Próbuję się pozytywnie nastawiać.
Będzie jak ma być i wtedy się okaże, że jest dobrze - myślę i czuję, że trochę sama się oszukuję.
Próbuję się pozytywnie nastawiać.
Będzie jak ma być i wtedy się okaże, że jest dobrze - myślę i czuję, że trochę sama się oszukuję.
Zaczynam akcję dbania o siebie.
Odkładałam, odkładałam i los pokazał mi środkowy palec.
Dziś rano o 8:02 zadzwoniłam i umówiłam wizytę w poradni onkologicznej.
Niech to szlag.
Osoby, które przeszły covid-19 odczuwają zmęczenie, problemy z pamięcią. Trudniej się motywują, najchętniej spędzałyby cały dzień w łóżku. Są osłabione, spowolnione. Nazywają to mgłą pokowidową.
A co mają powiedzieć osoby, które uchroniły się przed wirusem, nie chorowały na covid-19, a mają te same objawy? ;-)
W erze cyfryzacji wszystkiego rozdajemy rodzicom do podpisania kilkanaście kartek. A drzew żal...
Uczniowie mają zachować w szkole dystans 1,5 metra. Nie muszą nosić maseczek podczas przerw w salach i na dziedzińcu, ale na korytarzu szkolnym - muszą. Powinni wychodzić na zewnątrz nawet podczas 5-minutowej przerwy. Uczniowie nie powinni wędrować po szkole - wszystkie lekcje w jednej sali.
I wiele, wiele innych pomysłów, które niezbicie świadczą o tym, że ktoś kto to opracował, zapomniał, że w szkole przebywają dzieci, a budynki szkolne mają pewne ograniczenia. Chociażby lokalowe...
Złamałam złotą zasadę i kupiłam sobie 4 książki. Przypomniało mi się, jakie to miłe mieć swoje, własne. I obawiam się, uzależnienie wróci w najgorszej formie... ;-)
- Mamo, jest już mój nowy plan na stronie szkoły - napisała w smsie młodsza córka Kaliny. - Bardzo fajny!
Kalina cytuje, gdyż warto pokazywać światu, że są jeszcze ludzie, których wszystko cieszy i zawsze szklankę do połowy pustą widzą jako całkiem wypełnioną.
Opróżniam mamy mieszkanie. Nie jest łatwo. Każdy przedmiot przykleja się do mnie i patrzy na mnie oczami mojej mamy.
Ciuchy wywiozłyśmy dziś do tzw. "szafy osiedlowej", czyli miejsca, gdzie każdy może oddać i wziąć, co potrzebuje. Bluzeczki natychmiast zostały zabrane przez panie, które akurat były w trybie "wziąć".
Ulżyło mi. Oddać łatwiej niż wyrzucić.
Nie zdążyłam zadbać o siebie podczas urlopu. W czasie roku szkolnego jest to jeszcze trudniejsze. Cóż. Jakoś to będzie.
Kilka dni temu zdecydowałam się na zrobienie dziurek w uszach. Spodziewałam się nieco bólu, trochę ekscytacji i sporo radości. Było inaczej. Dochodzę do siebie.
Skończyłam czytać książkę napisaną przez założyciela fundacji, działającej w obszarze ochrony zagrożonych gatunków. Jestem przerażona, zarówno ogromem zagrożenia, jak i tym, jak bardzo nie wiemy, jak sobie z tym poradzić. Czuję, że odpowiednie byłoby tu zdanie "Nie ma już ratunku", ale chciałabym, żeby nie było prawdziwe.
Zbieram nasiona roślin łąkowych, ponieważ wiosną zamierzam zamienić lichy trawnik w ogródku na łąkę. Chociaż tyle mogę.
Nie jestem specjalistką od leśnych kąpieli. Raczej porównałabym się do człowieka, który kiedyś zobaczył muchę, a wypowiada się na temat awiacji, ale przedstawiam, co zrozumiałam i co sobie sama dopowiedziałam:
Japończycy zaczęli badać wpływ kontaktu z dziką przyrodą na zdrowie człowieka. Odkryli, że jest między naturą a naszym samopoczuciem zależność. Zmierzyli, zważyli i dobudowali teorię. Która to teoria wcale a wcale nie jest mi potrzebna do szczęścia.
Idea leśnych kąpieli jest popularyzowana. A wygląda to tak:
grupa ludzi niespiesznie, z uwagą, wsłuchując się, wwąchując i wpatrując przechadza się po miejscach dzikich i pięknych. Ktoś kąpielowy spacer przygotowuje, prowadzi, zachęca do chodzenia po trawiastych chaszczach, wilgotnych brzegach strumieni, omszałych zagajnikach. Każdy może powiedzieć co ciekawego zauważył, co usłyszał, jak się czuje. Porównuje się zapach lasu liściastego i iglastego, łąki i brzegu jeziora. Wszystkiego się dotyka, można oglądać każdą napotkaną ważkę i liczyć nitki w pajęczynie. Ale nie trzeba. Można zamknąć oczy i próbować ustawić twarz tak, żeby wiatr wiał na oba policzki tak samo. A można też usiąść przy pniu i robić wielkie nic. Bo to kąpiel jest, a ta, jak wiadomo, u każdego wygląda inaczej.
