piątek, 11 maja 2018

zwracać

- Czy w klasie są dzieci o nietypowych imionach? Pytam, bo będę się zwracać do nich po imieniu i może się zdarzyć, że sprawiłabym komuś przykrość, niewłaściwie wymawiając jego imię.
- O, tak. Dobrze, że pani pyta. W klasie jest Janinka.
- Janinka? Jakie piękne imię!
- Tak, ale wszyscy mówią na nią Jasia.


Okazało się, że w klasie byli jeszcze David, Ivo, Noemi, Inez i Gracjan.
Definicja słowa "nietypowy" wymaga reformy...

czwartek, 10 maja 2018

przypomnieć

Poprosiłam dzieci, żeby napisały imiona swoje i swojego rodzeństwa. Poniżej imiona i nazwiska swoich rodziców. Wyśmiali mnie. Po chwili część zaczęła poprawiać nazwiska swoich mam. Przestali się śmiać. Dzieci, poproszone o napisanie i mion i nazwisk swoich dziadków, były dość skrępowane. Kim byli ich pradziadkowie - nie wiedział prawie nikt. Nawet imion nie można sobie było przypomnieć. Nazwiska to już kosmos.
Cztery pokolenia.

Wyciągnęłam oczywisty wniosek:
Za niecałe 100 lat nikt z twojej rodziny nie będzie pamiętał, jak miałeś na imię.
Masz władzę nad czasem. Przeszłość i przyszłość twojej rodziny leży w twoich rękach. Dowiedz się jak najwięcej o swoich przodkach i przekaż tę wiedzę dalej.

Zapadła cisza.
Po spotkaniu podszedł do mnie Leon.
"Proszę pani, a moi dziadkowie pochodzą z Ukrainy".
Poczułam dumę. Zaczęło działać.

środa, 9 maja 2018

niepotrzebną

Zainspirowana wpisem Diabła w buraczkach (http://diabel-w-buraczkach.blogspot.com/ podaję linkę, ale i tak chyba wszyscy znają) zaczęłam myśleć o tytułach książek.
No bo skoro "Sekretne życie pszczół" nie jest o pszczołach, to może znajdą się i inne takie kwiatki.


worldlux
Pierwsza myśl to "Kamienie na szaniec". Powinny być podręcznikiem dla zasadniczych szkół budowlanych.
Moja ukochana "Czarodziejska Góra" to oczywiście powieść fantasy o wróżkach.

"Bieguni" - naukowa rozprawa o polu magnetycznym (pomijam mały błąd językowy...).

"Życie w słoiku" - o larwach, gnieżdżących się w przetworach domowych.

"Moje drzewko pomarańczowe" - uprawa roślin tropikalnych w warunkach domowych.

"Zabić drozda" - poradnik dla początkujących myśliwych.

"Piaskowa Góra" - podręcznik dla studentów I roku geologii.

"Tysiąc wspaniałych słońc" - podstawy astronomii w weekend.

"Dzienniki gwiazdowe" - plotki z życia celebrytów.

"Wizyta starszej pani" - poradnik dobrych manier dla pań w wieku emerytalnym.

"Wiele hałasu o nic" - podstawy pracy dźwiękowców.

Autorzy mają jednak pokręcone umysły. Nie mogą nadawać książkom jakichś normalnych tytułów? Na przykład:
"Sztuka o miłości z balkonem w tle"
"Kłótliwi dranie na Litwie"
"Karły idą, idą i idą".

Autorzy powinni brać przykład z Astrid Lindgren. Jak pisała o dzieciach z Bullerbyn, to napisała "Dzieci z Bullerbyn", a jak pisała o Madice z Czerwcowego Wzgórza, to napisała "Madikę z Czerwcowego Wzgórza". Jasne i proste. Nie siliła się na niepotrzebną oryginalność.

;-)



wtorek, 8 maja 2018

zjadam

smaker.pl
Największy problem z jedzeniem chłodnika jest taki, że za bardzo go lubię.
Zjadam jedną porcję i odczuwam coś na granicy uniesienia. Niestety, chłodnik mi "nie służy", bo zawiera w sobie mnóstwo mleka. Po zjedzeniu jednej porcji zaczynam się czuć średnio dobrze. Jedynym rozwiązaniem tego problemu jest zjedzenie kolejnej porcji, która znowu smakuje rewelacyjnie. Odczuwane podczas jedzenia drugiej porcji uniesienia zabijają średnio dobre samopoczucie wynikające z wypełnienia przewodu pokarmowego laktozą z pierwszej porcji. Niestety, jak wspomniałam wcześniej, chłodnik mi "nie służy" i po zjedzeniu drugiej porcji czuję się jeszcze bardziej nieszczególnie niż po pierwszej.
Rozwiązaniem tego problemu jest zjedzenie trzeciej porcji, która na pewno swym smakiem i aromatem zabije złe samopoczucie, wynikające ze zjedzenia pierwszej i drugiej...

Jestem teraz po dwóch porcjach.
Czuję nadchodzący koniec. Koniec chłodnika, albo mnie.

niedziela, 6 maja 2018

żartów

Tydzień temu poszłam na spacer. Długi. Samotny. Na ramionach niosłam wszystkie problemy tego świata, a nawet jeszcze więcej.

Na pustej łące, wielkiej i płaskiej, podeszła do mnie nieznajoma śliczna młoda kobieta. Przywitała się grzecznie i zaczęła rozmowę. Rozmowa, jak to rozmowa, poszybowała w przestrzeń ponad łąką. Po półgodzinnym staniu w miejscu zaproponowałam mojej uroczej rozmówczyni, że odprowadzę ją w stronę jej domu, bo jest mi wszystko jedno, gdzie spaceruję, a żal byłoby mi się z nią rozstawać. Poszłyśmy w kierunku jej domu, cały czas rozmawiając.

Dwie godziny spędzone na rozmowie o wszystkim sprawiły, że rozstawałyśmy się jak bliskie sobie osoby. Gdy powiedziałam jej na odchodne "do zobaczenia" dziwnie się zaśmiała. Wróciłam do domu bez ciężarów na ramionach, z którymi wyszłam na spacer. Same spadły, nawet nie wiem kiedy.

Po kilku dniach zobaczyłam ją znowu, tym razem w zupełnie innym miejscu. Okazało się, że trafiłam do jej pracy. Początkowo nie mogłam jej poznać. Miała makijaż, dosztukowane włosy, dziwny strój, a jej twarz zasłaniał mikrofon.
Jest wspaniałą artystką. Rozpoznawalną osobą. Występuje na scenie. Jest piękna, młoda i utalentowana.

Dobry Losie, jak cudownie jest padać ofiarą Twoich żartów!

piątek, 4 maja 2018

wyjazd

     Wyjeżdżam na skrzyżowaniu z ulicy podporządkowanej. Sznur samochodów uniemożliwia mi dalszą jazdę. Stoję. Czekam. Stoję. Patrzę, patrzę, czekam. Stoję. Usiłuję mentalnie sprowokować szczęśliwców, jadących główną ulicą, żeby zechcieli mnie wpuścić. Czekam. Muszę poćwiczyć przesyłanie myśli na odległość. Stoję. Obok siedzi mój mąż, który razem ze mną usiłuje zahipnotyzować pędzących ulicą w swych lśniących maszynach kierowców.
Abrakadabra, hokus pokus, hejkum kejkum i te sprawy.
     Jing i jang kierownicy. Oni się spieszą, ja się nie spieszę, bo nie mogę. Oni jadą, ja stoję. Czekam. Mija sekunda za sekundą. Prawdopodobnie przed skrzyżowaniem ktoś umieścił znak: Zakaz wpuszczania samochodów, wyjeżdżających z prawej strony. Ci, którzy stoją po przeciwnej stronie skrzyżowania i chcą skręcić w lewo, zaczynają kopać pod swoimi samochodami studnie głębinowe, żeby mieć w  razie czego dostęp do wody.
     Nagle słyszę dźwięk klaksonu. Rozglądam się na boki, potem zerkam we wszystkie możliwe lusterka. Okazuje się, że klaksoniarzem jest pani w samochodzie za mną. Macha do mnie niezbyt serdecznie i kiwa mi, że mam już ruszać. Klakson ma chyba nowy, bo używa go kilka razy. Musi jej się bardzo spieszyć, skoro zachęca mnie do wyjazdu prosto pod koła pędzących samochodów. Ma pecha, bo za długo jestem kierowcą, żeby można mnie było zdenerwować klaksonem. Nie w takich sytuacjach się na mnie klaksoniło! Ha! W takich momentach cieszę się, że mam nerwy ze stali i nie daję się sprowokować. Czekam. Patrzę, patrzę i czekam. Nagle jing i jang zmienia położenie o 90 stopni Celsjusza, robi się korytarz sejsmiczny i jakimś cudem znajduję przestrzeń hipokampa między jadącymi samochodami. Pojawia się odpowiedni moment pędu i wyjeżdżam; pani za mną. Cały czas macha do mnie, wyraźnie ruszając ustami.
     Mogłabym zrozumieć jej zdenerwowanie, gdyby była pracownicą służb drogowych i jechała naprawić zepsutą sygnalizację świetlną, która ułatwiłaby nam wyjazd. Chcę wierzyć, że tak właśnie było. I to był jej samochód służbowy. Mercedes wielki jak lotniskowiec. I to są te oszczędności w budżetówce? ;-)

