieli i pszczół.
Szałwia i lawenda nawet w połowie nie są tak atrakcyjne.
A miałam wątpliwości... ;-)
1. Kalina ma traumę urodzinową. Kalina urodziła się w imieniny swojego taty i niemal zawsze cała rodzina zapominała o urodzinach Kaliny. Prawdopodobnie jak każde dziecko Kalina czekała na prezenty i życzenia urodzinowe i było jej przykro, gdy schodzili się goście, dawali prezenty tacie, a Kalinie nie. Zwykle podczas takich imprez tata przypominał wszystkim, że Kalina też świętuje, co niezmiennie wywoływało reakcję "ach, zapomnieliśmy, ale przecież wszystkiego najlepszego i chyba nic się nie stało". To niezwykłe, jak ciężko jest dziecku znosić takie sytuacje, ale równie ciężko jest wygnieść takie wspomnienia z głowy, gdy się jest dorosłym.
2. Kalina ma naderwane więzi ze swoją jedyną biologiczną siostrą i w zasadzie nie utrzymuje z nią kontaktu. Kalina powolutku wymazuje siostrę ze swojej rzeczywistości. Uczy się, że siostra jest funkcją, a nie wspólnotą genów. Kalina wybrała sobie inną osobę, która zgodziła się być Kaliny starszą siostrą i ten związek bardzo obu odpowiada.
Od czasu do czasu biologiczna siostra Kaliny pisze do Kaliny smsa w rodzaju "wesołych świąt", albo "informuję, że zostałam babcią", co przypomina Kalinie o przykrych sytuacjach, które dzięki uprzejmości biologicznej siostry Kalinę spotkały. A było ich sporo. O niektórych Kalina dowiaduje się teraz, porządkując dokumenty po mamie i tacie. Uhuhu, siostra Kaliny to istota niezwykła.
3. W tym roku w dzień swoich urodzin Kalina dostała smsa od siostry o następującej treści:
"Wszystkiego dobrego z okazji imienin Solenizantce", co wydaje się być kwintesencją urodzinowych wspomnień z dzieciństwa Kaliny i relacji Kaliny z siostrą. Przysłać Kalinie życzenia imieninowe zamiast urodzinowych, wiedząc, że całe życie zapominało się o urodzinach Kaliny, gdyż przypadają one w imieniny taty.
Kalina odpisała: "Bardzo dziękuję za życzenia, choć dziś są imieniny taty, a nie moje".
I wiem, wiem. To tylko błąd. Pomyłka. Siostra chciała dobrze, a wyszło jak zawsze. Czepiam się, szukam problemów tam, gdzie ich nie ma. Wszystko wiem. Ale i tak byłoby miło, gdyby siostra jednak pamiętała, że ja się mimo wszystko urodziłam. A nawet mieszkałam razem z nią jakieś 12 lat w jednym domu, choć teraz trudno to sobie wyobrazić...
Na działce mamy zaczęły dojrzewać czarne maliny.
Jeśli istnieje raj, to nie ma na jego środku jabłoni. Jest wiśnia, a dookoła niej rosną czarne maliny.
Jacyś rodzice z mojej klasy widzieli mnie, jak przejeżdżałam na rowerze na czerwonym świetle i są oburzeni, bo powinnam zdawać sobie sprawę, że uczniowie mnie widzą w takich sytuacjach.
Matka z innej klasy napisała do nauczycielki prośbę o wyjaśnienie, bo jej córka widziała tę nauczycielkę, jak w szkole piła piwo - okazało się, że nauczycielka piłą jakiś zwykły napój ze szklanej butelki.
I myślę, że jeśli rodzice zaczynają ingerować w nasze prywatne życie, to już najwyższy czas na podwyżki. Za 25 tysięcy miesięcznie będę do szkoły chodzić krokiem tanecznym, a w dni wolne od nauki będę jeździć czerwonym porsche poza miasto do daczy nad brzegiem Dunaju. Tam uczniowie nie będą musieli gorszyć się, oglądając jak jeżdżę na rowerze.
Z kolei koleżanka nie będzie musiała sobie z domu przynosić napoju w szklanej butelce, tylko codziennie zamówi sobie coś fajnego z dostawą do szkoły.
Jedno dziecko z naszej szkoły będzie zdawało egzamin sprawdzający z religii, bo rodzice kwestionują ocenę wystawioną przez katechetkę. I to nie jest żart.
Kalina ma osobowość interwencyjną, co zawsze zawstydzało jej córki.
Nie ma takiej możliwości, żeby Kalina przeszła obok starszej osoby, siedzącej gdzieś na murku i wyglądającej na zagubioną. Nie ma też szansy, żeby Kalina nie zareagowała, gdy ktoś się przewrócił, coś komuś upadło, albo coś komuś spadło na głowę. Kalina jest również osobą, która dopina obcym kobietom guziki w sukienkach na plecach i mówi o wystających metkach.
Kalina pisze to, bo bardzo często znajomi Kaliny, którzy nigdy nie reagują w takich sytuacjach, mają w zanadrzu złośliwe komentarze typu "masz parcie na szkło", "nasza sanitariuszka", "przecież nic by się nie stało".
Ciekawe jest to, że gdy Kalina rzuca się na pomoc takim właśnie cynikom, ratując ich przed przykrą sytuacją, potem gdzieś w zaułku, po ciemku, żeby nikt nie widział, Kalina przyjmuje od nich podziękowania. Przeważnie Kalina odchodzi z takich zaułków z poczuciem zdemolowania psychicznego. Bo najczęściej cynicy, którzy dziękują Kalinie za pomoc mówią: "ja też ci kiedyś pomogę". Zupełnie tak, jakby pomaganie było transakcją. Dwustronną.