Dotarłam na kąpielowy spacer z uciskiem w klatce piersiowej, w stresie, z niepokojem i ściśniętym gardłem. Przez pierwsze dwie godziny nie odezwałam się ani słowem, bo struny głosowe miałam związane w wielki supeł. Powoli stres się ulotnił, wiatr wywiał mi ucisk z ciała, palce u rąk przestały zaciskać się wokół kciuków, przypomniałam sobie, że chcę się napić i zjeść ryżowego wafla. A potem posiedziałam oparta plecami o wielką sosnę i zrobiłam sobie przy niej zdjęcie. Sosna nie wspomniała o RODO, więc zamieszczam:
Byłam na japońskiej "leśnej kąpieli".
Niezwykły sposób spędzania czasu.
W przyrodzie. Wśród przyrody. Razem z przyrodą.
Odpowiadając na ewentualne pytanie: polecam!
Kalina uwielbia trzmiele.
Kalina czyta teraz książkę, napisaną przez brytyjskiego trzmielologa.
Kalina jest zaskoczona, bo trzmielolog ma arachnofobię. Kalina też ją ma.
Biolodzy są dziwni.
Pada.
To słowo doskonale określa stan meteorologiczny.
Kalina jest z młodszą córką nad jeziorem.
Jak powiedział Lis, woda z góry, woda z dołu.
Jutro Kalina jedzie na 5 dni z młodszą córką do domku nad jeziorem.
Szanowne tłumy poprosimy o pozostanie w domu.
- Mamo, może pojedziemy sobie gdzieś we trzy samochodem? - spytała starsza córka, a ja poczułam silne drżenie w okolicy całego ciała.
Lubię patrzeć, na moje córki, gdy spędzają razem czas. Nadrabiają 10-miesięczne zaległości w przepychaniu się na łóżku, wspólnym robieniu biżuterii, przeglądaniu wieszaków w lumpeksie. Młodsza będzie uczyć się w liceum, które kilka lat temu skończyła starsza - omawiają nauczycieli, przedmioty, szkolne zwyczaje. Pierwszy raz będą miały wspólną szkołę.
Rozmawiają o problemach z cerą, antykoncepcji, aplikacjach telefonicznych i filmach.
Słuchanie ich to najlepszy relaks. Patrzenie na nie to największa radość.
Bardzo chcę, żeby utrzymały bliskość na całe życie.
Wczoraj ogłoszono wyniki rekrutacji do szkół średnich. Półtora tysiąca uczniów nie dostało się do żadnej szkoły w moim mieście. Większość z nich chciała iść do liceum, zaoferowano im miejsca w szkołach branżowych. Brak słów.
Podeszłam do lustra i zobaczyłam w nim kobietę z sinymi ustami. Mam taką przypadłość, że moje palce u rąk czasem sinieją - w zestawie z sinymi ustami wyglądałam jak przeterminowany nieboszczyk.
Zbadałam sobie oksymetrem zawartość tlenu, zmierzyłam ciśnienie - wszystkie parametry wskazywały na to, że jeszcze żyję i stan ten potrwa przynajmniej jakiś czas.
Skąd to zasinienie?
- Mamo, pokaż język - powiedziała starsza córka.
Wysunęłam wspomniany element ciała - był fioletowo-niebieski.
- Jadłaś jagody?
- Jadłam - bąknęłam zawstydzona.
- A palce od czego masz sine?
- Od urodzenia.
- No, czyli wszystko w normie - powiedziała pierworodna i poszła do swojego pokoju.
Gdyby ktoś się zastanawiał, po co komu córki: to jest dowód, że ratują człowiekowi zdrowie. Przynajmniej psychiczne.
Kalina chce uporządkować sprawy.
Zaczęła od przypomnienia sobie podstawowych reguł: kto? co? kim? czym? jak? gdzie? i dlaczego?
Sprzątnęła wszystkie szafki w kuchni, szafę z odzieżą, większą część mieszkania mamy oraz trawnik w ogródku. W przerwach ustaliła, jak bardzo potrzebuje czasu dla siebie, gdzie znajduje się spokój w jej ciele i jak się do niego dokopać. Przypomniała też sobie, jak bardzo brakuje jej pisania i postanowiła wrócić do rozgrzebanego tekstu o czerwcu 1956.
Naszykowała rzeczy do szycia, przemyślała, jak mogłaby dopasować kupioną w lumpeksie wełnianą góralską kamizelkę z pięknymi haftami, zrobiła obiad i porozmawiała z córkami.
Dzień jak co dzień, ale jednak niedziela we wtorek.
Będę obcinać gałęzie, żeby zrobić miejsce w ogródku. Iglaki, które posadziła mama, tworzą coś na kształt nieprzebytego lasu. Będę piłować, ciąć i wpuszczać światło.
Mam nadzieję, że obcinanie dolnych gałęzi nie osłabi drzew i nie będą przez to mniej stabilne.
Rezygnuję z siebie. Nie mam potrzeb. Nie mam lęków.
Nie chce mi się pić, gdy osób jest więcej niż szklanek.
Nie chce mi się jeść, gdy ktoś chce zjeść moją porcję.
Nie jestem zmęczona, gdy ktoś potrzebuje.
Gdy mówię, że potrzebuję, nie dostaję, bo na liście priorytetów nie umieszczono mojego imienia.
Wiem, że ludzie mają prawo powiedzieć, że nie chcą czegoś robić. Gdy mówię, że nie chcę, jestem stawiana w centrum ataków.