niedziela, 29 kwietnia 2018

opakowanie

Na każdym palcu sygnet wielkości orzecha. Srebra bransoleta gruba jak łańcuch niewolnika. Zegarek z ogromną tarczą. Biała, półprzezroczysta obcisła koszulka opina ciało, skatowane odżywkogodzinami na siłowni. Opalenizna w kolorze usychającej mandarynki nie jest efektem działania sił natury.
To opakowanie.

W środku spokojny, zrównoważony, miły Człowiek. Inteligentny, zdystansowany, bezpośredni.

Może nie było innych opakowań, więc wziął, jakie zostało, może zabrał takie celowo. Wszystko jedno. Warto zajrzeć do środka.

piątek, 27 kwietnia 2018

próżni

px.here
Mamy dziś dzień bez dzieci - jedno wyszło, drugie wyjechało. Wstąpiliśmy na obiad do pobliskiej knajpki, żeby ograniczyć wszelkie czynności domowe. Jak wolne, to wolne!

Niestety Natura nie znosi próżni.
Spojrzała na puste pokoje dzieci i postanowiła zesłać mi coś w prezencie.
Do wyboru była kąpiel w kozim mleku z płatkami róż, wyjście do kina albo ból głowy wielki jak pancernik Potiomkin.

No żesz, cholera jasna...

spamem

jeja.pl
Przejrzałam folder ze spamem na blogu.
Wpadł tam jeden komentarz lisa p.
(Ale że dlaczego akurat jeden i dlaczego od lisa??)
a poza nim wszystkie inne uznane za spam komentarze napisane są po angielsku.
Niektóre zaczęłam nawet czytać.
Zastanawiające jest, że komuś nie szkoda czasu na pisanie takich rzeczy.
Rozumiem, że rozsyła je automat, ale przecież ktoś to musi wymyślać
Nie wyobrażam sobie takiego spędzania życia.

Biedni ludzie, jeśli nie mają lepszych pomysłów na wolne popołudnia...



wtorek, 24 kwietnia 2018

wieloetapowo

Uwielbiam przyglądać się maszynom, które działają wieloetapowo. Jeden element nastrzykuje jakąś paćkę, w tym samym momencie inny rozszerza tubkę, wtedy trzeci przesuwa kartonik, a czwarty już podąża z zakrętką i gdy piąty wpycha paćkę do tubki, pierwszy natychmiast nakleja kartkę z datą produkcji i jednocześnie przekazuje szóstemu kijek do rozszerzania tubki. Taka niby robota taśmowa, ale w przestrzeni. Wszystkie elementy wykonują swoją pracę zawsze tak samo długo (albo tak samo krótko) i wygląda to na idealną maszynerię. Bo takie jest.
www.marta2.pl

Wczoraj miałam okazję oglądać takie urządzenie na żywo.
"Na żywo" ma tu dwa znaczenia - widziałam taką pracę własnymi oczami, stojąc w hali produkcyjnej, ale "na żywo" oznacza też, że poszczególne części tej maszynerii były żywe. Bardzo żywe. Najmłodsza miała jakieś 21 lat, a najstarsza około 64,5. Sześciu mężczyzn dmuchało szkło w hucie. Wszyscy robili tę pracę w idealnej harmonii, każdy z zamkniętymi oczami mógł przekazywać dalej kij z wiszącą banieczką szkła, a jednocześnie odbierać drugą ręką kulę gotową do wstępnego nadmuchania. Ich szlaki krzyżowały się, ale nigdy nie wpadali na siebie, bo ich ruchy były precyzyjnie wyliczone w czasie. Początkowo nie mogłam zrozumieć, jak to możliwe. Żadnych zbędnych gestów, jeden wyciąga do drugiego rękę i za sekundę ma w tej ręce to, co powinien mieć. I tak za każdym razem. Bez przerwy. Bez żadnych rozmów.

I wreszcie zrozumiałam, dlaczego kobiety nie są hutnikami.
Gdyby mnie tam ktoś postawił, sto razy bym kogoś poszturchnęła, gestykulując podczas gadania, za każdym razem usiłowałabym coś zmienić, żeby było mi wygodniej, co kilka chwil mówiłabym do kogoś "proszę, Heniu", a on, chcąc mi odpowiedzieć, wyjmowałby z ust dmuchawkę i cały cykl zaczynalibyśmy od początku.

Szkołę hutniczą wykreślam z mojej listy "Tego się będę kiedyś uczyć" ;-)

poniedziałek, 23 kwietnia 2018

gęstościowym

Dowiedziałam się niedawno o zmyśle gęstościowym bakterii.
Polega on na tym, że zupełnie nie mogę tego zrozumieć, ale wcale mi to nie przeszkadza w fascynowaniu się tym zjawiskiem.
losyziemi
Uważam, że też mam zmysł gęstościowy. Mój działa w ten sposób, że gdy atmosfera robi się zbyt gęsta, uciekam. Najchętniej po cichu. Czasami przypomina mi się wtedy, że muszę zrobić coś ważnego, a czasami "dostaję" sms-a z ważną sprawą.
Można z tego wywnioskować, że zmysł gęstościowy działa w moim przypadku poprzez mózg (pamięć) i poprzez moją komórkę.
Łącząc powyższe informacje, mogę stwierdzić, że zmysł gęstościowy działa na moją jedną (oby nie jedyną) komórkę w mózgu.
Czyli zmysł gęstościowy jest zmysłem mononeuronalnym, podlegającym wahaniom elektroinformatycznym.

Gdyby ktoś kiedyś usiłował wmówić Wam jakieś bzdury na temat zmysłu gęstościowego, nie dajcie się zmanipulować! Powołajcie się na mnie i moje wnikliwe spojrzenie na sprawę.


niedziela, 22 kwietnia 2018

kurorcie

Słowo "kurort" kojarzy mi się z przyrodą, ciszą, spokojem, zrelaksowanymi ludźmi w wygodnych butach, którzy w celach terapeutycznych przemierzają alejki parkowe, rozkoszując się wolnością i powolnością.

Od wczoraj jestem w kurorcie. Z przyczyn zawodowych.
Przyjechałam wieczorem. Zapytałam właścicieli pensjonatu, gdzie mogę iść na szybki, męczący, przedsenny spacer bez tłumów. Usłyszałam: na bieżni w siłowni.
Gdy wyszłam na zewnątrz w legginsach, koszulce i bluzie przewiązanej w pasie, zrozumiałam, że wieczorem nie znajdę ciszy i spokoju. Wieczorem przecież zaczynają się dancingi!

Dziś rano wyjrzałam przez okno i oniemiałam: deptakiem przesuwają się tłumy ludzi ubranych, jakby szli na chrzciny do bratanka. Panie, odziane w kościołowe buty, eleganckie, nieco zbyt obcisłe spodnie lub przykrótkie spódniczki oraz różowe bluzeczki z cekinami, trzymają pod pachami białe torebusie. Panowie posuwistym krokiem przechadzają się w ciemnych spodniach na kant, pełnych beżowych butach, koszulach, z nieodłącznymi saszetkami na pętelce.
Troszkę wygląda to jak prezentacja zwierzyny na końskim targu.

mówiąnamieście
Z niektórych straganów słychać muzykę z czasów gdy byłam bardzo młoda, albo nawet jeszcze bardziejszą.
W sklepie z pamiątkami można kupić deseczkę w kształcie penisa, z wyciętymi otworami o różnej średnicy. Największy otwór, o średnicy około 4 cm to kategoria "mistrz".