Córka Kaliny niedawno zaczęła wymiotować na ulicy. Bardzo intensywne wymioty, ledwo stała na nogach. Próbowaliśmy opanować sytuację, trzymaliśmy ją w pionie, szukaliśmy worków, żeby nie brudziła chodnika. Przechodnie mijali nas, odwracając wzrok. I nagle podszedł młody mężczyzna. Zatrzymał się. Wyjął z plecaka puszkę coli i wręczył ją nam ze słowami "it helps". Podziękowaliśmy. Cola naprawdę pomaga w takich sytuacjach. Małymi łyczkami córka Kaliny wypiła całą puszkę, cukier z coli postawił ją na nogi, kofeina zrobiła swoje. Wróciliśmy do domu.
Proszę Pana, dziękuję panu w imieniu wszystkich córek. Niech Pan nigdy się nie waha. Z colą czy bez.
Wakacje.
Młodsza córka skorzystała z mojej propozycji i pojedzie ze mną na wieś do naszego znajomego. Zaprosiła już koleżanki z liceum - będą mieszkały w namiocie obok domu.
I jestem dumna jak paw, że córka-licealistka chce spędzać ze mną wakacje. I chce zaprosić na wakacje ze mną swoje koleżanki.
Mieszkańcy Niderlandów to najwyższy naród. I to nie jest przesadne stwierdzenie.
Przed lotniskiem Kalina zobaczyła reprezentację narodową Niderlandów w siatkówkę. Prawdopodobnie żaden z siatkarzy nie był niższy niż 2 metry. Kilkunastu młodych mężczyzn wyróżniało się wzrostem i niezwykle zgrabnymi sylwetkami. Okazało się, że lecą tym samym, rejsowym samolotem co Kalina.
Stewardessy robiły wszystko, żeby jakoś usadzić panów w fotelach. Niestety ich nogi w żaden sposób nie chciały się zmieścić w wąskiej przestrzeni między rzędami. Zaczęło się dopasowywanie sportowców do różnych wolnych miejsc.
- Może tu pan spróbuje? A może tutaj?
Niestety na każdym miejscu kolana siatkarzy blokowały przejazd wózka z napojami.
Kalina jest kobietą średniego wzrostu, ale nawet jej jest ciasno w samolocie. Dwumetrowy siatkarz musiał się czuć przez całą drogę jak licealista na śniadanku w przedszkolu. W grupie Muchomorków.
Kalina jest zwierzęciem lądowym.
Żadne podróże w powietrzu ani podróże po wodzie nie są dla Kaliny tak przyjemne jak podróżowani8e po lądzie.
Choroba morska, która u Kaliny pojawia się również w wersji choroby powietrznej, odbiera Kalinie dobre samopoczucie na długie godziny.
Kalina naszykowała sobie rzeczy na 4-dniowy wyjazd. Majtki, koszulki, skarpetki, reszta "na siebie". Kalina byłaby w stanie spakować się w kosmetyczkę, gdyby przyszła taka konieczność ;-)
Kalina ma za półtora tygodnia egzamin z oligofrenopedagogiki a obija się, zamiast się uczyć.
Poprosiła Kalina młodszą córkę, żeby ją zmotywowała do nauki, ale się nie udało...
Za pięć dni Kalina z przyległościami wylatuje do starszej córki.
Na cztery dni.
Się cieszą wszyscy.
Wielkie, ciemne, okrągłe polskie truskawki są darem niebios i dowodem na istnienie raju na ziemi.
Niedawno odkryłam, że jest coś takiego jak relacja na messengerze i wbrew zdrowemu rozsądkowi zaczęłam w to wchodzić.
Jasna pogoda, jak mi wstyd. Naprawdę jest mi wstyd za to, co moi znajomi umieszczają w tych relacjach.
Rozumiem, że są tam filmiki, reklamujące ich działalność zarobkową, co ma zwiększyć szanse na zdobycie nowych klientów. Rozumiem, że są tam filmiki, pokazujące jak ich dzieci dobiegają jako pierwsze do mety na zawodach osiedlowych podczas festynu z okazji imienin ulicy. Rozumiem, że...
Nie, no nie rozumiem. Nie rozumiem, dlaczego filmują swoją twarz, udając, że nie wiedzą, że się filmują. Albo filmują swoje stopy jak biegną, co wygląda, jakby niechcący włączyli nagrywanie. Albo filmują rozłożoną na swoich kolanach książkę - skoro filmują, to chyba nie czytają, prawda? Nie wpadłoby mi do głowy filmowanie siebie podczas czytania, słowo honoru. A też gdy czytam, to w tle nie widać filiżanki z opartym o nią pod odpowiednim kątem ciasteczkiem oraz idealnie konweniujących z całością okularów. No nie... Czyli ktoś najpierw układa gadżety na stoliku w tle, układa stopy tak, żeby współgrały z resztą, kładzie na nogach otwartą książkę i filmuje, jak odwraca kartki. Aż mam dreszcze. Wstyd mi.
Sztuka zjadła sztukę. Sztuka filmowa zjadła literaturę. Pięciosekundowy filmik o czytaniu ma większą wartość niż czytanie. Pochwalenie się o czymś, co warto byłoby robić jest ważniejsze, niż robienie.
No chyba, że ja stara jestem i nic nie rozumiem, co jest wysoce prawdopodobne.
Stan Kaliny jakby lepszy, albo może raczej nie gorszy, a oswojony.
Dziś Kalina była w pracy w swojej nowej sukience i usłyszała komplement:
- No ale tej to już sama nie szyłaś, co?
