Przeczytałam właśnie trzecią książkę Silvaina Tessona. Zaczęłam od "Ducha śniegów" i zakochałam się w jego poetyckim stylu.
Czytam go i czuję, że myślę.
Czytam go i czuję, że on też myśli.
Przeczytałam właśnie trzecią książkę Silvaina Tessona. Zaczęłam od "Ducha śniegów" i zakochałam się w jego poetyckim stylu.
Czytam go i czuję, że myślę.
Czytam go i czuję, że on też myśli.
W poniedziałek Kalinowy mąż i córka jadą na tygodniowy spacer w góry. Oboje są pocovidowymi umęczeńcami, więc raczej pochodzą po mostkach, ścieżkach i dróżkach niż po pagórkach.
Kalina zostaje na 6 dni (słownie: sześć długich, zimowych dni) sama w domu i będzie pisać.
Temat odkładany od kilku lat, materiały zebrane, zapas kawy przygotowany.
Jest jeszcze druga wersja: Kalina wsiada w samolot i leci na drugi koniec świata, żeby pobyć ze starszą córką podczas jej egzaminów. I odmiana wersji drugiej: Kalina jedzie tam samochodem.
Cokolwiek się stanie, będzie dobrze.
Same dobre wybory przede mną, a i tak smutno mi okropnie...
Teatralna napisała, że w polskim radio będzie polska muzyka.
Tako rzecze Suski.
Otóż nie sądzę: to nie będzie polska muzyka, tylko ta część polskiej muzyki, która będzie poprawna politycznie.
I to będzie nawet zabawne, włączyć sobie w samochodzie radio, w którym będzie można usłyszeć kilkunastu wykonawców przez całą dobę.
Albo smutne będzie. Raczej smutne...
Kilka dni temu pytałam o "Atramentowe serce".
Życie pisze scenariusze, jakich się nikt nie spodziewa: na Allegro, na stronach Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy ktoś wystawił tę właśnie książkę i zalicytowałam. I dziś wygrałam. Nie mogę uwierzyć.
Zapłaciłam dla Orkiestry z radością a Liza będzie zachwycona :-) :-)
Dziękuję Losie, że o mnie myślisz.
Gdy mój tata zachorował, wyjaśniłam córkom, co się z nim dzieje. Powiedziałam im wtedy, że nie ma lekarstwa, które mogłoby go wyleczyć i będzie miał tę chorobę do końca życia.
Dziś znalazłam laurkę, którą moja młodsza córka napisała wówczas dziadkowi (miała 7 lat):
"Kochany dziadku nie martw się że masz chorobę do końca życia".
Tata zachował tę laurkę do końca życia. Razem z chorobą, na którą zmarł.
Śnią mi się ostatnio mama i babcia w cudownych okolicznościach. I praca - w zdecydowanie mniej cudownych...
Mam w szkole uroczą, wspaniałą uczennicę pochodzącą z Ukrainy, która pochłania polskie książki. Doskonale radzi sobie z językiem polskim. Jest bardzo dojrzałą dziewczynką. Często podsuwam jej do czytania dobre, mądre książki.
I teraz uwaga:
jeśli masz w domu "Atramentowe serce", które od lat kurzy się na półce i marzysz o tym, żeby uszczęśliwić wspaniałą Lizę - daj znać.
Starsza córka wczoraj wyleciała na drugi koniec świata, a dziś zadzwoniła, że jest chyba chora. Cholera.
Dziś całą noc przedzierałam się przez jakąś halę fabryczną w poszukiwaniu pięknych, starych przedmiotów.
Obudził mnie mąż, mówiąc, że od jakiegoś czasu dzwoni mój budzik.
Mąż nie wiedział, że to nie był budzik, tylko sygnał potężnej maszyny, przenoszącej ciężkie, stare urządzenia.
No i z winy męża nie mam teraz tego wszystkiego, co udało mi się tam znaleźć :-(
Nie jestem pewna, czy to co widziałam było tym, co widziałam, czy tylko wydawało mi się, że tym było, ale...
przed chwilą na balkonie, w doniczce z moimi ukochanymi mchami, kopulowały sikorki modre.
Życie jest piękne!
Nawet jeśli to nie była kopulacja, nie zmienię zdania: życie seksualne sikorki modrej budzi zachwyt :-)
PS. Mam nadzieję, że zbudują gniazdo gdzieś w pobliżu. Chcę mieć szansę zaglądać do wnuków :-)
Ożesz, jak jest zimno...
Rozumiem, że styczeń, zima, ale czy to nie jest segregacja termiczna? ;-)
Moje uczulenie na twarzy najgorzej wygląda rano. Naprawdę najgorzej. Potem jakoś znika opuchlizna i po południu już nawet nie przypominam Chińczyka.
Jutro zaczynam pracę rano, więc powinnam chyba podszkolić mandaryński.
Oprócz opuchlizny powiek mam skórę przesuszoną do imentu, co sprawia, że odpadają mi z policzków urocze łuski.
Boję się smarować twarzy, bo dotychczas każda próba kuracji kończyła się wyraźnym pogorszeniem.