Sprawdziłam w Wikipedii, jaka jest definicja "kurortu". Kurort to miejscowość dysponująca czynnikami leczniczymi. Spokój i cisza nie mieszczą się w definicji. Żyłam w błędzie.

sobota, 21 kwietnia 2018

faraon

wikipedia
Tutanchamon ożył!
I to w kobiecej postaci!
Widziałam wczoraj! Siedział niedaleko mojego stolika i pił piwo z dużego kufla. Miał czerwoną sukienkę, czarne sandały, długie, czarne, proste włosy, czarne oczy, rzęsy długie na około 3,5 cm i całą złotą twarz! Całą!
Wnikliwa analiza pomogła mi wyciągnąć następujące wnioski:
1. albo jakaś brunetka pomyliła puder ze złotym cieniem;
2. albo niesforny faraon wylazł z sarkofagu a zapomniał zdjąć maskę;
3. albo teraz jest taka moda, a ja się nie znam.

Numer 2, dobra?

czwartek, 19 kwietnia 2018

rozmiary


Miejsce akcji: sklep obuwniczy.


stylowi.pl
- Niech pani popatrzy: tu są karteczki przy butach. Na każdej jest napisane, jakie rozmiary są dostępne. Nie musi pani o każdy pytać. A z tych mamy akurat wszystkie rozmiary, bo to nowość jest. Poprzedni fason był mocno nieudany. Niech pani sama spojrzy. Podeszwa za gruba, zupełnie nietrafiona. Oczywiście wszystko jest kwestią gustu i jedna pani nawet je kupiła, ale ja uważam, że nieudane. A te nowe - o! Bardzo ładne! I jaka skóra mięciutka! Polski producent! Kolor może nie najlepszy, ale do jasnej sukienki może być. Chociaż ja wolę trochę jaśniejsze. Ale to oczywiście rzecz gustu. No i to zapięcie nieszczególnie mi się podoba. Bo ja, droga pani, wolę takie trochę niższe. Nóżka wtedy nabiera pięknego kształtu.

Podziękowałam i wyszłam. Nie zdążyłam nawet pomyśleć, czy chcę coś kupić. Pan z którym "rozmawiałam" pełnił w tym sklepie rolę sprzedawcy, kupującego i wyrzutów sumienia.

środa, 18 kwietnia 2018

spojrzenie

Na parkingu przed sklepem krąży mocno zniszczony życiem satelita. Twarz w kolorze wyschniętego ziemniaka, matowe spojrzenie głęboko osadzonych oczu, chód trochę jakby wieża w Pizie przechodziła nieco bardziej w lewo, a trochę jakby ktoś przesuwał stary fortepian.
W skali uzależnień: 10/10.

wiadomości-gazeta.pl
Przygląda się wysiadającym z samochodów gwiazdom i próbuje ugrać swoje "chociaż bułeczkę".
Ma swój honor ("nie jestem żebrakiem!").
Ma swoje zwyczaje ("jutro też tu będę, szefowo!").
Ma swoją dumę ("a gdyby tak chociaż 50 groszy?").

Kiedyś  bałam się tych satelitów. Krążących między życiem a śmiercią. Między nieznaczną świadomością umysłu a zupełnym odlotem. Pojawiających się znikąd. Znikających nigdzie.

Teraz kupuję im coś, co nie rozsadzi resztek wątroby, dziękuję za życzenia "zdrowia, piękna pani!" i tylko trzymam kciuki, żeby miłosierna elipsa pozwoliła ich dzieciom nie wpaść w te same tory...

poniedziałek, 16 kwietnia 2018

jakiś

demotywatory
     Siedzę na tarasie domu w obcym mieście. Owinięta kołdrą, z komputerem na kolanach i kubkiem gorącej herbaty w ręce. Dookoła ciemności, takie jak mogą być tylko w obcym mieście. Nagle słyszę dziwny hałas. Na tle czarnego nieba widzę jeszcze czarniejszą sylwetkę, schodzącą po rynnie z dachu na mój taras. Zastanawiam się, czy lepiej uciekać, czy udawać, że jestem niewidzialna. Strach paraliżuje mnie tak bardzo, że okulary zsuwają mi się z nosa, co delikatnie poprawia ostrość widzenia na odległość.
     I wtedy czarna sylwetka ląduje na moim tarasie. Na czterech łapach. Nawet nie odwraca swojego ogromnego cielska w moją stronę. Nie zaszczyca mnie spojrzeniem kocich oczu. Idzie dalej. Prawdopodobnie wykonuje swój cowieczorny obchód okolicy.
     Teraz czekam na hałas, który zrobi wracając z polowania. Sądząc po rozmiarach, był to tygrys szablozębny. Lub inny jakiś. Z kotowatych.

piątek, 6 kwietnia 2018

żal

claudia.pl
Zasłyszane:

podaję ludziom wszystko na wyciągniętej dłoni, a potem mam żal, że się poczęstowali.

Obserwacja na medal.

środa, 4 kwietnia 2018

biegnie

Zadzwoniła J. po prawie 30 latach.
Cudowna okoliczność, w której czas biegnie w drugą stronę.

Po to człowiek chodzi do liceum, żeby po stuleciach odebrać taki telefon. Jakaś korzyść z chodzenia do szkół. Mimo że z opóźnieniem.





poniedziałek, 2 kwietnia 2018

wożona

xdpedia.pl
Starsza córka Kaliny odebrała tydzień temu prawo jazdy i teraz bezustannie zachęca Kalinę do wychodzenia z domu, byle daleko. Kalina robi obecnie zakupy w najdalszych sklepach, zwiedza bliższe i zwłaszcza dalsze okolice miasta w którym mieszka, wożona jest największymi możliwymi objazdami i po wielokroć przejeżdża po największych rondach i najtrudniejszych skrzyżowaniach.
"Mamo, może byś gdzieś chciała pojechać?" - tak brzmi pytanie, dające matce tyle szczęścia ;-)

sobota, 31 marca 2018

drgań

besty.pl
No nie mogę uwierzyć...
Po tych wszystkich narzekaniach i utyskiwaniach znalazła się ładowarka do mojego telefonu. Niestety nie jedna z tych kupionych ostatnio, tylko jakaś stara, której wcale nie pamiętam.
Co najdziwniejsze - leżała na samym wierzchu, na moim biurku.

Podejrzewam, że na skutek ruchów tektonicznych dochodzi do drgań drobnych przedmiotów w domu. Dzięki temu obiekty z głębin powolutku acz systematycznie wydobywają się na zewnątrz.
Tak jak kamienie na polu - można zbierać co tydzień, a i tak ciągle wychodzą nowe.

Być może analogia nie jest najlepsza, bo wcale nie znajduję ładowarek co tydzień, ale kto chce, ten zrozumie.

środa, 28 marca 2018

smaku

Gdy miałam 19 lat dowiedziałam się, że mój zmysł smaku działa inaczej niż u większości ludzi. Po szeroko zakrojonych badaniach nieomal naukowych zrozumiałam, że nie czuję słodkiego smaku większości produktów, które ludzkość uważa za słodkie.
(Czekolada? Czekolada jest słodka? Serio?
Winogrona? Niemożliwe!
Glukoza jest słodka? Myślałam, że ona jest cukrem z przyczyn chemicznych, a nie smakowych!
Arbuzy? Arbuzy mają jakiś smak? Myślałam, że ludzie lubią je jeść latem, bo przypominają smakiem wodę. Jak ogórki, tylko mniej smaczne!)

Po głębokim zastanowieniu udało mi się wyselekcjonować produkty, które są słodkie i wiem to nie tylko z opowieści.
Są to:
1. dojrzała czerwona papryka
2. bardzo dojrzałe banany

Co mnie zadziwia, cukier wsypany do herbaty zmienia jej smak, ale herbata nie staje się dzięki niemu słodka, tylko mniej cierpka.