Uszyła sama. Tak odpoczywa.
W ogrodzie posadziła Kalina kocimiętkę obok szałwii a teraz przeczytała, ze kocimiętka odstrasza owady. A Kalina zwabia owady jak się da.
Odstrasza czy zwabia ta kocimiętka - poproszę o decyzję!
Największy problem jest wtedy, gdy teściowie Kaliny zajmują się logistyką. Wówczas klękajcie narody - katastrofa gotowa. Zmiany wersji co kilkadziesiąt minut, wyjaśnianie nowych pomysłów zajmuje więcej czasu niż ich realizacja, zaangażowanie wszystkich dookoła sprawia, że mąż Kaliny rozważa wyłączenie telefonu.
Tym razem pogrzeb w rodzinie teścia. Należy odebrać kwiaty z kwiaciarni, pojechać do kościoła i pojechać na cmentarz. W normalnych warunkach sprawa oczywista, ale w wykonaniu teściów - logistyczny majstersztyk. Teść jedzie sam samochodem, ktoś inny ma przywieźć do teściowej jej córkę, ktoś inny ma odebrać teściową i córkę z domu i zawieźć po kwiaty, potem te kwiaty trzeba zawieźć do teścia osobnym kursem, wrócić po teściową do kwiaciarni... Naturalnie jeszcze transport pomiędzy kościołem a cmentarzem, który również nie może się obyć bez utrudnień.
Na całe szczęście Kaliny zapomniano poinformować o terminie pogrzebu, Kalina nie wzięła wolnego, więc nie jedzie. Zatem nie będzie brała udziału w skomplikowanej układance "kto kogo i dokąd". Mąż Kaliny sam albo zamorduje swoich rodziców i skorzysta z cudzego pogrzebu żeby ich od razu zostawić w miejscu wiecznego spoczynku, albo jednak wykorzysta którąś z metod relaksacyjnych i medytując za kierownicą dowiezie swoją mamę do kwiaciarni, przewiezie kwiaty do ojca, a potem pojedzie pustym samochodem do kościoła, żeby stamtąd zabrać tylko swoją siostrę, bo mama zaangażowała w swój transport kolejnego kierowcę.
Kalina w tym czasie będzie nauczać o chorobach wenerycznych, co może okazać się przyjemniejsze.
Na balkonie Kaliny, w doniczce z maleńką roślinką o niewiadomej nazwie, wyrosła pokrzywa. Kalina lubi, jak jej coś wyrasta w doniczkach, więc pokrzywa jest szanowana, tak samo jak wszystko inne, co wyrosło u Kaliny na balkonie.
I, słowo honoru, pokrzywa przypomina o sobie prawie codziennie. Kalina bezustannie zapomina, że pokrzywa parzy, a ponieważ Kalina uwielbia dotykać swoje rośliny, pokrzywa ma wielokrotnie w ciągu dnia szansę na poparzenie dłoni Kaliny.
To jest najciężej pracująca pokrzywa, jaką znam.
Niedługo zakwitnie.
Tatuś zabrał synka po wycieczce szkolnej, nie poinformował mnie o tym i szyderczym śmiechem skwitował mój telefon do niego z pytaniem, czy chłopiec jest pod jego opieką, bo mi dzieciak zniknął spod autokaru i zaczynam poszukiwania. Niech go szlak trafi i oby mu kot nasikał do najdroższych butów. A jak będzie miał wnuki pod opieką, to niech mu wyleją na klawiaturę litr miodu.
Kolejny tatuś umówił się z córką, że nie będzie na nią czekał pod szkołą o ustalonej godzinie powrotu, bo po co, tylko dziecko ma do niego zadzwonić dopiero jak przyjedzie do szkoły, Co oznacza, że Kalina z dziewczynką sterczy jak ten osioł pod płotem, czekając aż tatuś założy adidaski, czysty dresik, dopije kawę i przyjedzie uradowany.
I to nie jest o tatusiach, tylko o rodzicach. Którzy mają rozum, tylko nie wiadomo gdzie.
Okłamała mnie w tak prymitywny sposób, że aż mnie zatkało.
Przedstawiła siebie jako osobę o pewnych umiejętnościach, a tymczasem tego samego dnia okazało się, że to bzdury.
Natychmiast przeanalizowałam to, co mówiła o sobie wcześniej i wyrzuciłam z pamięci stałej sporo tego, co uznałam za mało prawdopodobne w kontekście dzisiejszych wydarzeń.
W ten sposób świat jest lepszy: jeden kłamca przestanie okłamywać jedną naiwną osobę. To znaczy kłamca nadal będzie okłamywał, tylko ta naiwna już tego nie łyknie.
Bilans wychodzi na plus.
Czuję, że mam zerową odporność psychiczną. Nawet drobnostki mnie denerwują i wyprowadzają z równowagi.
Może jakiś wagon melisy by się przydał...
Ludzie nadają się do pełnienia różnych ról: roli matki, córki, sąsiadki, synowej, szwagra, ratownika. Kalina, jak każdy, lepiej lub gorzej radzi sobie z rolami, które musi pełnić.
Ale jest jedna rola, do której Kalina nie nadaje się zupełnie: to rola matki chorego dziecka na odległość. Starsza córka Kaliny często choruje i przechodzi choroby bardzo ciężko. I tego Kalina nie umie znieść. Każda choroba córki sprawia, że Kalina traci grunt pod nogami i rozważa natychmiastową podróż na drugi koniec świata, żeby zrobić córce herbatę, podać jej leki i przypominać, żeby coś zjadła.