Życie odbiera mi prawo do robienia tak, jak chcę. Życie odbiera mi prawo do nierobienia tak, jak nie chcę.
Moja kolekcja porcelanowych filiżanek powiększyła się o 7 nowych sztuk. Zaczęłam szukać informacji o tych sygnowanych i zaskakuje mnie, jakie są stare i skąd do mnie przyszły.
Mają cudowne uszka, zgrabne nóżki i kształtne brzuszki - zupełnie jak szczeniaczki...
Przejęłam ogród mamy. Chodzę i cieszę się roślinami. Dotykam ich i uczę się, jak o nie dbać.
Przyjaciółka powiedziała mi, że cudne jest to, że maliny mojej mamy będą z nami jeszcze wiele lat. To naprawdę cudne.
Nie lubię w języku polskim podwójnego zaprzeczenia. Na przykład: Nie mówić nic.
A przecież powinno być: mówić nic.
Ostatnio słuchałam opowieści o chorobie i śmierci jakiejś osoby. W mojej głowie pojawiła się czarna dziura. Wielkie nic. Brak obrazów, brak myśli. Mogłam tylko siedzieć i patrzeć nigdzie.. Mogłam poruszać niczym. Miałam w sobie brak słów. Bałam się, że zostanę wywołana do odpowiedzi. Ale nie, bo przecież gdy ktoś opowiada o śmierci bliskiej sobie osoby, nie oczekuje od słuchacza zwierzeń. Oczekuje od słuchacza niczego.
Minęły prawie trzy miesiące od śmierci mamy i jest gorzej. Znajomi, którzy byli w podobnych sytuacjach, mówią mi, że po kilku miesiącach od śmierci bliskiej osoby przychodzi kryzys i potem będzie lepiej.
No niech już będzie lepiej, bo ciężko się utrzymać na powierzchni.
- Dzień dobry, pani Kalino, czy nie dzwonię zbyt późno? - spytała swoim spokojnym, cichym głosem. - Kończy się rok szkolny, za tydzień już nie będę wychowawczynią pani córki i w związku z tym chciałabym zapytać, czy nie miałaby pani nic przeciwko temu, żebyśmy przeniosły naszą znajomość na prywatne pole.
Kallina ma poczucie, że życie bywa niezwykłe i ma w zanadrzu wiele niezwykle miłych niespodzianek. Oby korzystało z tych zapasów jak najczęściej.
- Kalina, czy z tobą jest wszystko w porządku? - spytała koleżanka z pracy, która od kilku dni jest szaro-zielona i wygląda, jakby już było po jej pogrzebie.
- Nie - odpowiedziała Kalina. - Widzę, że u ciebie też nie.
- A śpisz? - spytała koleżanka, opierając się o krzesło.
- Nie - odpowiedziała Kalina. - Widzę, że ty też nie...
- A byłaś teraz na zwolnieniu? - spytała koleżanka, z troską w głosie.
- Nie - odpowiedziała Kalina. - Ale ty byłaś. Pomogło?
- Nie. Ale próbować warto...
Opiekuję się kotem.
Kotką.
Agresywną, dość wredną, niekomunikatywną i nielubiącą dotykania.
Przychodzę, wsypuję pokarm, nalewam wodę, sprzątam kuwetę i wychodzę.
Wszystkie wady kotki stały się właśnie jej wielkimi zaletami, bo nie muszę jej dotykać, głaskać, rozmawiać z nią i słuchać uskarżania się na to, że siedzi sama w domu.
Teoria względności ma tu zastosowanie.
Za bardzo się angażuję i za bardzo dostaję po nosie.
Teatralna ma rację: trzeba zachować należną odległość od siebie do pracy.
Teatralna, czy mogłabyś mi o tym przypominać, dobra kobieto?
Bo ja wskakuję z wysokiej trampoliny na główkę, a tam już dawno nie ma wody w basenie. I wszyscy o tym wiedzieli, tylko ja jedna naiwna...
Czy ja się muszę wszystkim przejmować?
Czy nie jestem już dostatecznie duża, żeby rozumieć pewne sprawy i nabrać do nich dystansu?
Czy nie powinnam wiedzieć, że wszystkich się nie uszczęśliwi, a dość ważne jest, żeby uszczęśliwiać chociaż siebie?
Czego się czepiasz, Kalino?! Daj sobie luz!
Zdaje się, że zrozumiałam sens piłki nożnej.
Dziś są dwa mecze:
w pierwszym grają Duńczycy i Fińczycy a w drugim grają Finowie i Dunowie.
Albo jakoś tak. ;-)
Uczniowie w szkole dowiedzieli się, że oprócz pracy w szkole zajmuję się innymi aktywnościami.
- Proszę pani, teraz już wiemy, dlaczego pani zawsze nam opowiada takie śmieszne historie - powiedzieli.
- Jakie śmieszne historie? - zdziwiłam się.
- No na przykład o tym, jak mama śledziowa troszczy się o swojego syna, co mu pakuje do śniadaniówki, jakie mu daje rady przed sprawdzianem z języka oceańskiego, gdzie jeżdżą na wakacje i jak wygląda jego sypialnia.
- Albo o tym, jak mama/tata tasiemiec cieszy się, że jego jajeczka wyjadą w świat w kupie o godzinie 8:05, a potem dostaje od swoich larw sms-a, że udało im się dostać do świni, są całe i zdrowe, właśnie rozbijają namiot w mięśniach i tam będą czekać, aż ktoś je zje.