O tym, że inaczej widzę również kolory i inaczej odczuwam dźwięki napiszę kiedy indziej. Co za dużo to niezdrowo. Pozwolę sobie troszkę zmanipulować informacją, żeby wszyscy myśleli, że mimo wszystko jestem normalna.

wtorek, 27 marca 2018

espadryle, espadryle

Weszłyśmy z córką do Oszą, żeby sprawdzić, czy są już espadryle. W zeszłym roku zorientowałyśmy się w połowie lata i żałowałyśmy, że w lipcu nie mogłyśmy pomykać w tym szczycie osiągnięć obuwniczych. Sprawdziłyśmy na regałach z plastikowymi sandałami. Były. Cztery pary dla mnie, trzy dla córki - w ten sposób obstawiamy całe lato i zyskujemy pełnię szczęścia i radości.
W podskokach udałyśmy się do kasy, położyłyśmy nasze espadryle (uwielbiam to słowo i będę go nadużywać) na taśmie. Przed espadrylami spoczywał na taśmie Mont Everest poprzednich klientów. No jasna pogoda - tyle żarcia, że od razu widać, iż ludzie organizują zawodowo wesela i kupili zapasy żywności na rok. Nagle taśma się poruszyła i gdzieś z północnego stoku Czomolungmy* spadło plastikowe przezroczyste pudełko. Podniosłam i ułożyłam w stabilniejszej okolicy. Bezmyślnie i odruchowo. Ot - coś spada, a człowiek się schyla i podnosi.
- O, dziękuję - powiedziała pani. - To baranek.
- Baranek? - zdziwiłam się.
- Baranek z masła. Na Wielkanoc. No wie pani, robimy zakupy na święta.

Spojrzałam na espadryle i poczułam niewiarygodną lekkość bytu.

* sprawdziłam w Wikipedii, że Czomolungma w uproszczonej wersji chińskiego to  珠穆朗玛峰.
No czyż można nie kochać Chińczyków? Jak coś robią, to już porządnie. Jak upraszczają, to z sercem. ;-)

niedziela, 25 marca 2018

stare

Zastanawiam się, czy każdy ma w sobie miejsce, w którym składa stare przyjaźnie.
Takie, które odeszły z różnych powodów, zostały zasztyletowane w strasznej wojnie, albo same umarły, nie wiedzieć czemu...

I co się z nimi robi?
Składa kwiaty i zapala świeczki?
Udaje się, że ich nigdy nie było?
Od czasu do czasu podejmuje się jakąś akcję reanimacyjną? Resuscytacja trupa sprzed dekady? Spotkanie, uścisk, ach jak miło?




czwartek, 22 marca 2018

serwisu

Sądziłam, że gorzej nie będzie, ale przy odbieraniu samochodu z serwisu miała miejsce sytuacja jak z komedii. Czarnej.
jeja.pl
Dostałam do ręki kluczyki i pokazano mi, gdzie zaparkowano mój przebadany z góry na dół samochód (trudno byłoby mi go samej poznać, bo umyty, a w takim stanie dawno go nie widziałam...).
Doszłam do samochodu, próbuję otworzyć drzwi - brak reakcji.
Najpierw sprawdziłam, czy to mój samochód. Uff.
Potem udałam się do pana serwisowego delikatnie napomykając, że nie umiem otworzyć własnego auta.
Panowie wymienili spojrzenia mówiące "za to nam płacą" i jeden z nich wyszedł ze mną na parking. Wziął ode mnie pilota, podszedł do drzwi - nic.
Zaproszono mnie na kawę, pokazano, gdzie są wygodne fotele i rozpoczęła się akcja pod roboczym kryptonimem "Otwórzcie wreszcie jej samochód, niech już sobie pojedzie".
A tu nic.
W sensie, że samochód nic, bo ja to i owszem. Poradziłam sprawdzić baterię w pilocie (ha! ma się tę inteligencję motoryzacyjną!).
Baterię wymieniono, samochód nadal się nie otwierał.
Ponieważ w moim pilocie ukryty jest awaryjny metalowy klucz (nie wiedziałam o tym, ale to akurat nie jest tematem postu), samochód otwarto metodą dziurka-klucz-wsadzić-przekręcić-pociągnąć klamkę i przestawiono do hali serwisowej.
Minęła godzina, a oni ciągle naprawiali.
W końcu pełen sukces - pilot działa.
Odjechałam.
Był to pierwszy przypadek, że serwis autoryzowany zepsuł jakiś element samochodu, a tego faktu nie dało się ukryć przed klientem. Przed klientką...

wtorek, 20 marca 2018

umierali

jeja.pl
Przypomniało mi się, że babcia opowiadało mi kiedyś na spacerze, iż w jej rodzinie nikt, ale to nikt nie chorował na raka. Wszyscy umierali na płuca.
Dotychczas bardzo mnie to podbudowywało, ale teraz zaczynam się martwić.
Gdyż albowiem mam taki kaszel, że gdybym teraz zeszła, to na moim grobie pojawiłby się napis:

Tu leżą zewnętrzne powłoki Kaliny. Całe wnętrzności wykaszlała, zanim zmarła...


poniedziałek, 19 marca 2018

parter

- Halo, Kalinko? No więc zdobyłam adres pana Jerzego. On mieszka na ulicy Kruczej 8, na parterze.
- Ale ja potrzebuję dokładny adres, mamo.
- A po co? Przecież jak do niego pojedziesz, to wystarczy ci, że to parter.
- Ale ja do niego nie pojadę. Chcę mu tę książkę wysłać w prezencie. Jako niespodziankę.
- Ach tak?! Ty sobie nawet nie wyobrażasz, jak on się ucieszył, że ty mu tę książkę chcesz wysłać!
- Mamo, to miała być niespodzianka!
- Ach tak?! To dobrze! Możesz od razu do niego zadzwonić i się umówić, kiedy do niego pojedziesz.
- Mamo, ja nie chciałam tam jechać! Miałaś mi tylko podać jego adres. Żebym mogła wysłać mu książkę jako niespodziankę.
- No to mu ją zawieziesz! Co to takiego?! Acha, i jeszcze jedno. Powiedziałam mu, że główny bohater nazywa się tak samo jak on, ale żeby nie myślał, że to specjalnie, bo to jest zupełny przypadek!
- Mamo, przecież to nie jest przypadek! Główny bohater nazywa się tak samo jak pan Jerzy, bo w ten sposób chciałam podziękować panu Jerzemu za jego pomoc! I pan Jerzy się na to zgodził! Użyczył mi swojego nazwiska. A ty mu teraz powiedziałaś, że to przypadek?!
- Ja pierwsze słyszę, Kalinko, że to nie jest przypadek. I bardzo cię proszę, jedź od razu do pana Jerzego z tą książką, bo on będzie czekał.
- Nie mam kiedy, mamo. Mam teraz urwanie głowy.
 
 - To po chciałaś, żebym cię z nim umawiała?! Zresztą, zrobisz jak chcesz. Ja miałam tylko podać ci adres i to zrobiłam.

środa, 14 marca 2018

jaki

humorek.pl
- Pani Kalino, jaki jest numer rejestracyjny pani samochodu?
- A czy mój samochód jest jeszcze zaparkowany pod oknem?
- Nie, koledzy już nim wjechali do środka.
- W takim razie muszę znaleźć dowód rejestracyjny.
- To może później. A jaki jest przebieg?
- Czy pan nie przecenia moich możliwości?
- Przepraszam. Już nie będę. A chociaż mniej więcej?
- Mniej więcej numer rejestracyjny, czy mniej więcej przebieg?

niedziela, 11 marca 2018

awizo

fajne-zdjęcia.pl
- Halo, mamo, czy przyszła do Ciebie paczka dla mnie?
- Nie, Kalinko. Nie przyszła.
- A czy mogłabyś sprawdzić, czy nie ma awizo?
- A gdzie mam sprawdzić, Kalinko?
- W skrzynce na listy. Jak będziesz wychodziła z domu to sprawdź w skrzynce, dobrze?
- Ale ja właśnie teraz jestem poza domem, Kalinko. I jak wrócę, to już nie będę wychodziła.
- A możesz sprawdzić, jak będziesz wracała?
- Mogę, oczywiście. Też się zdziwiłam, że mam sprawdzać akurat podczas wychodzenia.

sprawach

Czasem zapominam o sprawach najważniejszych.
Ostatnio zapomniałam, że można dać sobie czas na przemyślenie. Wśród różnych możliwości jest i taka: odpowiem ci, gdy się zastanowię.
Jeśli ktoś nie chce czekać na odpowiedź, lepiej od razu mu odmówić. Dobry sprawdzian. Daje pewność odpowiedzi.




sobota, 3 marca 2018

meteorologii

Wyobrażam to sobie tak:
w Instytucie Meteorologii zatrudniają trzy panie. Co godzinę dzwonią do każdej z nich i pytają:

koniec-swiata.pl
- I jak tam, pani Haniu, jak pani czuje?
- Minus osiem, panie kierowniku.
- Dziękuję. Do usłyszenia za godzinę.