Dziś w nocy Kalina odchodziła od zmysłów, bo jej córka miała wieczorem 39 stopni gorączki. Teraz jest już lepiej, chociaż sytuacja i tak jest poważna.
Córce udało zapisać się na dziś do lekarza, co w jej kraju jest osiągnieciem. Tam leczy się paracetamolem i łóżkiem.
Siwa Kalina posiwiała jeszcze bardziej.
Dyrektorka dała Kalinie do opracowania pewne pismo urzędowe. Na papierze dała. Kalina opracowała co trzeba i oddała dyrektorce oryginał i swoją wersję. Dyrektorka odwróciła oryginał i zobaczyła tam rysunki telefoniczne Kaliny. Świadczące o tym, że podczas gadania przez telefon rozum Kaliny zanika, a pojawia się tylko mazajowo-kreskowy świat, wypełniający całą kartkę.
Dyrektorka popatrzyła na Kalinę tak, jak się patrzy na rzadki egzemplarz w zoo i pokazała Kalinie jakąś kartkę ze swojego biurka. Znajdowały się na niej mazajowo-kreskowe rysunki, wykonane inną techniką, acz bliźniaczo podobne.
- Też tak mam, jak rozmawiam przez telefon - powiedziała dyrektorka i zajęła się swoją pracą.
Ani Kalina, ani dyrektorka prawdopodobnie nie będą wracać do tematu. To będzie ich sekret. Nie każdy musi wiedzieć, że w umyśle dyrektorki i w umyśle Kaliny mieszka inne życie, które daje o sobie znać wtedy, gdy do ucha przystawiany jest telefon. Zwłaszcza do lewego.
Zanim rozpoczęłam pracę w szkole, nie sądziłam, jak bardzo emocjonalnie nauczyciele podchodzą do swoich uczniów.
Takie rozmowy toczą się bezustannie:
- Iza z Twojej klasy bardzo się dziś denerwowała na mojej lekcji. Coś o tym wiesz?
- Nie wiem, ale też zauważyłam. Jutro mam z nimi dwie lekcje. Popatrzę na nią uważniej. Jeśli będzie tak samo, porozmawiam.
I rozmawiamy, pytamy, pomagamy, radzimy i przytulamy. I wycieramy nosy, łzy i wczorajszą kolację zwymiotowaną na środku korytarza. A tego samego dnia po pracy wysłuchujemy na korytarzu, że skandalem jest parkowanie przez nauczycieli samochodów pod szkołą, bo przez to rodzice nie mają gdzie zaparkować.
Może to rzeczywiście jest skandal. No bo skąd ci nauczyciele mają pieniądze na samochody, skoro zarabiają tak mało?! Powinni do szkoły przychodzić, bo nawet bilet miesięczny jest powyżej ich możliwości. A zniżek przecież nie mają.
Kalina bardzo dużo uczy się w szkole.
Uczy się na przykład, że dzieciom należy natychmiast wybaczać, bo kara nie może trwać długo.
I uczy się Kalina, że dzieciom trzeba uczciwie mówić, jeśli coś człowieka boli, martwi i smuci.
I to naprawdę cudne jest, gdy toczy się taka rozmowa:
- A powie nam pani, dlaczego?
- Jest mi bardzo trudno o tym mówić. Może później.
- A będzie pani sama pamiętać, żeby nam później powiedzieć, czy możemy poprosić.
- Możecie poprosić, tylko nie za szybko.
Lekcja toczy się normalnie, a pod sam jej koniec odzywa się dziewczynka z pierwszej ławki:
- A powie nam teraz pani, dlaczego, czy to jeszcze za wcześnie?
Kalina wstaje w weekendy rano i jeździ na działkę popatrzeć.
Bo rano na działce nie ma sąsiadów z grillem, wrzeszczącymi dziećmi i radiem.
Są za to zaspane trzmiele, anemiczne pszczoły, głodne kleszcze i żarłoczne dżdżownice w kompoście.
Jest słońce, wiatr, pyłek z sosny który przykrywa wszystko żółtą firanką i pająki, budujące pajęczyny w najmniej oczywistych miejscach.
I jest Kalina, która wczoraj oblała się wodą z węża, a dziś pobrudziła się obficie żywicą ze świerków.
Kalina niezaprzeczalnie nie jest już, zgodnie z metryką, kobietą bardzo młodą. Ciało Kaliny stopniowo zmienia się zgodnie z grawitacją.
Kalina zauważa też, że metabolizm przeskoczył jej na inny tor. Kalina przestała być najedzona. Ciągle jest w stanie coś jeszcze zjeść i tylko rozum powstrzymuje ją przed otwarciem lodówki. Niestety, nie zawsze skutecznie.
- Pani Kalino, jaka pani jest podobna do swojej mamy - powiedziała pani Ewa, która przyjaźniła się z mamą Kaliny.
Minął rok, od czasu gdy mama Kaliny odeszła, ale to był bardzo krótki rok. Albo bardzo długi. Albo w sam raz.
Poszukiwałam mieszkania dla pani i chłopca. Powiadomiłam wszystkich znajomych, którzy w moim odczuciu mogli pomóc. Ktoś znalazł mieszkanie. Właściciele przygotowali je najlepiej, jak mogli. Dodałam kilka toreb z niezbędnym wyposażeniem kuchni z mieszkania mojej mamy i zorganizowałam transport. Koleżanka z pracy kupiła kołdrę i poduszkę, czyjaś babcia podarowała nieużywaną lodówkę, na olx ktoś kupił kuchenkę gazową, a szafki do kuchni ktoś przywiózł z wystawki. Jest osoba, która zorganizuje chłopcu komputer, będzie też pożyczony rower. Da się żyć.