Gdyby minister edukator dowiedział się, co robi nauczyciel biologii, żeby dzieci przeżyły w zdrowiu psychicznym podstawę programową, zrezygnowałby z pracy. No chyba, że sam w dzieciństwie wkuwał te wszystkie bezużyteczne informacje i ma teraz kompot agrestowy zamiast mózgu.
Codziennie jeżdżę do sąsiadki mojej mamy karmić kota, pracuję w ogrodzie, gotuję obiady, czytam, podziwiam rośliny na własnym balkonie, wygłupiam się w szkole z dzieciakami, bez ocen i bez stresów.
Może właśnie na tym polega szczęście: żeby je widzieć, gdy jest.
Lubię czytać Erica Emmanuela Schmitta. Nie zawsze lubię, ale mam okresy, gdy lubię bardzo. Znalazłam w bibliotece jego ostatnią książkę - opisuje swoje doświadczenia po śmierci matki. Zaczęłam czytać wczoraj wieczorem.
Opisana w książce siostra autora jest biologiem.
- Hmmm... - pomyślałam. - Zbieg okoliczności. Przecież też jestem biologiem.
Jego mama zmarła 28 marca.
- Hmmm... - pomyślałam. - Zbieg okoliczności. Przecież moja mama też zmarła 28 marca.
Pogrzeb jego mamy odbył się 1 kwietnia.
- Hmmm... - pomyślałam. - Do cholery. Przecież nie ma takich zbiegów okoliczności!
Powiedziałam o tym mężowi.
- Czytaj szybko dalej - poradził. - Może w drugiej połowie ona wygrywa milion dolarów!
Ustaliliśmy, że jeszcze nie wydajemy tej kwoty. Poczekamy. Dziś wieczorem czytam dalej.
Mam za mało miejsca więc chcę pozbyć się części przedmiotów z domu.
I na tym zakończę ten wpis, bo cokolwiek jeszcze napiszę, będzie kłamstwem. Mogłabym napisać na przykład, że właśnie przejrzałam szafę i naszykowałam wór ciuchów do wydania... Albo inne takie.
Same kłamstwa...
Kalina usiłuje ogarnąć ogródek mamy. Nie da się tego zrobić, pracując w ogródku co dwa tygodnie przez kilka godzin, ale Kalina nie ustaje w nadziei.
Co za złośliwość losu! Właśnie gdy wszystko jest dobrze, Kalina siadła i siedzi. Bez wiary, bez siły, bez energii, bez radości. Wszystkie czarne myśli świata wpadły Kalinie do głowy. W dzień i w nocy dają o sobie znać. Opędza się od nich Kalina, ale z kiepskim skutkiem.
Tradycja przedstawia się następująco:
1. wieczorem Kalina czyta w łóżku;
2. córka Kaliny wchodzi cicho do sypialni, kładzie się obok Kaliny na kołdrze i porusza kluczowe zagadnienia filozoficzne;
3. Kalina słucha, głaszcze swoje "maleństwo" po głowie i od czasu do czasu coś wtrąca;
4. Kalina pyta, czy córka nie chciałaby dziś spać w sypialni z Kaliną;
5. "No mamooooo" odpowiada córka, kończy omawianie zagadnień o niebagatelnym znaczeniu i wychodzi.
Fajnie być mamą.
Kryzys. Siup i spadłam w dołek. Oczywiście historia uczy, że z niego wyjdę, ale w tej chwili mam siłę myśleć tylko o tym, że gdzie patrzę, tam ściana.
Egzamin z polskiego za nami. Wszyscy uczniowie dotarli, nikt się nie spóźnił, nikt nie wpadł w histerię. Jako pierwsi wychodzili najsłabsi uczniowie, ogłaszając wszem i wobec, że test był prosty, ale nie zaczęli nawet pisać opowiadania i rozprawki, bo nie wiedzieli o co chodzi. Standard.
Jutro matma.
Córka Kaliny najgorsze ma za sobą. Matma i angielski to jej ulubione przedmioty, więc czuje, jakby już było po egzaminie.
A potem luz-blues i za chwilę wakacje.
Mam "złe sny". Budzę się przestraszona i zmęczona. Dziś śniło mi się, że miałam żółwia. Maleńkiego, miniaturowego. Mój żółw był w zasadzie jaszczurką, nie miał pancerza i poruszał się naprawdę szybko. I ciągle mi uciekał. Musiałam go gonić, a nawet szukać.
Przypomniało mi się, że istnieje coś takiego jak sennik. Sprawdziłam, co oznacza mój sen zdaniem osób, wierzących w znaczenie snów.
Nie jest źle.
Oznacza on: Wygrasz wszystkie wojny.
I tu się zastanowiłam. Nie prowadzę żadnych wojen.
Nie będę narzekać. Nie szkodzi, że nie prowadzę. Ważne, że je wygram.
Rozumiem, że dzieci z rodzin wielodzietnych i z jednym rodzicem dostają się priorytetowo do przedszkola, ale do liceum? Co ma wielodzietność do wyboru szkoły średniej? Czym różni się talent dziecka samotnej mamy od talentu dzieci z pełnej rodziny?
Był alkoholikiem. Zniszczył życie swojej żonie i synom. Ostatnie lata spędził w DPS - jego pobyt tam opłacała rodzina. Zmarł.