Liczę na to, że po zejściu opuchlizny i odpadnięciu wysuszonych fragmentów będę miała gładką, bezzmarszczkową cerę. I to jest plan na najbliższe dni.
Ceny...
Naprawdę jestem w szoku.
Zastanawiam się, jak poradzą sobie osoby, które już poprzednio żyły bardzo skromnie.
Na czym zaoszczędzą?
Mnóstwo rodzin z mojej szkoły żyje bardzo skromnie. Co będzie teraz z tymi dziećmi?
Mąż Kaliny zauważył w kuchni wołka zbożowego. A potem jeszcze jednego. A potem jeszcze jednego. A potem jeszcze jednego... I tak kilkanaście razy...
Zmuszona słowem i gestem Kalina zgodziła się przeprowadzić w kuchni akcję poszukiwawczą. Uwieńczoną sukcesem: w torebce z płatkami owsianymi odkryto cywilizację wołków.
Wołkowe królestwo umieszczono w okrągłym segregatorze.
Kalina wraz z mężem ustalili natychmiast, że nie będą analizować:
a/ czy wołki były już tak liczne, gdy ostatnio jedli owsiankę;
b/ skąd wzięły się jajeczka wołków w opakowaniu płatków.
Pogrzeb w przepięknej, zimowej aurze. W nocy spadł śnieg i przykrył białymi czapami drzewa i krzewy na cmentarzu.
Nie kupiłam kwiatów, nie zapaliłam świeczki. Byłam.
Męczy mnie wielowątkowość.
Rodzina, przyzwyczajona do tego, że przeskakuję z tematu na temat jak pchła, patrzy zaskoczona. Jednoczesna rozmowa z trzema osobami o trzech różnych rzeczach rozsuwa mi neurony w synapsach i sprawia, że myśli wiążą mi się na supły.
Leniwe kluski, zwane w moim domu rodzinnym kluskami z tarką, a w systemie barów mlecznych opisywane jako leniwe pierogi, od dawna chodziły mi po głowie.
Wreszcie je przygotowałam.
Kwintesencja starej, dobrej pychoty :-)
Tyle rzeczy w głowie, tyle myśli...
Nie mam spokojnych snów - resztki myśli kręcą się godzinami gdzieś między synapsami.
Jestem niewypoczęta - myślę, że takie określenie najlepiej oddaje mój stan zawieszony pomiędzy relaksem a zmęczeniem.
Czuję, jak zmniejszyła się moja odporność na stresy. Łatwo się niepokoję i zużywam energię na powstrzymywanie się od burzliwych reakcji.
Skończyłam pierwszy tom "W poszukiwaniu straconego czasu". Postanowiłam przeczytać drugi. Tak bardzo pisarstwo Prousta kojarzy mi się z malarstwem niderlandzkim, że czytając go mam wrażenie przebywania w muzeum. Oglądałam ostatnio obrazy Vermeera - to inna epoka niż Proust, inna kultura, inny świat, a jednak ten sam geniusz detalu.
"Powinna" oznacza wszystko, co dzieje się po tym, gdy byłam winna. Winna coś sobie. Było coś, czego nie zrobiłam, chociaż chciałam, bo sądziłam, że powinnam zrobić coś innego.
Odpocznijmy.
Spowolnijmy.
Nie martwy się.
Przyjmujmy lekko.
Przetnijmy sznurki od tych rzeczy, które ciągną się za nami.
Popatrzmy w niebo, cieszmy się z pogody lub niepogody.
Niech to będzie dobry czas.
Mocne, płaskie zimowe słońce świeci z ukosa w jedno z moich okien. Zatrzymuje się na śnieżnobiałej ścianie.
Patrzę na równy, biały, lśniący prostokąt nad stertą książek.
Nagle odsuwam głowę przestraszona - przez moją ścianę przeleciał cień ptaka.
Idealny kształt głowy, skrzydeł i ogona. Czarno na białym.
Poprawia mi się humor.
Jedna jaskółka wiosny nie czyni - mówią. Chrzanić przysłowia.
Wiosna! U mnie wiosna!
Dziś przylatuje starsza córka. Widziałam jej cień na ścianie.
Znajomy pracuje w niderlandzkiej infolinii, która obsługuje osoby chore na covid i członków ich rodzin. Młodzi ludzie siedzą w domach ze służbowymi telefonami przy uchu i udzielają pomocy osobom, które nie wiedzą, co robić. Nie są to lekarze, pracownicy "sanepidu" ani pielęgniarki. To przeszkoleni studenci, którym państwo płaci za kontrolowanie sytuacji i kierowanie osób potrzebujących pomocy we właściwe miejsca. Studenci przekazują telefonicznie procedury, informują gdzie i jak się zgłaszać gdy ma się ciężkie objawy, jak wzywać pomocy, gdzie robić testy, jak się przemieszczać po mieście. Są szczęśliwi, że pomagają, są życzliwi, cieszą się, że mogą sobie dorobić, są bezpieczni, bo pracują z domów, a jednocześnie pełnią naprawdę ważną rolę i są z tego dumni.