Czekamy na kolejną akcję. Kolejny ktoś czeka na mieszkanie, kolejny ktoś chce pomóc.
Jeszcze tylko niech skończy się ta cholerna wojna i wtedy naprawdę będzie dobrze.
- Ludzie się nie zmieniają - powiedział mąż Kaliny, który od lat pracuje w zespole.
Niestety coraz częściej okazuje się, że to prawda...
Nadeszła ta pora roku, gdy ptaki niemiłosiernie drą się rano i wieczorem za oknem. Jest to najpiękniejszy hałas, jaki stworzyła natura.
- Pani jest zdenerwowana - powiedziała Kalina do mamy ośmioletniego chłopca, zapisywanego właśnie do szkoły.
Kobieta popatrzyła na Kalinę oczami pełnymi wdzięczności.
- Boję się, czy wszystko będzie w szkole dobrze - powiedziała.
- O to, żeby w szkole było dobrze my się zatroszczymy. Przecież czekaliśmy tu na pani synka.
Kobieta z uwagą wypisywała niezbędne dokumenty, przetłumaczone na język ukraiński.
- Czy pani syn będzie chodził na religię? - spytała pani dyrektor, odhaczając kolejne kwadraciki.
- Nie wiem... - powiedziała zamyślona Ukrainka.
- To jest religia katolicka, a pani jest chyba wyznania prawosławnego, prawda? - spytała Kalina, chcąc uniknąć niepotrzebnych pomyłek.
- Tak, to prawda. Ale chyba chciałabym, żeby chodził na religię. Katolicka, prawosławna... Sama nie wiem... Czy możemy spróbować?
- Oczywiście - uśmiechnęła się pani dyrektor.
Kalina wstała z łóżka, zrobiła kilka kroków, złapała się za pulsującą bólem głowę i podjęła decyzję: do lekarza. Ciało Kaliny już nie prosi o litość, tylko drze się na całe gardło.
Zmieniła się lista priorytetów Kaliny.
Na pierwszym miejscu jest sen. Potem kilka oczywistości i na szarym, szarym końcu - zdejmowanie wysuszonego prania.
W końcu przestawianie stojaków z praniem z miejsca na miejsce nie jest aż tak bardzo uciążliwe...
Albo jakoś tak...
;-)
Kalina była dziś z kolejną wizytą u onkologa i badania wykazały brak zmian, co w przypadku Kaliny jest bardzo dobrą informacją.
Następna wizyta za rok.
Jest ok.
W klasie jest czternaścioro dzieci. Dwoje głuchych, jedno niedowidzące, dwoje z Ukrainy, jedno z Rosji, jedno z domu dziecka, jedno powtarza klasę bo nie chodziło w zeszłym roku do szkoły, jedno jest z niepełnosprawnością intelektualną, jedno z innymi specjalnymi potrzebami edukacyjnymi.
Pozostała czwórka jakoś sobie radzi.
Codziennie obiecuję sobie, że od jutra będę chodzić do pracy, żeby mieć piękny spacer i codziennie znajduję jakąś głupią wymówkę, żeby tego nie robić.
Dlatego teraz piszę i może to sprawi, że jutro wreszcie pójdę w wiadomym kierunku...
Zatem: zaczynam chodzić do pracy ;-)
Chłopiec z bardzo wyraźną niepełnosprawnością utrzymywany jest przez rodziców w przekonaniu, że wszystko jest z nim ok i nie jest chory.
Na pytanie nauczycielki, kiedy rodzice zamierzają porozmawiać z synem na ten temat, odpowiedzieli, że nie było jeszcze ku temu okazji.
Takie informacje albo są przekazywane dziecku przez rodziców w atmosferze miłości i akceptacji, albo przez kogoś z otoczenia w atmosferze poniżenia i pogardy.
Kiedyś wybuchnie. I będzie bolało.
Kalina ma włosy długości kilku centymetrów. To był wstęp.
Dziś zadzwonił do Kaliny telefoniczny sprzedawca, zachęcając Kalinę do pójścia w miejsce, gdzie Kalina dostanie w prezencie darmową lokówkę do włosów. No naprawdę - bardziej nieprzydatnego prezentu nie można było Kalinie zaproponować.
(informacja iż Teatralna ma włosy do pasa sprawiła, że Kalina poszła do lustra zobaczyć, gdzie człowiek ma pas....)
"Zakaz wchodzenia z psami.
Pies trzymany na rękach nadal jest psem"
Taki napis przeczytała niedawno Kalina na drzwiach do sklepu. Jeśli pojawił się napis, oznacza to, że pojawiła się wcześniej konieczność. I wyobraźnia Kaliny podpowiada, jak duże były pieski, wnoszone przez właścicieli do osiedlowego sklepiku spożywczego...
Dwa tygodnie temu Kalina sądziła, że jej wyczerpanie osiągnęło dno i nie może być już gorzej.
Myliła się.
Wczoraj Kalina położyła się spać o 17.00 i wstała dziś o 11.20. Nadal zmęczona.
Kalina od lat spotyka się z kobietami na kręgu kobiet, ale ostatnio miała długą przerwę. Przerwę technologiczną, ponieważ Kalina nie umiała zdobyć się na odwagę, by w pandemii przebywać z obcymi osobami w jednym pomieszczeniu przez kilka godzin.
Teraz Kalina znalazła już odwagę i na spotkaniu przypomniała sobie, że kobiety to wyższa forma istnienia. I tylko wrodzona skromność nie pozwala Kalinie napisać, że najwyższa...
Wczoraj koleżanka z pracy powiedziała Kalinie, że gdyby kobiety rządziły naszym krajem, to wszystkie dzieci dostawałyby w szkołach darmowe obiady.