Każdy umiera. Po jednych płacze się łzami wielkimi jak grochy. Po innych nie.
Kalina znalazła gigantyczny lumpeks z używanym sprzętem domowym (porcelana, tkaniny, meble, świeczniki, szkło, kryształy, ceramika, mydło, widło i powidło).
Co za radość :-)
Kalina lubi zmiany. Uwielbia przemeblowania, przestawianie rzeczy na półkach, przewieszanie obrazów i inne działania, które powodują, że człowiek wstaje rano i jest zaskoczony tym, co widzi.
Kalina mieszka 14 lat w jednym mieszkaniu. Doszło w nim do zamiany łazienki w kuchnię, kuchni w pokój, szafy wnękowej w łazienkę, a toalety w pralnię.
Teraz nadchodzi czas na sypialnię. Żegnajcie stare szafy. Witajcie jeszcze-nie-wiem-co.
Zadzwonił do mnie, a ponieważ nie odebrałam, napisał sms-a. Prosił mnie, żebym zdecydowała się podjąć z nim współpracę. Zależało mu na tym, żeby mnie zatrudnić. Zaproponował więcej pieniędzy niż zarabiam teraz i luksusowe warunki pracy.
I tego się po sobie nie spodziewałam: odmówiłam.
Bo czemu, nie, kurczeblade :-)
I po raz kolejny sprawdziło się to, co kiedyś usłyszałam:
cudzą pracę krytykują ludzie, którzy sami robią gorzej albo wcale...
Postanowiłam zająć się ogródkiem mamy. Nie umiem. Nie szkodzi. Na razie traktuję go wyłącznie w aspektach estetycznych. Jeśli jakaś gałąź mi się nie podoba - odcinam. Jeśli jakaś roślina uschła - usuwam. Pozostałym pozwalam rosnąć.
Dziwiło mnie zawsze, gdy mama nie pozwalała wyrywać chwastów z trawnika, bo ładnie kwitną. Teraz rozumiem.
Na trawniku mamy wyrosła wielka polana koniczyny. Ucieszyłam się. Koniczyna zwabia trzmiele, a to moje ulubione owady.
Chcę wyciąć dwa niskie, ale bardzo gęste świerki. Zajmują za dużo miejsca i zabierają za dużo światła. A ja kocham i jedno, i drugie. Pomyślałam, że wytnę je w grudniu. Podaruję je do szkoły jako piękne choinki. Może w grudniu spadnie śnieg i będę ciągnąć świerki na sankach, tak jak robił to w moim dzieciństwie tata.
Rozmawiałam z koleżanką, której mama zmarła pięć dni po śmierci mojej mamy. Koleżanka jest bardzo głęboko wierzącą osobą, w śmierci swojej mamy dostrzega wiele religijnych odniesień. Wiąże ją z cierpieniem Chrystusa, z żalem Matki Boskiej. Wysłuchałam jej i zastanawiałam się, czy to jest osoba, z którą warto rozmawiać uczciwie, czy lepiej milczeć, żeby nie wywoływać bezsensownych konfliktów.
- Nie jestem tak religijna jak ty - zaczęłam nieśmiało - więc śmierć mojej mamy odbieram na innej płaszczyźnie.
- Wiem - powiedziała. - Patrzysz na to inaczej, ale mam wrażenie, że mimo to odczucia mamy identyczne.
Maseczka na jej twarzy nie zasłoniła zmarszczek wokół oczu, które pojawiły się po tym, co powiedziała. Też się uśmiechnęłam. Uwielbiam takie rozmowy. Zupełnie inny punkt widzenia, zupełnie inne spojrzenie, zupełnie inna osoba, ale zrozumienie pełne...
Poczułam stres w całym ciele. Przestałam oddychać. Nie mrugałam, a gałki oczne poruszały mi się z boku na bok. Ręka utknęła gdzieś ponad stołem, a szczęka osunęła się nieznacznie w dół. Po chwili zrozumiałam, co się stało. Usłyszałam przez drzwi głos mojego męża. Rozmawiał przez telefon z naszą starszą córką i użył zwrotu: "Po kolei, starsza córko. Powiedz mi dokładnie, co się stało".
No tak. "Stało się" w połączeniu z "córką" sprawia, że Ziemia zatrzymuje się na orbicie, słońce przygasa, księżyc odwraca się drugą stroną, a biegun przesuwa się na Saharę. Tego się chyba nigdy nie traci. Bycia mamą. Bycia tatą.
Okazało się, że "stało się" oznaczało uszkodzoną drukarkę.
Jakaż to radość dla matki: uszkodzona drukarka!
Zaczęłam kurs polskiego języka migowego. Ćwiczę sama w domu, staram się zapamiętać jak najwięcej. Już dawno nie uczyłam się niczego w sposób sformalizowany i fascynuje mnie, że ktoś dba o moją przerwę na kawę, sprawdza, czy nie jestem zmęczona, prosi o powtórzenie miganego przeze mnie znaku, koryguje błędy.
Wystarczy, że będę się uczyć. Jakie to przyjemne! :-)
Na wysokości mojego balkonu są trzy gniazda srok. Jedno dość zaawansowane, dwa inne zaledwie rozpoczęte. Wszyscy trzymamy kciuki, żeby sroki zdecydowały się na któreś z nich, bo bardzo chcemy mieć za oknem sroczą rodzinę.