Gdy mój mąż zachorował, dostałam od tego znajomego długą wiadomość z informacjami: jeśli jesteś zdrowa, a nie możesz wyprowadzić się z domu/mieszkania gdzie są chorzy, wydezynfekuj wszystkie elementy, których dotykają chore osoby: klamki, włączniki światła, krany, sedes. Trzymaj swój ręcznik poza łazienką, z której korzystają chorzy. Wszyscy domownicy muszą się przemieszczać po domu w porządnych maseczkach. Wietrz wszystkie pomieszczenia, myj naczynia w zmywarce lub wyparzaj. Czyść każde pomieszczenie z góry na dół. Chorzy powinni wysterylizować całą łazienkę po każdym jej użyciu.
A rada najważniejsza była: wyprowadź się, jeśli masz gdzie. Opiekuj się chorymi, przychodząc do nich na jak najkrótszy czas. O wiele bardziej pomożesz rodzinie, gdy będziesz zdrowa.
Dziś Holandia wprowadziła całkowity lockdown. Kraj liberalny najbardziej na świecie zabrania wszystkiego na święta?! Nawet po ulicach można się przemieszczać najwyżej dwójkami?! Zamknięte jest wszystko, co nie jest absolutnie niezbędne do przeżycia?!
Mają świadomość, że cały ich system opieki zdrowotnej został przekierowany na walkę z covidem i długo tak nie pociągną. A u nas... ?
Mąż Kaliny najprawdopodobniej wyjdzie ze szpitala w najbliższych dniach. Ma zapalenie płuc, ale zajęty jest mały obszar, ładnie zareagował na leczenie, więc czas się pakować. Przyjechał do szpitala w odpowiednim momencie, gdy zapalenie płuc dopiero się zaczęło i nie będzie musiał być poddawany przykrym procedurom. Spośród jego 80 współpacjentów z sali kilku wylądowało pod respiratorem, kilku zostało oddzielonych parawanami, co sugeruje, że jest z nimi gorzej.
Mąż Kaliny rozmawiał wczoraj z panem, który od dwóch tygodni leży na tej samej hali z zapaleniem płuc, obejmującym 40% narządu. Pan ma słabe perspektywy na wyjście do domu na święta. Ciągle jest pod tlenem, kiepsko mu się oddycha i nadal rokowania nie są pewne. Pan podczas rozmowy przyznał się, że żałuje, że się nie zaszczepił, ale sądził, że nie warto.
I to by było na tyle.
Kupiłam sobie pół kilograma wiśni w czekoladzie. Jem. Zastanawiam się, czy bardziej zadziała na mnie alkohol, czy cukier.
Jutro zaczynam pracę po godzinie 10.
Dam radę wstać.
Mąż Kaliny od dziś w szpitalu, pod tlenem. Choruje już 10 dni i nie ma poprawy.
Szpital tymczasowy nie powala przytulnością, ciszą i atmosferą sprzyjającą zdrowieniu. Mąż leży na jednej sali z kilkudziesięcioma innymi osobami a sala jest wielkości boiska do koszykówki. To co mnie pociesza, to fakt, że zrobią mu badania - rtg, jutro tomograf - więc będzie wiadomo czy rzeczywiście ma zapalenie płuc i może wdrożą leczenie przeciwwirusowe.
Shit...
To, że Kalina przeczytała rano ostrzeżenie przed gołoledzią nie oznaczało jeszcze, że zrozumiała moc zagrożenia...
Nie da się kroku zrobić.
Wszystko pokryte jest lodem, pada deszcz, który natychmiast zamarza, ludzie przemieszczają się albo na trawnikach, albo na pupie...
I, jak zwykle w takich chwilach, Kalina zastanawia się, skąd pochodzi słowo "gołoledź", bo niby jest bardzo adekwatne, a jednak wcale nie.
PS. A sąsiad wysypuje na chodnik sól z solniczki...
Moje studia podyplomowe w trybie zdalnym traktuję poważnie i staram się wyciągnąć z nich co się da. Ale czasami się nie da...
Po trzecim "lubiem", po dziesiątym "lubieją" i po piątym "przełanczam" musiałam przestać. Przełanczyłam się na książkę o pszczołach. Z sukcesem.
Spadł śnieg. Oznacza to, że wszyscy na letnich oponach kręcą się w kółko jak fryga, a reszta stoi w korkach i ćwiczy cierpliwość.
Śnieg w grudniu?! Kto by się spodziewał...
Mąż Kaliny zarejestrował się na test - stracił smak i węch, bardzo źle się czuje... Córka też jest chora. Jutro rano Kalina jedzie po zakupy - potrzebujemy zapasu żywności, gdyby okazało się, że Kalina też się zaraziła...
Tęsknię za mamą.
Byłam dziś w jej mieszkaniu.
Ciekawe, jak długo w mojej głowie to będzie mamy mieszkanie...
Jest wiele korzyści z tego, że jest się starszą niż kiedyś.
Przede wszystkim przytępia się wzrok i słuch.
Już nie słyszy się wszystkich głupich komentarzy i nie widzi się pogardliwych min.
Można robić swoje. Jeśli ma się na to siły, oczywiście...