I jakież to banalne. I jakież proste. A jednak dla niektórych za trudne. O wiele za trudne.
- Mam nadzieję, że miałam covida - rzekła zawstydzona. - Bo jeśli nie chorowałam na covida to mam demencję, a jeśli chorowałam, to mam tylko mgłę pocovidową...
- A testy sobie robiłaś?
- Tak. Wyszły negatywne.
- Musisz teraz sobie wmówić, że nie dość, że nie miałaś żadnych objawów, to jeszcze testy kłamały.
- Dam radę. Wszystko jest lepsze niż demencja.
Zrozumiałam. Czym innym jest prawda naukowa, a czym innym jest prawda zaakceptowana.
Kalina oswaja ogród mamy. To nasza pierwsza wspólna wiosna - ogrodu i moja. Chyba się zaprzyjaźniamy.
Starsza córka Kaliny powiedziała wczoraj coś, co Kalinę zamurowało. Na całą noc zamurowało. I sprawiło, że Kalina obudziła się wciąż jeszcze zamurowana:
Wyniki badań psychologicznych mówią: współczesny mężczyzna ma wsparcie w swojej partnerce.
Wyniki tych samych badań mówią: współczesna kobieta ma wsparcie w innych kobietach.
Halo, są tu matki synów? Synków? Synusiów? Chłopców? Chłopczyków? Wychowujecie osoby wspierające czy wspierane? Co to ma do cholery być?!
Czy jeśli jem coś, co może mi zaszkodzić, bo zawsze wcześniej szkodziło, ale i tak to jem, a potem boli mnie brzuch, a ja udaję, że to nie z powodu tego co zjadłam, a potem już nie tylko boli, ale i daje objawy zatrucia, bo zawsze po zjedzeniu tego są takie objawy, a ja i tak wypieram myślenie, że to po tej pysznej rzeczy, którą zjadłam, i wiem, że następnym razem też to zjem, bo znowu uznam, że mimo wszystko warto, to wcale nie oznacza jeszcze głupoty, prawda?
To tylko eksperymentalne podejście do życia, albo coś o równie pięknie brzmiącej nazwie...?
Wczoraj pani z Ukrainy, siedząc na ławeczce na szkolnym korytarzu, płakała, rozmawiając ze mną. Płakała wzruszona tym, że Polacy są tacy mili i tak się o nią troszczą. Płakała mówiąc, że jej córka nie chciała wyjechać. Płakała, bo jej mąż musiał zostać. Płakała, odpowiadając na moje pytania, czy potrzebują leków, jedzenia, odzieży i butów. Niczego nie potrzebują. Niczego nie chcą.
Mam w sobie przełącznik, który uaktywnia się w czasie kryzysów. Moje ciało korzysta wtedy z nadzwyczajnych zapasów energii, a mój mózg odgrzebuje z zakamarków umiejętności, o których nikt nie wiedział, że istnieją.
Od tygodnia biegle mówię po rosyjsku. Z utęsknieniem czekam na dzień, gdy zacznę po ukraińsku.
Jestem spokojniejsza. Zrobiłam porządki w papierach, przygotowałam ogród na wiosnę.
Podjęłam decyzję. Poinformowałam męża. Na chwilę zamarł, ale po sekundzie przytaknął. Przyznał, że to jedyne, co można teraz zrobić. Przygotować się.
Starsza córka powiedziała, że gdy do niej przyjedziemy, załatwi nam na początek pracę. Potem sami się ogarniemy. Młodsza córka będzie się uczyć w międzynarodowej szkole, których w Hadze jest sporo.
To nasz plan na wypadek. Po dzisiejszym ataku na tereny 20 km od polskiej granicy nie mam już złudzeń. Trzeba mieć plan B.
Teściowie mają pierwszą w życiu drukarkę.
Mój mąż przez telefon pomagał im ją obsługiwać.
Po godzinie zrezygnował. Nie dał rady.
Po kilkunastu minutach od zakończenia telefonicznego kursu zadzwoniła teściowa. Powiedziała, że udało jej się wydrukować pierwszą stronę, bo okazało się, że na przycisk z napisem "drukuj" to trzeba najechać kursorem i nacisnąć myszkę, a ona wcześniej tylko najeżdżała.
Wykluczenie technologiczne to się nazywa...
W świetlicy dzieci oglądają różne filmy. Staram się, żeby filmy były "jakieś. Najchętniej stare i dobre.
Pippi to moja faworytka, ale mam prośbę:
Jakie fajne filmy fabularne dla dzieci polecacie?
Na spotkaniu dzieci zapytały mnie, jaka jest moja ulubiona książka.
Już dawno przemyślałam sprawę i odpowiedziałam bez wahania: :Dzieci z Bullerbyn".
No i zaczęła się rozmowa: o jagniątku w szkole, kiełbasie dobrze uwędzonej, szewcu Grzecznym, skupowanych kamieniach i niespodziankowych urodzinach.
Uwielbiam dzieci, które coś lubią...
Byłyśmy z koleżanką w kinie, żeby się odłączyć od problemów. Przelać przez korę mózgową inne doznania, naładować się dobrą energią.
Zamówiłam sobie film łagodny, spokojny, relaksujący.
Koleżanka wybrała "Licorice pizza", który zdaniem recenzenta idealnie spełniał nasze kryteria.
Niewypał. To najlepsze określenie tego, co się stało. To prawdopodobnie komedia, której nie zrozumiałam, albo dramat, który zrozumiałam aż za dobrze. Chwilami byłam przerażona, chwilami bardzo zawstydzona, chwilami żałowałam, że nie siedziałam bliżej wyjścia...