- Może to są te same sroczki, które dwa lata temu ukradły nam wszystkie świeczniki z balkonu - zastanowiła się córka Kaliny, stojąc przy oknie i przyglądając się, jak jedna ze srok usiłuje wpleść długi patyk w gniazdo.
- Mam nadzieję, że to te same. Liczę na to, że będę mogła oglądać moje świeczniki, nawet jeśli będą kilka metrów od balkonu. Byłabym niepocieszona, gdyby moje świeczniki ozdabiały jakieś cudze gniazdo, no na przykład na klonie Kwaśniewiczów.
Obie spojrzałyśmy w stronę balkonu Kwaśniewiczów, ale na ich klonie nie widać żadnego gniazda. Ha!!
- Zapomniałam cię zapytać, jak ci poszły egzaminy - powiedziałam do starszej córki, leżąc na sofie z telefonem przy uchu.
- Sama nie wiem, co o tym myśleć - zaczęła. - Mam wrażenie, że powinnam coś zmienić, ale nie umiem. Poszło mi dobrze, ale myślę, że za bardzo się przejmuję nauką. Mogłabym odpuścić. Uczyć się mniej. Gorsze oceny i tak dałyby mi satysfakcję, a miałabym więcej czasu i miejsca na odpoczynek. Tylko że trudno powiedzieć sobie "dość", gdy człowiek się uczy...
Skąd się biorą takie mądre córki na świecie?? I po kim dziedziczą??
Teściowa przyjęła wczoraj pierwszą dawkę szczepionki. Ja drugą, tylko że zupełnie innej szczepionki w zupełnie innym punkcie szczepień.
- Kalinko, jak się czujesz? - Głos teściowej był lekko drżący, gdy zadzwoniła dziś około południa.
- Dobrze. A mama?
- Też dobrze, ale cały czas z myślę o tobie. Aż bałam się dzwonić. Nie wiedziałam, czy będziesz w stanie odebrać telefon. Co za szczęście, że nie przechodzisz szczepienia tak jak poprzednio...
Rozłączyłyśmy się, uprzednio upewniwszy się, czy oprócz szczepień, wszystko w naszych domach przebiega idealnie.
I tylko dodam na koniec, że mam szczęście do kobiet.
W niezwykłych momentach czuję, jak bardzo blisko byłam z mamą.
Na przykład po południu, gdy jestem bardzo zmęczona i mam ochotę położyć się na pół godziny. Myślę wtedy "nie warto przebierać się w piżamkę, bo przecież zaraz po drzemce pojadę do mamy".
Muszę zabrać się za porządki w mamy mieszkaniu. Już dawno powinnam opróźnić lodówkę. Muszę i powinnam. A wcale nie chcę.
Szczególnie fascynują mnie PRL-owskie lampy, a Apolinary Gałecki to król wśród projektantów. W dzisiejszych czasach byłby znanym na całym świecie mistrzem designu. Marzy mi się lampka jego projektu i od dłuższego czasu poszukiwałam jej na stronach ze starociami. Wreszcie znalazłam i oniemiałam. Kosztuje majątek. Gdy pokazałam ją mężowi i córkom - zaniemówili.
- Aż tak ci się podoba?
- I takie coś tyle kosztuje?
- Wygląda, jakby miała się zaraz spalić...
...usłyszałam natychmiast.
Ech, ach... Któż zrozumie miłość...
Poniżej ścieżka do lampki, zwanej "jamnik" lub "piesek":
https://www.google.com/search?q=apolinary+ga%C5%82ecki&tbm=isch&sxsrf=ALeKk00I-0zmIRw1fTuIgl62xLZ-ZOfTjQ:1619782578810&source=lnms&sa=X&ved=0ahUKEwiskOSp8KXwAhW2BhAIHTCZBiMQ_AUIDygB&biw=1536&bih=722&dpr=1.25#imgrc=SB-SfXIsdmDfLM
Czytam "Wojnę i terpentynę" Hertmansa.
Okrucieństwo pierwszej wojny światowej opisane jest w tak piękny, wzruszający sposób, że trudno oderwać się od książki.
Minął miesiąc od śmierci mamy. Teraz widzę, jakie miałam szczęście, że mama odchodziła stopniowo.
Najpierw odeszła jej pamięć, potem zniknęła jej inteligencja, poczucie humoru, na końcu odeszła mama... Miałam czas, żeby przyzwyczajać się do tego, że w mamie było coraz mniej mamy. Że kontakt z nią był coraz mniejszy.
Mogłam przyzwyczajać się, że muszę sobie radzić bez tego, co stanowiło jej części. Ktoś odcinał nożyczkami poszczególne fragmenty i sprawdzał, czy daję sobie radę.
Było ciężko, ale dawałam radę.
I teraz jest ciężko, bardzo ciężko, ale daję radę. Chociaż odruch łapania za telefon, żeby zadzwonić do niej i pochwalić się sukcesem córek, pozostał. Dzwonię wtedy do cioci, albo do nabytej siostry i proszę, żeby cieszyły się ze mną.
Psuje się mój telefon i zadzwoniłam do przyjaciółki z telefonu mamy. Odebrała, ale nie odezwała się.
- Halo? Jesteś? - spytałam.
- Wyświetliłaś mi się jako mama Basia - powiedziała po dłuższej chwili moja przyjaciółka.