Ostrzegała mnie przed tym człowiekiem. Mówiła, że jest toksyczny i agresywny. Znałam go i nie miałam takiego wrażenia. Wydawał mi się zaangażowany i zadaniowy. Prosiła, żebym była ostrożna w kontaktach z nim, bo miała okazję poznać go ze złej strony i wie, jaki jest niebezpieczny. Niebezpieczny psychicznie. Wydawało mi się, że nie mam się czym przejmować, bo radzę sobie w kontaktach z ludźmi i potrafię nastawiać ich do siebie pozytywnie.
Wczoraj, podczas rozmowy ze mną, pokazał, na co go stać. Napisałam do niej sms-a. Oddzwoniła. "Jak się czujesz" - spytała. Wysłuchała. Nakazała mi natychmiastowe zostawienie wszystkiego i pójście spać. Zarządziła pilne spotkanie następnego dnia. Poznała się na nim wcześniej.
Gdy pracowałam w korporacji, żyłam w bezustannym stresie. Chodziłam spać i budziłam się w poczuciu, że nie zdążę. Wisiała nade mną wizja utraty pracy, ponieważ firma motywowała pracowników legendarnym już "na twoje miejsce czeka dwudziestu lepszych niż ty". Wykonywałam dziesiątki absurdalnych raportów, służących niczemu - w korporacji nie dyskutuje się z poleceniami, a szef na każdym szczeblu musi się wykazać, więc każdy z nich wymyśla nowe, bezsensowne polecenia. Pracownicy siedzą po nocach.
Większość zatrudnionych w firmie osób to były młode matki. Należało im pokazać, że praca wymaga poświęceń. Obowiązkowe, wyjazdowe, tygodniowe szkolenia rozpoczynające się 1 września, były normą. Koleżanki płakały przy telefonie, słuchając, jak ich dzieci radziły sobie pierwszego dnia szkoły czy przedszkola. One w tym czasie, w jakimś ośrodku konferencyjnym na Mazurach, szkoliły się z zasad komunikacji interpersonalnej.
Każdy z nas inaczej przeżywał stresy, inaczej radził sobie z bezustannym napięciem. Ja zaczęłam chorować - miałam objawy reumatologiczne. To była odpowiedź mojego ciała na ciągły stan najwyższego napięcia, w którym żyłam.
Odeszłam z korporacji i nie chciałabym nigdy wracać. Zdobyłam tam mnóstwo wiedzy, kilku dobrych znajomych i jedną przyjaciółkę. Nauczyłam się występować publicznie, zasypiać na nudnych wykładach i jeździć samochodem w najgorszych warunkach pogodowych. Nauczyłam się też rozpoznawać psychopatów i socjopatów, donosicieli, nałogowych oszustów i alkoholików.
A piszę to dlatego, że od jakiegoś czasu mam poczucie pracy w identycznym stresie, jak wówczas. Oczywiście nie grozi mi natychmiastowe zwolnienie, nie słyszę, że dwadzieścia innych osób stoi przy płocie szkoły i czeka na moje miejsce, nie pracuję z psychopatami i dręczycielami, ale stres, poczucie "niezdążenia", napięcie, zagrożenie są podobne.
Kolejne klasy zostały skierowane na kwarantannę. Dzieci zarażają się jedno od drugiego. W sąsiednim domu dziecka pogrom. Chorują zaszczepieni nauczyciele, ich bliscy są w szpitalach.
Nazywanie tego czwartą, ósmą, dziesiątą falą zaczyna mnie wkurzać. Bo dla kolejnych osób z rodzin moich znajomych to była ostatnia fala. Dzisiaj jest pogrzeb jednej z nich.
Skończyłam "Kronikę ptaka nakręcacza". Łał...
Im dłużej czytałam, tym bardziej chciałam, żeby się jeszcze nie kończyła.
Jestem zachwycona sztuką pisarską. Powieść skonstruowana jak komoda z milionem szufladek: co jakąś otwierasz, to czujesz, że coś się nie zgadza, ale dokładnie nie wiesz, co. Otwierasz sąsiednią i czujesz, że skądś znasz zawartość. Delikatnie wysuwasz inną, a tam coś, co zupełnie nie pasuje do całości. Zaglądasz do kolejnej, a tam siedzi roześmiany autor i pokazuje ci figę z makiem. Kolejne rozdziały pomalutku zaczynają składać się w całość. Całość, której właściwie w tej powieści nie ma. Wszystko przenika się, zazębia, wyciąga macki i skleja, ale i tak nic do siebie nie pasuje.
W recenzjach czytałam, że książka jest o mężczyźnie, który ze studni przeszedł do jakiegoś pokoju. Serio? Jeśli tak, to "Krzyżacy" są o pająkach, budujących sieci na polach Grunwaldu...
Czytam "Kronikę ptaka nakręcacza".
Czuję się, jakbym obrazy Salvadora Dali jadła w postaci liter. Ugotowane na parze. Przyprawione odrobiną japońskich komiksów.