"Reksio" - to mój poziom odbioru sztuki filmowej. Tylko nie ten odcinek z kotem, bo na nim też się można zestresować ;-)
Czytam Tomasza Stawiszyńskiego "Ucieczkę od bezradności". W jednym z rozdziałów podaje cechy wspólne wszystkich teorii spiskowych:
1. Przekonanie, że istnieje sekretny spisek.
2. Pewność, że stoi za nim grupa spiskująca.
3. Wiara w (pseudo)dowody, wspierające tezę o spisku.
4. Wiara w to, że nic nie dzieje się przypadkowo.
5. Wyraźny podział na dobrych i złych.
6. Obarczanie odpowiedzialnością za całe zło jakiejś grupy ludzi.
To ciekawe.
Około 8.30 Kalina zauważyła, że ma dwa nieodebrane połączenia od nieznanych numerów.
W takiej sytuacji Kalinie natychmiast włącza się tryb ratunkowy, więc od razu oddzwoniła na pierwszy numer.
Odebrała pani z jakiejś firmy w Krakowie, która dostała numer Kaliny pomyłkowo - chciała dodzwonić się do pana kierowcy. Chwilę pogawędziły o pogodzie u Kaliny i u pani w Krakowie i roześmiane zakończyły rozmowę.
Kalina natychmiast oddzwoniła na drugi numer. Odebrał pan kierowca, który chciał się dodzwonić do firmy z Krakowa. Do tej, z którą przed chwilą rozmawiała Kalina.
Kalina życzyła panu miłego dnia i zakończyła rozmowę.
I dopiero po chwili Kalina zrozumiała, że jest jedynym ogniwem, łączącym kierowcę z firmą. Ktoś pomyłkowo dał im numer Kaliny, ale oni nie znają swoich numerów.
Kalina zadzwoniła więc ponownie do pani firmy. Poinformowała panią o zaistniałej serii pomyłek i przekazała numer pana kierowcy. Pani bardzo podziękowała, nie miała jak go zdobyć.
W ten sposób Kalina skróciła odległość między dwiema osobami, a to całkiem miłe uczucie. Dla Kaliny i zapewne dla tamtych dwojga.
Młodsza córka powiedziała, że sprawdzian z matematyki źle jej poszedł.
Ponieważ Kalina uważa, że szkolna nieumiana matematyka wymaga natychmiastowych interwencji, poprosiła znajomą o wyjaśnienie córce tematu, którego sprawdzian dotyczył.
Okazało się, że "sprawdzian źle poszedł" oznacza 19 punktów na 25. Śmiech na sali. No ale jeśli młodsza córka uważa, że to źle, niech nabierze pewności, że już umie.
Znajoma przysłała plik zadań z tego tematu, poprosiła żeby młodsza córka rozwiązała sama co umie. Czego nie rozwiąże, omówią na spotkaniu.
Młodsza córka bez mrugnięcia rozwiązała wszystkie zadania.
Teraz znajoma matematyczka przygotowuje zadania spoza zakresu rozszerzonej matematyki dla liceum, a młodsza córka czeka, aż zadania będą "trochę trudniejsze".
Kalina patrzy na treść zadań i nie wierzy, że można zastanawiać się, dla jakiego argumentu dwie funkcje osiągną tę samą wartość. Czy naprawdę nie ma ciekawszych spraw? :-))
- Mamo, jeśli nas zaatakują, to pojedziemy wszyscy do mojej starszej siostry, prawda?
- Tak, kochanie - powiedziałam wczoraj do młodszej córki.
- Mamo, jeśli Was zaatakują, przyjedziecie wszyscy do mnie, prawda?
- Tak, kochanie - powiedziałam dziś do starszej córki.
XXI wiek. Środek Europy. Zwykła matka rozmawia ze zwykłymi córkami.
Nie chcę tak żyć.
Rodzina mojego brata jest rodziną patchworkową. Tak się to nazywa w gazetach, leżących na stoliku w poczekalni u dentysty. Oznacza to, że utrzymujemy kontakt z osobami, które na skutek rozwodu zostały od siebie odcięte.
Mój brat rozwiódł się wiele lat temu, ożenił się drugi raz, ale my i tak mamy bardzo przyjacielskie stosunki z jego byłą żoną i jej rodziną. Pomimo ich rozwodu spędzaliśmy razem święta, spotykamy się z nimi, mamy bliski kontakt.
Gdy ogłosili wszem i wobec, że się rozwodzą, teść mojego brata zadzwonił do moich rodziców. Powiedział, że nie wyobraża sobie bez nich życia. Uważa ich za swoich bliskich i chciałby prosić, żeby rozwód nie podzielił nas wszystkich. I tak się stało. Na rodzinnych imprezach bywał mój brat z żoną, jego była żona z partnerem i byli teściowie. Mój brat utrzymywał bliższy kontakt z byłymi teściami niż z nowymi. Co ciekawe, jego druga żona też się z nimi zaprzyjaźniła.
W przyszłym tygodniu jest pogrzeb byłego teścia mojego brata.
Wszyscy jesteśmy w żałobie...
Córka Kaliny ma chwilę smutków, martwienia się i negatywnego myślenia.
Kalina wie, że tak być musi. Że to uczy. Że dzięki temu córka dowie się, że dołki w życiu też się zdarzają, ale pęka serce, gdy Kalina patrzy na smutek maleńkiej-dużej córki.
Gdy napisała mi rano, że jest źle, natychmiast ustaliłyśmy termin spaceru. Dziś. Za kilka godzin. Bez względu na pogodę.