- Halo? Pani Krysiu, jak pani czuje?
- Minus jedenaście, panie kierowniku.
- Dziękuję, pani Krysiu. Zanotowałem. Do usłyszenia za godzinę.

- Pani Kasiu, jak pani czuje?
- Minus siedemdziesiąt trzy, panie kierowniku.
- Oh, bardzo dziękuję, pani Kasiu. Zapisuję: minus siedemdziesiąt trzy...

Potem kierownik wyciąga z tego średnią arytmetyczną i podaje do publicznej wiadomości:
Instytut Meteorologii informuje, że odczuwalna temperatura wynosi tyle i tyle.

Czy oczywiste jest dla wszystkich, że w moim wyobrażeniu pani Kasia tylko udaje, że jest panią Kasią? Tak naprawdę ma na imię Kalina...

piątek, 2 marca 2018

decyzji

Wojewódzka Biblioteka Lublin
Mąż twierdzi, że mam problemy z podejmowaniem decyzji, dotyczących moich przyjemności i rzeczy dla mnie. Wysunął tę hipotezę po tym, jak po trzech dniach zastanawiania się w końcu zdecydowałam się pójść raz jeszcze do porcelanowego lumpeksu w Danii i nabyć 6 sztuk chińskich przecudnych filiżanek po 4 euro każda. Na moich oczach filiżanki kupiła jakaś pani. Podobnie miała się sprawa z wieloma innymi rzeczami, które w sposób wręcz wzorcowy przeszły mi koło nosa.

Mąż zamieszkuje obecnie lokal szpitalny, co oznacza, że sama podejmuję decyzje domowe wszelkie. O kolekcji obrazów na ścianach już pisałam (ale chętnie się powtórzę, bo je uwielbiam!), ale niedawno dokonałam wręcz cudu decyzyjno-podejmowalniczego.
Otóż zatem więc:
Znajoma biblioteka przeprowadza się do innego lokum. Pakują cały księgozbiór i hejże do budynku, który olśni każdego, nawet niepiśmiennego. W związku z tym zmieniają również umeblowanie.
Postanowiłam skorzystać z okazji i spełnić marzenie odwieczne. I stało się: w moim samochodzie znajduje się stary katalog biblioteczny. Przywiozłam go własnymi, że tak powiem, ręcami. Ponieważ znajoma biblioteka mieści się w odległości 4 godzin jazdy samochodem od mojego domu, spędziłam dziś błogie 10 godzin za kierownicą (bo, jak wiadomo, jeżdżę wolniej niż inni, zwłaszcza gdy mam samochód wypakowany po dach ciężką, ogromną komodą-katalogiem).
Teraz jeszcze tylko muszę tę komodę jakoś wypakować, co wydaje się być niemożliwe, biorąc pod uwagę fakt, że do samochodu wpakowały ją wraz ze mną cztery osoby...
Na razie cieszę się z komody, cieszę się, że nie musiałam ani razu ostro hamować (bo wtedy katalog znalazłby się na moich plecach), cieszę się, że marzenia się spełniają, a martwić się o wypakowanie będę jutro. Skoro udało się go włożyć, prawdopodobnie powinno się udać go także wyjąć. W najgorszym razie będę już zawsze jeździć z katalogiem, zajmującym 2/3 wnętrza mojego samochodu. Ale to nic. Piękny jest. ;-)

czwartek, 1 marca 2018

telefonie

- Mamo, dlaczego ty masz wszystkich powpisywanych tak dziwnie w telefonie?

dreamstime.com
- Jak to dziwnie, Kalinko? To można inaczej?
- No wiesz, każdy sam decyduje, ale dlaczego masz na początku takie dziwne litery? Na przykład numer cioci Ewy opisany jest jako "ag Ewa dom tel nr", a z kolei cioci Hali jako "ac Hala 3 tel nr"?
- Bo to był kiedyś twój telefon, Kalinko i ty tak miałaś powpisywane różne osoby i ja myślałam, że tak powinno być.
- Mamo, ja tylko te osoby, do których najczęściej dzwoniłam, wpisywałam jako "aa mama", albo "aa Ania", żeby mi się na początku listy pojawiały.
- A ja już przy tym zostałam i też tak wszystkich wpisuję, ale jadę kolejnymi literami alfabetu po "a", Teraz to już do "am" doszłam. Też się dziwiłam, że wszystkich trzeba mieć na "a", ale nie chciałam pytać...

cytat

cytat dnia:



wiosłujesz i wiosłujesz
próbując utrzymać tempo
polskieradio.pl
omijasz wystające z wody głazy
i bronisz się wiosłem przed wskakującymi
na plecy piraniami

woda zalewa ci oczy
a to co poniżej pasa od dawna tkwi
w zimnej wodzie

obyś tylko zorientował się
czy nie płyniesz pod prąd
zanim zobaczysz przed sobą wodospad
spadający na ciebie z góry

wtorek, 27 lutego 2018

zalogowania

Nastała wiekopomna chwila.

Jeśli dotychczas Kalina twierdziła, że ma sporo zajęć i z trudem wiąże dwie wskazówki jednego zegara, oraz że ma łeb wypchany problemami wszelkimi tak, że szwy między ciemieniem a potylicą spina co rano wsuwką do włosów, to kłamała.
Mama Kaliny założyła sobie konto na facebooku.

Gdy mama poinformowała Kalinę, że założyła konto pod nazwą "Mama Maliny", Kalina umarła. Natychmiast zmartwychwstała i spytała mamę, dlaczego ach dlaczego i czy nie ma innych metod na spędzanie wolnego czasu. Może kino? Może klub modelarski? Może warsztaty lepienia kulek z chleba? Może Caritas diecezji londyńskiej?
blasty.pl
Powód zalogowania się mamy na tym portalu ("bo wszyscy mówią, Kalinko, że Ty ciągle umieszczasz informacje o swojej pracy na facebooku a mi nic o tym nie mówisz") jest o tyle zaskakujący, co oparty na kłamstwie i pomówieniach. Ale jak tu powiedzieć mamie, że zawsze ach zawsze Kalina mówi jej, gdzie i po co jedzie do pracy, tylko że mamy pamięć działa dość wybiórczo...
Mama przysięgła na "Biblię", na "Pana Wołodyjowskiego" i na "Kuchnię polską", że nikogo nie zaprosiła do znajomych, bo po co. I nikogo zapraszać nie zamierza.
Kalina odsapnęła z ulgą i uspokojona wróciła do domu. Niech mama sobie ogląda na facebooku co chce, przecież ma to zagwarantowane w ustawie zasadniczej.

W domu Kalina odpaliła facebooka i oniemiała. Jak byk Maruś Zuckerberg machał do niej informacją, że mama zaprasza Kalinę do grona swoich znajomych.
Błądzić jest rzeczą ludzką. Mamie mogło się raz zdarzyć. Niech i tak będzie.

Ale gdy wieczorem Kalina przeczytała na messengerze pytanie od swojego bardzo dalekiego znajomego, czy Kalina zna może osobę o kryptonimie Mama Maliny, gdyż albowiem osoba ta...

Co było dalej w wiadomości, Kalina nie wie. Umarła po raz drugi tego samego dnia. Zmartwychwstanie w toku.

pochwalić


Prawdopodobnie przy bliższym przeglądaniu mojego bloga można zauważyć, że pilnuję swojej nieoczywistości blogowo-internetowej jak pies własnego ogona.
Żadnych imion, adresów, zdjęć z dziećmi na basenie czy ślubnych fotek podczas rozwodu. Żadnej twarzy, ręki, nogi czy nazwiska. Żadnego zapraszam na Kwiatową 8. Nie, nie, nie.