Przeczytałam najpierw sporo recenzji o "Kronice..." i żałuję. Czytam obciążona opinią innych ludzi. Recenzje w przykry sposób omówiły wydarzenia, o których jeszcze nie czytałam, więc mam poczucie, jakbym otwierała prezent, który sama zapakowałam.To nie będzie moja ukochana książka, już to czuję.
To będzie książka, o której trudno mi będzie zapomnieć, już to czuję.
Trochę jak "Kobieta z wydm" Abe Kobo. Niby nic, ale mam specjalną półkę w duszy, na której ktoś cały czas przesypuje piasek.
Myślę, że po przeczytaniu "Kroniki..." w mojej duszy pojawi się inna półka, tylko nie wiem, czy będzie na niej studnia, czy raczej sprężyna. A może miejsce dla kota...?
Oglądałam program o fałszywych szczepieniach.
Ludzie przyjeżdżają do punktu szczepień, płacą, wchodzą do budynku, pielęgniarka przykleja im plasterek na rękę, dostają certyfikat covidowy i wszystko wygląda zupełnie normalnie, tylko że pomija się jeden mały etap. Nie ma szczepienia. Kosztuje to 450 zł z osobistym przyjazdem do punktu szczepień, albo 600 na odległość...
Czy świat zwariował?!
Wszystkich tych ludzi powinno się natychmiast ukarać gigantyczną grzywną, przynajmniej dziura w budżecie by się zmniejszyła...
- Czy to możliwe, że chirurg usuwając ząb, uszkodził mi korzeń sąsiedniego zęba - spytała Kalina, którą zaczyna niepokoić ból obok dziury po zębie.
- Nie - powiedziała stanowczym tonem cudowna koleżanka Kaliny. - Nie i koniec. Ja jestem już umówiona na usuwanie ósemki i uważam, że taka możliwość jest niemożliwa.
No.
Chciałabym wszystko jednocześnie i nie mogę się zdecydować.
Z jednej strony chcę czytać lekkie, nieabsorbujące książki, ale z drugiej jestem zachwycona ciężką, wspaniałą, kunsztowną literaturą. Nadrabiam zaległości z ochdziesięciu lat życia - "Grek Zorba", "Kronika ptaka nakręcacza", Proust. Pomiędzy nimi poczytuję historię najsłynniejszych ludzkich skamieniałości, wykłady Feynmana i wielkie tomiszcze "Biologii". Obok łóżka czeka historia kobiecej załogi jachtu oceanicznego.
I tylko wizja dzwoniącego o 6:20 budzika zmusza mnie do zgaszenia wieczorem światła...
Kalina posiekała pigwę na drobinki, dodała do niej miodu i łyżkę tej pychoty dodaje sobie do herbaty. Po wypiciu herbaty Kalina zżera pigwę, która namoczona w miodzie i herbacie smakuje jak skrzyżowanie czegoś najpyszniejszego z najsmaczniejszym.
Aż chce się pić!
Kalina gadała 3 godziny przez telefon. Z córkami.
Jedna leżała obok Kaliny, druga leżała na końcu świata.
Razem gadały, więc można uznać, że każda mówiła przez godzinę. Nie jest aż tak źle :-)
Kalina dostała sms-a od swojej siostry. Sms-y od siostry zwykle sprawiają Kalinie przykrość i ból, więc Kalina aż wyłączyła silnik w samochodzie, żeby go odczytać.
Okazało się, że siostra Kaliny została babcią.
Po chwili przyszedł sms od siostrzeńca Kaliny z informacją, że ma syna.
Kalina nie utrzymuje z rodziną siostry kontaktu, więc najprawdopodobniej następny sms przyjdzie wówczas, gdy wnuk siostry będzie miał syna. Kalina ma więc minimum 16 lat wolnego.
Po dłutowaniu ósemki chirurg powiedział Kalinie, że nie będzie w nocy bolało, nie przewiduje, żeby konieczne były leki przeciwbólowe, nie widzi konieczności zastosowania antybiotyku, Kalina może sama wracać samochodem do domu i najlepiej byłoby od razu umówić się na usunięcie ostatniego zęba mądrości, jaki jeszcze pozostał w Kalinie.
Ohoho, Kalina nie jest łatwowierna, oj nie!
Wyposażyła się w arsenał leków przeciwbólowych, na wszelki wypadek przygotowała się na wizytę u rodzinnego w sprawie antybiotyku i co prawda wracała sama samochodem do domu, ale jechała bardzo powoli i bardzo ostrożnie (to jakieś 500 metrów, ale wydawało się trwać wiecznie).
I co? I nie boli!
Kalina spędza dziś czas w łóżku, wykonując rasowe, stuprocentowe lenistwo. Popija letnią herbatę z pigwą, je chłodne monte i czyta "Kronikę ptaka nakręcacza". Bilans zysków i strat wypada korzystnie. Jedna ósemka wiosny nie czyni, a jeden dzień w łóżku - owszem.
Budowa ulicy oznacza, że codziennie rano znaki drogowe ustawiane są inaczej. Ulica jednokierunkowa nagle staje się dwukierunkowa, dwukierunkowa przestaje istnieć, pojawia się ruch wahadłowy, znika sygnalizacja świetlna lub pojawia się jakiś pan z uniesioną ręką, który kieruje ruchem. Słowo daję - nikt nic nie wie. O jeździe "na pamięć" nie ma mowy, ale tu nawet jazda bez pamięci niewiele pomaga.