- Masz numer mojej mamy? - zdziwiłam się.
- Pomieszkiwałam u niej, nie pamiętasz? Gdy nie miałam gdzie się podziać zimą, na pierwszym roku studiów. I potem wpadałam do niej, gdy jeździłam do księgowego. A ona dawała mi sadzonki do ogrodu. I zawsze nalewała tak mało herbaty do filiżanki....
Nie pamiętałam, ale zrozumiałam, że to była nasza wspólna mama.
Kombinuję jak koń pod górkę, żeby tylko nie jechać po zakupy i nagle przypomniało mi się, że mogę zamówić artykuły spożywcze z dostawą do domu! O, cudowna nowoczesności!!
Jeśli człowiek zdaje sobie sprawę z tego, jak działa jego podświadomość, to wówczas uznaje się to już za świadomość, czy mimo wszystko jeszcze nie?
- Muszę dać mojemu synowi karę - powiedziała koleżanka Kaliny. - Jakie kary dajesz swojej córce?
Kalina zastygła w bezruchu.
- Nie daję jej kar. Jest na to za duża.
- Ale ja pytam o Twoją młodszą córkę - wyjaśniła koleżanka.
- Ja też mówię o młodszej. Nie daję swojej córce żadnych kar - zastanowiła się Kalina.
- To co robisz, jak źle się zachowuje?
- To samo, co ona robi, gdy ja się źle zachowuję. Patrzę i się dziwię.
Jutro sobota. Oznacza to, że gdy obudzę się rano, będę mogła spojrzeć na zegarek i dalej spać.
Człowiekowi niewiele trzeba do szczęścia.
A czasem nawet jeszcze mniej.
Humor zeszytów:
1. Uprawa roślin na polu wymaga wiele pracy:
-zasranie
-zaoranie.
2. W moim doświadczeniu nie widać zawodników pieczarki.
Nic, tylko kochać!
Jestem uzależniona od kontaktów z ludźmi.
Gdy jest mi źle, chowam się w jaskini i nie wychodzę. Przestaję mówić. Zamykam wszystkie zamki i okiennice. Znikam. Ale bardzo potrzebuję wtedy wiedzieć, że za ścianą są ludzie. I gdy już uda mi się wyjść na zewnątrz, rzucam się na ludzi jak wiewiórka na orzeszek. Głodna wiewiórka na wielki orzeszek.
Dziękuję Wam, że mnie znosicie, orzeszki.
Jest cieplej.
Dziś przeczytałam, że od jutra ma przyjść ochłodzenie.
Ręce opadają, tak samo jak słupek rtęci w termometrze.
I jak tu żyć, jeśli wiadomo powszechnie, że w termometrach nie ma już rtęci? Jak żyć?
Znam człowieka, którego w czasach mojej młodości nazywano by wariatem. Teraz nie używa się tego określenia. Teraz nie można nawet głośno powiedzieć, że gość cierpi na zaburzenia paranoidalne. A prawdopodobnie cierpi, chociaż on nie nazywa tego cierpieniem. Mówi, że go wszyscy nagrywają, śledzą, kontrolują, sprawdzają, są do niego nieżyczliwie nastawieni, źle mu życzą, donoszą na niego, skarżą, źle o nim mówią i każdy to wróg. A nawet bardziej niż każdy.
Po przemyśleniu doszłam do wniosku, że tacy ludzie pełnią ważną funkcję w społeczeństwie. Te wszystkie niedobre, złe, złośliwe, wścibskie i donoszące na wszystkich szuje skupiają się wokół paranoika i w ten sposób wokół nas, pozostałej części społeczeństwa, są już tylko ludzie życzliwi, pomocni i uśmiechnięci.
Przynajmniej tak to powinno, moim zdaniem, działać.
Ciśnienie jest niskie wtedy, gdy są chmury. Nacisk powietrza na powierzchnię Ziemi jest wtedy większy. Czyli słup rtęci w urządzeniu do mierzenia ciśnienia się obniża.
Czyli im niższe ciśnienie, tym nacisk większy, bo słup jest niższy.
Odpowiadam na ewentualne pytania: nie, nie mam żadnej pewności, że to co napisałam o ciśnieniu ma jakikolwiek sens.
Mam uczucie borowania gdzieś między hipokampem a móżdżkiem. Prowadzi ono do powstania kanału, przez który cały słup powietrza wciska mi się do czaszki. Niskie ciśnienie! Co za wariat je wymyślił?!
Czuję, jak chowam głowę w piasek.
Zaniedbałam tyle spraw przez ostatnie miesiące, że wymazuję gumą myszką myślenie o nich.
Uprasza się Szanowne Sprawy o wyrozumiałość i niemszczenie się na Kalinie za wszelkie zaniedbania widoczne i niewidoczne.
Starsza córka Kaliny jest chora (ropa w migdałach, zaczerwienione gardło, ropny katar, gorączka).
Wbrew radom znajomych, córka Kaliny poszła do lekarza. Lekarka zbadała ją i stwierdziła przeziębienie. Nie przepisała żadnego lekarstwa. Poradziła iść do domu i odpocząć. Zdaniem lekarzy w kraju odległym, takie choroby mijają bez leczenia.
Kalina bije się z myślami. Kalina wie, że w Polsce na "takie przeziębienie" dostaje się antybiotyk.