Zmokłyśmy potwornie. Mokre buty, mokre spodnie, przemoczone kurtki, przyklejone do włosów czapki. Łaziłyśmy nawet nie wiem którędy, ale było cudnie.
Ustaliłyśmy, że jeśli obie będziemy po tym spacerze chore, przeprowadzę się do niej i będziemy leżeć w jednym pokoju. Znamy się od zawsze, umiemy milczeć obok siebie i czytać w jednym pomieszczeniu, więc byłoby idealnie. Wyściskałyśmy się na pożegnanie zadowolone i szczęśliwe.
Nie wiem, czy już się pakować, czy jednak wyjdę z tego bez zapalenia pęcherza ;-)
Słowo honoru, że gdy mam kontakt z rodzicami moich uczniów, natychmiast mam ochotę rzucić pracę.
I zasada jest taka: im mądrzejszy, życzliwszy, bardziej lubiany przez kolegów uczeń, tym mniej problemów z rodzicami. Konfliktogenność to cecha dziedziczna. Mam dowody.
Aktualnie zostałam oskarżona o kłamstwo, złośliwość i niewłaściwy wpływ na wychowanie dzieci. Plus mnóstwo innych epitetów.
Uważam, że czas najwyższy spełniać oczekiwania. Od poniedziałku będę złośliwa.
Czytam właśnie książkę "Odwaga bycia nielubianym". Odważnym być. To moje motto na nadchodzący tydzień.
Dostałam reprymendę od koleżanki za udawanie wariata. Dla jasności dodam, że udawałam wariata, pokazując wszystkim, jak zachowam się, wezwana przez urzędnika do składania wyjaśnień.
Najpierw nie mogłam zrozumieć o co chodzi, potem oniemiałam, a na końcu dotarło do mnie, że nie muszą mnie wszyscy lubić. Zarówno wtedy gdy udaję wariata, jak i wówczas, gdy jestem nim naprawdę. Co niekiedy trudno odróżnić.
Nie kupuję nowych rzeczy, gdy mam szansę kupić używane. Tak chcę.
Szyję sukienki, spódnice, bluzy i tuniki, przerabiam co się da. Tak chcę.
Kilka dni temu zażartowałam z koleżanki, która miała na sobie koszulę w gaciowym, różowym kolorze. Spytałam, dlaczego przyszła do pracy w piżamie.
Spojrzała na mnie z całej wysokości swojego ego i powiedziała: "Czy ty wiesz, ile ta koszula kosztowała?"
Roześmiałam się na cały głos. Próba zaimponowania mi ceną gaciowej koszuli rozbawiła mnie jak niedawno przeczytany żart:
"Otwórz synku. Do tego nie potrzebujesz hasła. To jest książka."
Mam kilka fobii.
A może to nie fobie, tylko jakieś dziwne zdarzenia z przeszłości sprawiają, że nie lubię pewnych sytuacji...
Na przykład nie znoszę chodzić na pocztę. Robię wszystko, żeby ktoś za mnie wysyłał listy.
Nie lubię też, gdy pani w rejestracji przegląda w szufladach kartoteki. Przebiera palcami między poszarpanymi kopertami - brrr. Coś okropnego. Nawet sam ruch przebierania palcami między stojącymi w szufladach dokumentami przyprawia mnie o dreszcze.
Koleżanka psycholog mówi, że to gumy z przeszłości, przyczepione do pleców. Każdy z nas ma takie gumy i powinien sobie z nimi poradzić, bo one nagle się uaktywniają i ciągną nas wstecz. Coś w tym jest. Na poczcie i w rejestracji czuje je bardzo dokładnie.
Obolała i poskręcana Kalina czeka na wynik testu covidowego.
Każdy wynik będzie dobry:
Jeśli negatywny - Kalina może być szczęśliwa.
Jeśli pozytywny - nauczyciele nie będą musieli przychodzić do szkoły na pojedyncze lekcje.
Same dobre scenariusze...
Już byłam w ogródku, już witałam się z gąską, a tymczasem okazało się, że muszę jeszcze raz iść do banku, załatwiać formalności. Pomyliłam Allianz z Nationale Nederlanden i źle wypełniłam jedną rubrykę w kilkunastostronicowych dokumentach.
Jedną?! Tylko jedną!? A siedziałam przy okienku półtorej godziny - tyle trwało zorganizowanie transferu moich pieniędzy z pracowniczego programu emerytalnego na indywidualne konto emerytalne (nadal nic z tego nie rozumiem, ale ufam, że pani w banku rozumiała).
Po operacji zaćmy na pierwszym chorym oku była zła jak osa. Nie chciała się z nikim spotkać, prosiła, żeby do niej nie przychodzić, nawet nie wychodziła na posiłki.
Odwiedziła ją siostra.
- Nie wchodź do niej - ostrzegł ją mąż zoperowanej.
- Co się stało? Operacja się nie udała?
- Och, nie. Operacja się udała i widzi dobrze na jedno oko. Ale rano spojrzała w lustro i teraz ma do nas żal, bo jej nie powiedzieliśmy, że ma tyle zmarszczek.
Odhaczyłam jedną rzecz z listy wielkich wyrzutów sumienia. Zostały jeszcze dwie.
Tej pierwszej bałam się okropnie, a tymczasem poszło sprawnie i szybko.
Oby dwie kolejne też dały się odhaczyć bez walki....
Przeczytałam właśnie trzecią książkę Silvaina Tessona. Zaczęłam od "Ducha śniegów" i zakochałam się w jego poetyckim stylu.
Czytam go i czuję, że myślę.
Czytam go i czuję, że on też myśli.