Zastanawiam się, do którego momentu te zmiany są zgodne z przepisami o ruchu drogowym, a od którego momentu osoby odpowiedzialne za budowę mają wszystko w nosie. I czy naprawdę nie da się tak budować, żeby przypadkowy pracownik budowy nie musiał wybiegać na ulicę nerwowo machając rękami, bo akurat koparka ustawiła swoją łyżkę nad jezdnią, a sypią się z niej grudy ziemi...
Niektórzy ludzie mają swoje "świry". Tematy, w których się zatracają. Gubią hamulce, walczą jak lwy, rozszarpują jak hieny i pożerają jak karaluchy.
Dziś zastanawiałyśmy się z koleżanką, czy też mamy taką część, która staje na baczność przy byle okazji. Która nie znosi innej opinii. Czy jest temat, który działa na nas jak płachta na byka...
Nie ma.
Może to właśnie jest liberalizm?
Opłaciłam sobie studia podyplomowe w wersji zdalnej i nie umiem sobie poradzić z ich obsługą. Nieco usprawiedliwia mnie fakt, że mój mąż też poległ i nie potrafił mi pomóc.
Jeśli sytuacja się nie poprawi będzie to oznaczało, że opłaciłam sobie studia podyplomowe w formie ebooka...
A ja starej daty jestem. Człowieka chcę oglądać...
Uwielbiam tę cudowna mobilizację, która pojawia się w kobietach, gdy jedna z ich grona potrzebuje pomocy...
Poczekalnia w poradni onkologicznej.
Lekarz specjalizuje się w chorobach kobiecych, więc na krzesełkach tylko jeden pan - przyjechał z pacjentką, która właśnie weszła do gabinetu. Pan trzyma w ręku telefon i ogląda filmiki z włączonym dźwiękiem. Głośna, skoczna, acz skrzecząca w dużym pomieszczeniu muzyczka, niezrozumiałe słowa, melodyjka. Chwila przerwy. Kolejny filmik. Inna melodyjka, więcej niezrozumiałej mowy, wesołe krzyki. Przerwa. Melodyjka, dziwne dźwięki, rechoczący śmiech.
Pan opiera łokcie na kolanach, pochyla się do przodu, telefon trzyma wyraźnie przed sobą. Zajmuje dużo przestrzeni swoją osobą, jeszcze więcej dźwiękami, wydobywającymi się z telefonu.
Każda z pań w poczekalni trzyma w ręku grubą teczkę z dokumentami i cd. Na ich płytach prawdopodobnie muzyczka jest mniej skoczna.
Hania, w ramach sprawdzenia wiadomości z działu, miała sobie sama wymyślić 3 pytania, przeglądając stosowne strony w podręczniku. A potem napisać na nie odpowiedzi, również korzystając z podręcznika.
Hania jest niedużą dziewczynką, więc takie zadanie jest idealnie na miarę jej możliwości.
Po 10 minutach Hania, z przerażeniem w oczach, spojrzała na Kalinę.
- Haniu, chcesz, żebym do Ciebie podeszła? - spytała Kalina, czując, że jest źle.
- Tak - bąknęła Hania. - Napisałam te pytania, ale ja nie znam na nie odpowiedzi...
Przeczytałam w Internecie:
Po czym poznać największego łobuza w klasie?
To jest to dziecko, które ma zawsze 100% frekwencję.
Oczywiście to żart - wyjaśniam tym, którzy zamierzali teraz argumentować, że znają dziecko, które też ma 100% frekwencję, a jest w szkole aniołkiem ;-)
Katechetka powiedziała dzieciom, że nie wolno się przebierać na halloween za duchy i inne stwory - tak powiedział mi wczoraj Wojtuś z 1a.
Moja córka, która już zakończyła przygodę z nauką religii, przebrała się za pająka.
Jako nauczycielka biologii jestem zachwycona.
I nie rozumiem, dlaczego przebieranie się dzieci za duchy nie zachwyca katechetki. Przecież to promocja jej pracy...
15-letnia córka Kaliny spytała dziś, o co dokładnie chodzi w dniu zmarłych. Kalina próbowała wyjaśnić, że tradycja, ludzie wspominają, myślą, dbają o przeszłość swoich rodzin.
A córka wysłuchała i uznała, że to strasznie egoistyczne, bo przecież żyjący robią to wszystko dla siebie, a nie dla zmarłych. Te kwiaty, świeczki w rządku, równoległe zagrabienie ścieżki do połowy szerokości, bo druga połowa to już w gestii sąsiada.
Gdyby ktoś potrzebował głosu rozsądku, mogę wypożyczać córkę na krótkie rozmowy o życiu :-)
Humor zeszytów szkolnych część 2021 (pisownia oryginalna)
Pytanie:
Czy pacjent chorujący na cukrzycę może jeść dużo makaronu?