Ale jednak nadeszła wiekopomna chwila, gdyż albowiem chcę się pochwalić.
Otóż: zmuszona dłuższym niepobytem męża w naszych wspólnych domowych pieleszach postanowiłam wsiąść na traktory, chwycić za kilofy, podkasać rękawy od flanelowej koszuli w kratę i popuścić nieco zbyt wysoko podciągnięte szelki od spodni drwala.
Nauczona przez męża w czasach tuż-przed-szpitalnych obsługi wiertarki udarowej, wykorzystuję tę wiedzę w stopniu zaawansowanym i wiercę we wszystkim, co mi stanie przed oczami. Ostatnio było to kilka ścian.
Być może dwa dotychczasowe wątki wydają się dość odległe, ale w tym oto miejscu nieoczekiwanie łapię je w jedne pęk i dochodzę do sedna jądralnego orzecha: chcę się mianowicie pochwalić licznemi dziurami w ścianach, w których umieściłam tzw. kołki (wbijanie kołków okazało się zaiste drobnostką) na których to powiesiłam moją kolekcję sztuki.

Przed Wami Międzynarodowa Galeria Peggy Guggenheim-Kwiatowej:
Anioł z duszą astrologa-harfisty

Baran o aspiracjach horoskopalnych

Kot z wrednym uśmiechem i księżycowym sercem

Portret mojej rodziny po zmroku

Wichrów

Miś ze spojrzeniem wnikliwym

Kolędnicy po trzech głębszych






Jak wyżej: Kacper, Melchior i Belzebub
 
A wszystko to autorstwa Diabła w buraczkach, któremu składam niniejszym uszanowanie!
I niechaj Aniołowie w niebiesiech śpiewają hymny pochwalne (albo chymny pohwalne) na cześć Twego Diabelskiego talentu, o miszczyni papieru i barwnika!!!
Zaznaczę tylko nieskromnie, że nie są to wszystkie prace ww. artystki, które posiadam, gdyż...

... mała uwaga od mojej młodszej córki:
Mamo, powiedz tej pani, że nie powinna robić rysunków na dwóch stronach tej samej kartki! My tego potem nie możemy powiesić, bo nam zawsze żal tej strony, której akurat nie będzie widać!
Rzekłam więc, o boska. Tfu, tfu! O diabelska!

niedziela, 25 lutego 2018

zmienił

Świat się zmienił.
Napisy na kremach drukowane są w taki sposób, że można je przeczytać.
Smsy w telefonie można odszyfrować nawet przy kiepskim oświetleniu.
Gdy do rękawa swetra przyczepi się włos, można go bez problemu zdjąć.
Widać, że kulki do kąpieli składają się z maleńkich ziarenek.
Nazwy ulic pisane są czytelną czcionką.
Ludzie po drugiej stronie ulicy mają twarze.
Skraca się ręka, zwłaszcza podczas czytania książek.
Gdy trzyma się na kolanach świnkę morską, można przyjrzeć się jej chorym ząbkom.
Depilowanie brwi nie wymaga ekwilibrystycznych popisów w rodzaju: jak tu się jednocześnie odsunąć i przysunąć do lustra.
Widać tablice rejestracyjne samochodów jadących daleko z przodu.
I wiele, wiele innych zmian.

A wszystko to, bo poszłam do optyka i kupiłam dwie nowe pary okularów. Z silniejszymi szkłami. Jedną do czytania, drugą do życia.

czwartek, 22 lutego 2018

rozwaloną

Widzę w internecie zdjęcie przykładowego apartamentu. Wielkie łóżko z rozwaloną pościelą, obok stół z resztą porannej kawy, dalej kuchnia z okruchami chleba na blacie.

Rozglądam się wokół siebie.
Halo!
Coś się zakrzywiło w promieniach dochodzących z kosmosu? Jakiś artefakt na siatkówce?

Mam u siebie identyczną sytuację, a jednak jakby inną: pościel też rozwalona na łóżku, na stole resztki po obiedzie, na blacie kuchennym kilka obierek od marchewki i brudny garnek po zupie, ale jakoś inaczej to wygląda...
;-)

Dzisiaj nie będzie zdjęcia. Każdy sam w ciszy i spokoju niech się przyjrzy swojemu mieszkaniu i niech uczciwie sobie powie, czy u niego też się zakrzywia, czy nie.
Poprawna reakcja: tak, tak, u mnie też coś bardziej przypominającego krajobraz po tornado niż zdjęcie "przykładowego" mieszkania.
Dziękuję za zrozumienie. Idę walczyć z kuchnią.

środa, 21 lutego 2018

czasu

(chociaż okładki sobie obejrzę...)
Wypożyczyłam dwa filmy. Jeden fajny, drugi też fajny. Dzisiejszy wieczór przyjął roboczy tytuł "tu będę leżeć i oglądać, i co mi zrobicie?".

Najpierw przyszedł sms, że zgubił się artykuł, który poprawiałam na zeszły tydzień i wszystkie podejrzane osoby proszone są o wdrożenie szeroko zakrojonej akcji poszukiwawczej. Akcji poszukiwawczej w swoich komputerach naturalnie. Wiem, że są ludzie, którzy wiedzą gdzie leżą ich rachunki za prąd z kwietnia 1995 oraz paragon za buty sprzed dwóch lat. Tacy to mają dobrze. W komputerze też potrafią wszystko znaleźć. Ja nie. Przeryłam skrzynkę odbiorczą, nadawczą, pliki z artykułami do zrobienia i z tymi zrobionymi. No i znalazłam artykuł. Uff... Poprawiony i odesłany, czyli nie ja jestem najwinniejsza. Ale czas upłynął w sporej ilości i nadszedł przykry moment, w którym musiałam sobie powiedzieć prosto w oczy: "Dwóch filmów to ty już dziś nie obejrzysz, maleńka. Wybieraj!"
I gdy zastanawiałam się, czy bardziej chcę spędzić ten wieczór ze Snowdenem czy z Turnerem, przyszedł drugi sms. Tym razem tylko do mnie. Że chyba nie przysłałam artykułu, który obiecałam napisać na marzec i czy dzisiaj dam radę.
Powiedziałam Snowdenowi i Turnerowi, że jednak wolę dzisiaj przemyśleć inne sprawy, że "nie daliście rady, chłopaki" i "taki mamy klimat". Teraz siedzę przy komputerze i, jak widać, udaję, że piszę artykuł. A czasu niewiele. Oj, niewiele...

wtorek, 20 lutego 2018

kartkę

- Kalinko, czy mogłabyś pojechać do firmy od kablówki i poprosić, żeby mi naprawili telewizor?
- Tak, tak, mamo. Oczywiście. Pojadę w najbliższych dniach.

Mija kilka dni. Kalina jedzie do firmy od kablówki i upocona wyjaśnia, jakie są objawy niedyspozycji kablówki u mamy na telewizorze. Państwo Kablostwo tłumaczą jej jak krowie na rowie, które kable i w jakiej kolejności należy odłączyć, ile sekund poczekać i gdzie nacisnąć pilota, żeby zadziałało. Kalina ulega silnemu przemęczeniu. Niedyspozycję wykazuje zwłaszcza ta jej część, która jest odpowiedzialna za obsługę urządzeń wymagających podłączenia do prądu. Z instrukcją napisaną w połowie alfabetem łacińskim, w połowie pismem obrazkowym a w połowie po chińsku Kalina przyjeżdża do mamy.

- Mamo, mam dla Ciebie instrukcję resetowania dekodera - mówi Kalina i wyciąga pomiętą kartkę świadczącą o tym, że dysgrafia i dysintelektualność doskwierają jej w stopniu znacznym.
- Kalinko kochana, ja ci kilka dni temu wysłałam smsa, że zadzwoniłam do państwa Kablostwa i oni mi powiedzieli przez telefon co zrobić, żeby telewizor działał.
- I działa?
- Działa.