Odpowiedź:
Tak. Bo on choróje na cukszycę a nie na makaron to znaczy że móg zjeść
No i cudowna polska ortografia, wtrącająca się nawet do biologii:
wątrupka
Pobił cztery kobiety, zdemolował kilka stołów, krzeseł i usiłował zniszczyć drzwi. Ostatecznie próbowało go okiełznać sześć kobiet. Dały radę, ale wszystkie mocno to przechorowały.
To nie był lew w klatce, niedźwiedź brunatny, albo pijany bokser wagi ciężkiej. To był drobniutki, malutki pierwszoklasista o poważnych zaburzeniach psychicznych, z zagrożeniem niedostosowaniem społecznym, który uspokojony opowiadał, że dzisiaj gorzej sobie poradził, bo zwykle nie daje się tak szybko pokonać. Używa języka tak wulgarnego, że od razu nasuwa się pytanie, jak często musiał słuchać chamskich zwrotów, skoro stosuje je tak biegle, w dobrym kontekście i poprawnej formie gramatycznej.
I nie, nie obwiniam dziecka. Ono jest ofiarą okoliczności, w których wzrastało, rodziny, w której się rozwijało i walki o zaspokajanie swoich potrzeb od najmłodszych lat. Teraz jest odebrany z rodziny biologicznej. Późno. Chyba za późno. I tylko czy ktoś wie, co dalej...?
Się kłócą.
Ludzie się kłócą.
Kłócą się bez hamulców, jak dzicz.
Machają rękoma, pochylają się, rozstawiają nogi, wysuwają głowy do przodu.
A cywilizowani są podobno.
Podobno.
Kalina wie, że jeśli nie doładowuje się baterii, to one się kiedyś muszą wyczerpać.
Kalina wie też, że jeśli się nie dolewa paliwa do baku, to samochód w końcu stanie.
I tylko nieodmiennie Kalina daje się zaskoczyć tym, iż przychodzi taki moment, że Kalina staje wyczerpana, a przed nią mur...
Lekarka poprosiła Kalinę o przyniesienie wyników poprzednich badań. Badania wykonywał inny lekarz i lekarka chciała zorientować się, czy choroba przychodziła wolno, czy raczej nadeszła pospiesznie.
W ten oto sposób Kalina uporządkowała niemal wszystkie papiery w swoim domu.
Stare wyniki się znalazły, co należy rozpatrywać w kategoriach cudu...
Gdy tylko dostaję wiadomość o tym, że jakiś mój uczeń ma wszawicę, zaczynam się drapać.
Cierpię na wszawicę urojoną.
Mój biedny mąż musi mi przeglądać włosy, bo nie spocznę, dopóki się nie przekonam, że nie jestem altruistycznym żywicielem paskudów.
Odpowiadam na ewentualne pytanie:
nie, innych chorób to nie dotyczy :-)
Kalina wie, że na świecie są całe zastępy ludzi, którzy służą radą. Zawsze jest to rada "nie rób". I zawsze są to ludzie, którzy sami bardzo się do tej rady stosują, gdyż nie robią nic.
Wbrew radom Kalina zorganizowała w szkole spanie dla swoich uczniów. Radzący przewidywali serię katastrof, utratę zdrowia psychicznego i inne, podobne sprawy.
A tymczasem efektem spania w szkole jest zachwycona Kalina, zachwyceni pozostali śpiący w szkole nauczyciele, zachwycone dzieciaki, zachwyceni rodzice i życie jest piękne.
I nie trzeba wydawać grubych banknotów, żeby uszczęśliwić cały tabun 10-latków. Wystarczą materace z sali gimnastycznej, śpiwory, kolejka do łazienki, zamiatanie stołówki po śniadaniu i mówienie szeptem, bo pani już zasnęła.
Mam pamięć dziurawą jak sito.
Gubię, zapominam.
Nie mogę sobie przypomnieć nazwisk, imion, terminów.
Boję się, że zaczynam iść drogą mojej mamy. Bardzo się boję.
Kalina się uczy spokoju. Kalina się uczy, że jest czas na patrzenie przez okno i jest czas na działanie. I czasem udaje się Kalinie w samym środku burzy zachować spokój i przekazywać go innym. A czasem się nie udaje.
Ale przecież na tym polega nauka.
Podobno w ogrodzie najwięcej pracy jest wiosną i jesienią.
Kalina przegapiła sezon wiosenny, ponieważ ogród był wtedy jeszcze własnością mamy.
Teraz jest jesień, Kalina chodzi do ogrodu i nie ma pojęcia, co w nim robić. Chodzi zatem i podziwia, dotyka roślin, sprawdza czy ładnie wyglądają i czy ładnie pachną.
Posadziła Kalina kolejną transzę cebulek kwiatowych. Wycięła z płotu chmiel, który poczuł się panem i władcą przestworzy. Odwróciła kompost z prawej na lewą i wróciła do domu.
Wszystko jest idealnie - dziko, spokojnie i pięknie.
Poszukiwania telefonu, który ma wyłączony dźwięk, nie są sprawą łatwą i przyjemną. Gdy zapadły ciemności, Kalina i jej córka pogasiły światła w domu i dzwoniły z innego numeru, poszukując świecącego ekranu. Bezskutecznie. Okazało się, że telefon wpadł pod siedzenie w samochodzie. Po długim czasie się okazało.
Nic przyjemnego.
- Rodzice nie wchodzą na konta w e-dziennikach swoich dzieci. Są nieodpowiedzialni, niezaangażowani i mają wszystko gdzieś - powiedziała koleżanka z pracy Kaliny.
Kalina natychmiast weszła na konto w e-dzienniku swojej córki. Kalina wie, że jest nieodpowiedzialna, niezaangażowana i ma wiele rzeczy gdzieś, ale nie lubi, gdy jej zachowanie nazywa się po imieniu.
Leniwy weekend. Spacery, książka i akwarele.
Ortopeda powiedział, że nie powinnam chodzić w butach na obcasach. Zaśmiałam się. Nie chodzę w takich butach od lat. Niechodzenie na szpilkach niestety mnie nie uzdrowi, ale też nie przyspieszy pogorszenia. Dobre i to.
Kalina kupiła swojej klasie prezent bez okazji: 8-metrową linę. Nauczyła dzieciaki skakać. W dzieciństwie Kaliny mówiło się na to "skakać w linkę".
Teraz Kalina z dumą patrzy, jak jej klasa skacze na przerwach. Ha!
Czytam "Nomadland" - książkę, na podstawie której nakręcono oskarowy film. Przerażająca wizja przyszłości - ludzie bez emerytur, pracujący półlegalnie do ostatnich swoich dni. Przemierzający samochodami najdziwniejsze zakątki kraju w poszukiwaniu miejsca do zaparkowania i popracowania, choćby przez dwa tygodnie.
Jeśli nas to spotka...
Jadę do chirurga szczękowego z tzw. nagłym przypadkiem. Dziś w nocy dotarło do mnie, że jest piątek a ja do poniedziałku nie przeżyję bez lekarza.
Z dnia na dzień coraz mniej nauczycieli w szkole. Wszyscy mają takie same objawy: kaszel, obolałe gardło, katar i ból głowy. Dziś padło na Kalinę - kaszle jak szczekający pies na łańcuchu. Kalina ma wykupione prywatne ubezpieczenie i dzięki temu mogła umówić się na jutro do lekarza - koleżanki z pracy nie mogą się dostać do żadnej przychodni.
Kiepsko.
Nie mam osobowości dochodzeniowo-śledczej. Nie interesuje mnie, kto postawił wazon na półce, kto przechodził, kto potrącił, a kto wycierał wodę. I jestem bardzo niemiła dla osób, które w chwili pożaru zajmują się usprawiedliwianiem siebie, rzucaniem oskarżeń na innych, szukaniem winnych, zamiast wziąć sikawkę do ręki i lać na płomienie.
Jestem niezwykle emocjonalną osobą i mam ogromną trudność w pracy z autystykami. Nie rozumiem. Nie ogarniam. Nie czuję.
Wiem co robić, ale w praktyce przychodzi mi to nad wyraz ciężko. Po lekcji z takimi uczniami jestem wypompowana psychicznie i intelektualnie.
To ciemna strona mojej pracy...
Zastanawiam, się, co myślą o sobie ludzie o osobowości narcystycznej. Upajają się dźwiękiem swojego głosu? Z upodobaniem patrzą w lustro, żeby zachwycić wzrok niegasnącą urodą? A może wolą spędzać czas w milczeniu, delektując się własnym intelektem...?
Ostatnie odrzucam. Wszyscy ludzie-narcyzy jakich znam uwielbiają gadać i mam ich już po dziurki w nosie. Nie podzielam ich zachwytu ich osobą.
Kalina usłyszała diagnozę. Brzmiała ona dokładnie tak: Pani Kalino, niech Pani otwiera szampana!
Wszystko wskazywało na to, że sytuacja jest nieciekawa, a tymczasem okazało się, że nie jest idealnie, ale dramatu też nie ma. Za pół roku kontrola i decyzja o angażowaniu chirurga.
Pół roku?! Przez pół roku można przytyć 30 kg. Albo dojść pieszo do Tanzanii. Albo napisać jeden tom "W poszukiwaniu straconego czasu".
Nie martwię się. Oglądam te części ciała, które spłatały mi figla i nie mogę uwierzyć, że wyhodowałam sobie takie cuda.
Próbuję się pozytywnie nastawiać.
Będzie jak ma być i wtedy się okaże, że jest dobrze - myślę i czuję, że trochę sama się oszukuję.
Zaczynam akcję dbania o siebie.
Odkładałam, odkładałam i los pokazał mi środkowy palec.
Dziś rano o 8:02 zadzwoniłam i umówiłam wizytę w poradni onkologicznej.
Niech to szlag.
Osoby, które przeszły covid-19 odczuwają zmęczenie, problemy z pamięcią. Trudniej się motywują, najchętniej spędzałyby cały dzień w łóżku. Są osłabione, spowolnione. Nazywają to mgłą pokowidową.
A co mają powiedzieć osoby, które uchroniły się przed wirusem, nie chorowały na covid-19, a mają te same objawy? ;-)