Smsa od mamy nie ma u Kaliny w telefonie. Uff... Chociaż z telefonem mama radzi sobie gorzej niż Kalina.

niedziela, 18 lutego 2018

pusciutta

Co kilka lat świetlnych odwiedza mnie Potrzeba Wyrzucania.
Objawia się tym, że szykuję worki na śmieci i napadam na wszystkie półki, schowki, szafki i zakamarki, znajduję w nich rzeczy, które akurat w tej sekundzie nie wydają mi się potrzebne i wyrzucam. Jaka ulga! Jaka radość! Widok wypakowanych po kokardę czarnych worów, które prosto do kontenera czwórkami idą, napawa mnie niewiarygodnym optymizmem i wiarą, że teraz to już będzie przestrzeń życiowa, miłość, głęboki oddech, wiosna i uch, jakie poczucie wolności i niezagracenia.

Hiszpańska la pusta commnata.
Włoska pusciutta scianola.

demotywatory
Fińska dajmite gotlenu.
Rosyjska nadmiarowku wyjechali. (proszę docenić, że chciałam "ch" zamienić na "b", ale się powstrzymałam!)
Niemiecki das aufschtrasny nonordung.
Portugalskie de syfy la domo in contenera.
Francuskie p'osso m'ito.
Amerykańskie keep zero.
Walijskie wllei tllenn nna zoumb.
Polskie się wstydzę napisać w oryginale, ale jakoś tak było "oj, ile niepotrzebnych przedmiotów", tylko trochę mniej kulturalnie...

Czuję w sobie duszę lingwoznawcy. Języki obce to moja mocna strona ;-)



piątek, 16 lutego 2018

gruntownie

Muszę poćwiczyć komunikację. Gruntownie. Najpierw podstawy, potem kurs dla cośumiejących, na końcu zajęcia dla wybitnie zaawansowanych.
Muszę poćwiczyć, bo widzę skutki niedoborów. Otóż...

Dogadać się nie umiem. Z Losem nie umiem.

Przez ostatnie dni myślałam o tym, jak bardzo chciałabym, żeby mojemu mężowi skończył się pierwszy etap rekonwalescencji. Tak się stało. Ale nie sądziłam, że Los z okazji rozpoczęcia kolejnego etapu wręczy mi w nieoznakowanej kopercie nowe problemy związane z jego zdrowiem. Nie tak się umawialiśmy. Przynajmniej ja.

Od przedwczoraj marzyłam o lecie, wakacjach i cieple - dostałam prezent-niespodziankę w postaci wysokiej gorączki. No właściwie nie mam się do czego przyczepić - dostałam co chciałam. Ciepło jest. Nawet nieco za bardzo. Ale jednak czuję, jakby mi ktoś dał do zjedzenia końską kupę owiniętą w liść kalarepy, zamiast sushi.

Już widzę tego Losa, jak zaciera ręce i z szubrawym uśmieszkiem czeka na moje kolejne prośby. I wszystko przekręci. Niby spełnia, ale jednak na opak. Daje bukiet kwiatów, ale łodyżkami w górę. Niby pocałuje w policzek, ale przy okazji odgryzie kawał mięska.

wiadomości. onet.pl
Co z nim jest? Okres dojrzewania? Klimakterium? Kryzys weku średniego? Hemoroidy? Głód alkoholowy? Wrodzona wredzizna? Matka go nie przytulała? Pani w przedszkolu kazała mu zjeść talerz owsianki? A może go swędzi między łopatkami i nie może tam dosięgnąć żeby się podrapać?
No coś mu chyba dolega, c'nie?

PS. Może nie jest aż tak źle, ale miałam ochotę sobie pomarudzić... A gdy jestem chora, to pomarudzenie przynosi niezwykły efekt terapeutyczny  ;-)

PS. Wpisałam w google "los" i wyskoczył mi jako pierwszy obrazek który widać obok. No czyż to nie jest znamienne? ;-)

środa, 14 lutego 2018

tygodniu


Będzie brzydkie słowo - nie czytać.

Technologia zapierdala tak strasznie, że już nawet nie staram się nie nadążać. Nie daję rady przyswoić sobie pewnych terminów, a one są za kwadrans przestarzałe i nieaktualne.

Niedawno na przykład wymyślono rozkładalne ładowarki do telefonów, które po pewnym czasie znikają. Nie trzeba ich wyrzucać do śmieci - one pewnego dnia utleniają się, czy też właśnie nie utleniają i rozkładają się na pojedyncze cząsteczki i atomy, które wtapiają się w otoczenie i nie zostawiają śladu węglowego czy innego badziewia. Zero śmieci. Zero waste.

Kupiłam takie 2 ładowarki, w zeszłym tygodniu.
blasty.pl
Obie doskonale ładowały telefon. Godzinka i telefon napchany energią po kokardę. Po takim ładowaniu mogłam nawet porozmawiać do syta z Basią albo Magdą (dziewczyny, pozdrawiam!), a to jest naprawdę trudne przy normalnych bateriach telefonicznych.
Ładowarki te są produkowane w szerokiej gamie kolorystycznej - wybrałam białe, żeby ich nie zgubić w domu.
I okazało się, że ich czas minął. Tydzień i koniec. Finito. The end. Kaniec filma. Doszło do wspomnianego wcześniej utlenienia (czy też nieutlenienia).
Ładowarki zniknęły. Obie. Prawie jednocześnie.
Przeryłam cały dom, samochód, obie torebki, kosz z brudami, dolną półkę w szafie i wieszak z płaszczami. No nie ma.
Do jasnej cholery, jak to jest możliwe? Dlaczego ja nie mogę, jak normalny człowiek, kupić sobie czegoś, co nie znika po tygodniu?
Czy to jest zemsta zza grobu profesora od ekologii gleby, na którego wykładach strasznie gadałam z moim ówczesnym narzeczonym?

wtorek, 13 lutego 2018

usług

dinoanimals.pl
- Agata Młynarska przyznała publicznie, że korzysta z usług chirurga plastycznego. Zastosowała mezoterapię i botoks na lwią zmarszczkę.
- Czyli jednak biust jej samoczynnie urósł...
- Nie widziałam jej biustu.
- Bo patrzysz nie tam, gdzie większość kasy zainwestowano!

łóżku

milanos.pl
Położyłam się spać wcześnie, gdy moje córki grały w jakąś grę. Obudziłam się w środku nocy i poszłam sprawdzić, czy się ślimak z muszli nie wyprowadził. Po drodze do toalety minęłam drzwi do pokoju starszej córki. Były otwarte. Starsza nigdy przenigdy nie śpi przy otwartych drzwiach. Weszłam zaskoczona do niej do pokoju i zamarłam. Nie było jej w łóżku. Zwiedziłam mieszkanie i zorientowałam się, że nie ma jej w domu.
Gdzie mogła wyjść w środku nocy, nie zostawiając mi żadnej informacji? Co się stało?
Postanowiłam obudzić młodszą córkę, żeby się od niej dowiedzieć, co zaszło. Otworzyłam drzwi do pokoju młodszej i oniemiałam. W jej łóżku grzecznie spały dwie osoby: młodsza i starsza córka. Przytulone, zgrabnie przykryte, w piżamkach. Odprężone i spokojne. Jak to tylko śpiące dzieci potrafią.
Obudziły się późnym rankiem. I tak minęła noc szczęśliwej matki.

niedziela, 11 lutego 2018

przeciwieństwem

Kreatywność jest przeciwieństwem pamięci.
Człowiek z dobrą pamięcią postępuje według reguł, które zna.
Człowiek kreatywny zachowuje się tak, jakby świat nigdy nie stworzył zasad i instrukcji. Zaczyna od początku. Jest stwórcą, a nie odtwórcą. Tworzenie zabrania posługiwania się pamięcią.
Osoby z fenomenalną pamięcią pracują na bazach, które mają w głowie. Świetnie analizują fakty, wyciągają z nich biegle wnioski, opracowują je i podają.
Osoby błyskotliwie kreatywne za każdym razem pracują tak, jakby ludzkość jeszcze nie opublikowała swoich żadnych wynalazków. Patrzą na każdy przedmiot, nie pamiętając jego podstawowego zastosowania. Odrzucają wiedzę przodków.

I tylko ich mariaż pozwala tworzyć cywilizację
Jedni tworzą, drudzy opisują, analizują i badają.
A świat robi kolejny, maleńki krok do przodu.

sobota, 10 lutego 2018

poza

Mój mąż spędzi poza domem najbliższy miesiąc.
Nie jest to dobrowolny pobyt.
Nie został tam skierowany wyrokiem żadnego sądu. Raczej jest to kaprys losu.
Dotarł tam wczoraj, na sygnale, przewieziony z innego miejsca, do którego również nikt nie idzie dobrowolnie.
Usiłuje jakoś oswoić przestrzeń i zaplanować sobie to, co mógłby tam robić. Możliwości są dość ograniczone. Jego ciało nie pozwala na zbyt wiele, a i parametry techniczne okolicy są dość skromne - bardzo słaby zasięg telefonu, bardzo słaby internet, telewizor w osobnym pomieszczeniu.
Nie może wychodzić z budynku. Schody są dla niego jednoznaczne z końcem świata.
Nie może wykonywać obszernych ruchów.
Ma osłabione ręce i zabandażowaną nogę.
Ma wielką ranę na klatce piersiowej i sporo mniejszych na brzuchu i szyi.
Schudł w ciągu kilku tygodni, tracąc mięśnie i dobry humor.
Boli go kręgosłup i dusza.
Ta ostatnia wyje po nocach, razem z duszami pozostałych pacjentów.

piątek, 9 lutego 2018

po to

onet.pl
Czasem zapominam, po co Bóg stworzył przyjaciół, ale teraz akurat wiem.
Po to, żeby byli ode mnie mądrzejsi.
Po to, żeby stali na płycie lotniska z zapalonymi lampami w rękach i gdy zobaczą, że obieram zły kurs i za chwilę walnę nosem w pobliską górę, to zaczną machać lampami jak szaleni, nakierują gdzie trzeba, a potem na własnych plecach przeciągną mnie do właściwej bramki.
Po to, żeby mi powiedzieli: a właśnie, że nie.
Po to, żeby mnie zapytali: wolisz ojojoj czy kopniaka w dupę?
Po to, żeby mi powiedzieli: ale wcale nie musisz.

środa, 7 lutego 2018

im


Im dłuższy dzień, tym mam mniej czasu.
Im mam mniej czasu, tym mam więcej rzeczy do zrobienia.
Im mam więcej rzeczy do zrobienia, tym dzień jest krótszy.
Im dzień jest krótszy, tym noc jest dłuższa.
Im noc jest dłuższa, tym ja więcej czasu spędzam na niespaniu.
Im więcej czasu spędzam na niespaniu, tym dzień jest dłuższy.
Im dłuższy dzień....
                                         da capo al. fine

niedziela, 28 stycznia 2018

zapałek

Kupiłam 10 paczek zapałek. Małe, wąziutkie pudełka.
I tylko jeden z nimi problem - zapałek nie da się zapalić, pocierając o te pudełka. Ciemna część pudełek jest "niezaiskrzalna".

Najpierw byłam zdziwiona, potem przeprowadziłam badanie naukowe (podwójnie ślepa próba), potem postanowiłam kolejno przesypywać zapałki do starego, nieco pogiętego, pustego pudełka, które znalazłam w domu. Niby stare, ale jare.

Sprawdziłam: na opakowaniu zapałek nie jest napisane, że muszą się zapalać.

środa, 24 stycznia 2018

skomponował

Bo kto to wymyślił, żeby biedne dziecko musiało się uczyć, kto skomponował aż cztery utwory? Jeśli to zostało skomponowane wcześniej niż tydzień temu, to czy to ma jakiekolwiek znaczenie, jak się nazywał tfurca?

blasty.pl
Na kartkówce z muzyki pani poprosiła o uzupełnienie imion i nazwisk kompozytorów czterech dzieł z epok dawnych.
Nie każdy się tego nauczył.
Niektórzy wpatrywali się w kartkę i analizowali, czy lepiej oddać pustą, czy wpisać cokolwiek. Cokolwiek to byłoby poniżej poziomu.
Jeden niektóry postanowił wpisać pierwsze imię i nazwisko, które wpadnie mu do głowy. Zawsze jest jakaś szansa, że się trafi. Może nieduża, ale jednak... Liczba osób na Ziemi nie może być przecież aż tak duża, żeby szanse były równe zeru!
Ale co tu wpisać? Głowa pusta, wszystkie Chopiny, Wieniawskie i inne takie jak na złość nie chcą się przypomnieć...
Niektóry wpisał zatem nazwisko jednej z uczestniczek programu Voice of Poland, który to program niektóry uwielbia i uznał, że zawsze lepiej wpisać nazwisko związane z branżą muzyczną, niż walnąć jak kulą w płot nazwisko jakiegoś malarza.

Jestem za tym, żeby nauczyciele szli na wcześniejszą emeryturę. Zdaję sobie sprawę, że pani od muzyki, gdy już sprawdziła w googlach kim jest rzekoma kompozytorka kluczowych dla polskiej kultury utworów, musiała pęknąć ze śmiechu. A to jest bardzo groźne dla zdrowia! Zwłaszcza, że inny niektóry napisał na tej samej kartkówce, że muzykę do hymnu Polski skomponował Józef Piłsudski (pisownia nie jest oryginalna...)

 

wtorek, 23 stycznia 2018

wielogodzinne

Mamy w domu jedną łazienkę. Oznacza to, że wielogodzinne kąpanie się jest ograniczone pojemnością pęcherzy moczowych pozostałych członków rodziny.
humrek

Ma to swoje dobre strony, bo nie dochodzi do maceracji naskórka u młodzieży.

Ma też swoje złe strony, gdy w wannie akurat siedzę ja...


poniedziałek, 22 stycznia 2018

śniadanko

- Mamo, przyniosłam świeży chleb i jajka, i będę u ciebie jeść śniadanie. Chcesz też jajecznicę?
- Nie, nie. Ja jestem już po śniadaniu. A może chcesz serka?
ceneo
- Mamo, mam ochotę na jajecznicę. Nie chcę nic innego. Nie proponuj mi, bo i tak nie zjem.
- Dobrze, Kalinko. A mam tu taką kiełbaskę pyszną...
- Mamo, jajecznica. Tylko jajecznica i świeży chleb. Mogę?
- Oczywiście, przecież to twoje śniadanie. A mogłabyś otworzyć tę szafkę i sięgnąć coś dla mnie z ostatniej półki?
- Oczywiście, mamo. Co mam ci podać?
- Ten duży słoik. O, tak. Zobacz, Kalinko. To jest dżemik malinowy. Może masz ochotę na dżemik na śniadanko?

niedziela, 21 stycznia 2018

uginać

Czuję, że zaczynam się uginać.
Na tę okoliczność kupiłam nową szminkę, gdyż czuję, że z nią jakoś łatwiej przyklejam uśmiech do twarzy.
Skróciłam żyłkę na wędce. Przestałam myśleć o tym, co za pół roku. Myślę tylko o tym, co jutro i pojutrze. Dostaję terminy spotkań na najbliższe dwa tygodnie. Dzięki temu nie muszę za bardzo wachlować kartkami w kalendarzu.
wikipedia
Nie rozmawiam. Nie jestem w stanie znieść pytań. We wszystkim dopatruję się albo błagalnej prośby o potwierdzenie, że wszystko będzie dobrze, albo silnej potrzeby opowiedzenia własnej historii. Zaczęłam jasno mówić, że nie jestem w stanie słuchać opowieści o innych ludziach i ich problemach. Wykluczam istnienie innych ludzi. Nie chcę słuchać o Dorocie, której mąż miał wylew, o Hani, której syn stracił nogę w wypadku i o Arturze, który miał usuwaną ósemkę przez siedem godzin. Wybaczcie, Doroto, Haniu i Arturze. Za ciasno dla nas wszystkich w mojej głowie.

Jeżdżę do pracy i jak wampir energetyczny pochłaniam od ludzi energię. "Jaka pani jest pogodna" - usłyszałam. A to ich pogoda. Ich własna energia. Ja ją tylko przepuszczam przez siebie i wyrzucam uśmiechniętymi ustami. Ubranymi w nową szminkę.

Egocentryzm - to hasło na dziś.
"Dziś" trwa już od miesiąca. Tak się zdarza. Cholerny dzień polarny.