- Sama nie wiem - powiedziała Kalina wieczorem do córki. - Może to jest tajemnica tego, że w tym kraju ludzie mniej chorują... Nie dostają antybiotyków na każdą dolegliwość i dzięki temu leki są tam skuteczne, a układ odpornościowy człowieka bardziej sprawny.
- A może problem leży gdzie indziej? Ludzie mniej tu chorują, bo oni mają inną definicję choroby - odpowiedziała umęczona gorączką córką.
Co racja, to racja: każdy kij ma dwa końce, a każda moneta dwie strony. A niektóre nawet trzy.
Już wiem, co sprawia mi zawsze ogromną radość:
gdy wieczorem nastawiam budzik, a na telefonie pojawia się informacja, że budzik zadzwoni za ponad 9 godzin.
Mój niezbędny czas szczęścia to ponad 9 godzin.
Bardzo chcę mieć w domu psa. Brakuje mi mokrego nosa, spacerów, kudłatego przycisku do kołdry, szurania pazurami, rozchlapanej wody wokół miski, podnóżka, ogrzewacza do nerek i smrodu mokrej kury po spacerze w deszczu.
Zadzwonił wczoraj do mojego męża. Jego żona miała drugi w ciągu dwóch dni atak paniki. Nie mogła oddychać, nie mogła mówić, potrzebowali natychmiastowej pomocy.
Jej atak minął i udało mi się namówić ją na wyjście z domu. Chodziłyśmy wokół sąsiednich bloków dwie godziny. Omówiłyśmy wszystkie prawdy życiowe, skutki i przyczyny pandemii, problemy egzystencjonalne, teorie powstanie kosmosu, historię wojen krymskich, teorie spiskowe dotyczące lądowania na księżycu, metody walki z komarami na obszarach narażonych na malarię i inne kluczowe, podstawowe sprawy, o jakich rozmawia się w chwilach największego załamania. Pośmiałyśmy się z siebie prawdziwym, głośnym śmiechem.
Znamy się od 25 lat, nasi mężowie przyjaźnią się od 35, więc mamy świadomość, że i tak nasze rodziny wiedzą o sobie wszystko, a nawet jeszcze więcej. Tu nie ma mowy o żadnych tajemnicach ("naprawdę wiesz, że moja babcia była księgową w firmie sprzedającej rękawiczki?").
Doprecyzowałyśmy, co myślimy na temat ludzi, robiących zapasy przed świętami. Ustaliłyśmy indywidualne listy priorytetów na najbliższe dni, podziękowałyśmy sobie wzajemnie za udzielenie pierwszej pomocy w nagłych wypadkach psychicznych i rozeszłyśmy się do domów zmarznięte i zmęczone.
Nie rozumiem, dlaczego do działań, związanych z walką z pandemią, nie zatrudnia się wojskowych.
Mamy przecież setki, jeśli nie tysiące, wykształconych, zaorderowanych, szkolących się na całym świecie za cudze pieniądze oficerów wojska. Oni powinni się znać na zarządzaniu w kryzysie. Są ekspertami od transportu, logistyki, przemieszczania sił i środków, działania w niedoborach kadrowych, budowania tymczasowych szpitali i zarządzania nimi, współpracy z innymi jednostkami.
Dlaczego to nie oni teraz są odpowiedzialni za transport chorych, wydawanie poleceń o przesuwaniu kadr? Kto, jeśli nie oficerowie wojska, ma umiejętności, związane z komunikowaniem się, sprawnym przekazywaniem informacji i zarządzeń?
Jesteśmy ofiarami tego, że zarządzają nami ludzie bez umiejętności, wiedzy i doświadczenia, ale na wczesną emeryturę wysyłamy całe tabuny wojskowych, którzy z założenia mają te umiejętności, które wydają się teraz kluczowe.
W szpitalu covidowym szeregowi żołnierze zajmują się pilnowaniem bramy wjazdowej i noszeniem paczek chorym. Uważam, że to pan porucznik z panem pułkownikiem powinni teraz w gabinecie dyrektora szpitala rozwiązywać problem braku karetek, transportu leków, ustalaniem zasad przekazywania informacji pomiędzy szpitalami, organizowania rąk do pracy i przeprowadzaniem akcji typu "w szpitalu zabrakło tlenu". Teraz dowodzenie powinni przejąć ludzie, którzy są przygotowani do podejmowania szybkich decyzji, są nauczeni wydawania rozkazów a nie zarządzeń, umieją delegować obowiązki i całe swoje zawodowe życie spędzili na przygotowywaniu się do organizowania wielkich, obliczonych na tysiące osób, akcji.
A co robią teraz polscy zawodowi żołnierze? Narzekają, że było już kilka ciepłych dni, a oni muszą chodzić do pracy w mundurach. Serio. Znam jednego.
Wiele lat temu zalogowałam się na "Biblionetce" i systematycznie wpisywałam tam przeczytane książki oraz moje ich oceny. Po kilku latach przypomniałam sobie o tym i wróciłam do starego zwyczaju. To naprawdę bardzo miłe, przypomnieć sobie, które książki kiedyś mnie zachwyciły.
Zauważyłam jednak, że coś się zmieniło. Wystawiam teraz w Biblionetce znacznie wyższe oceny książkom niż kiedyś. Dlaczego? Stałam się mniej wymagająca? Jestem w stanie zachwycić się każdym napisanym zdaniem?
Nie, wcale nie.
Rozwiązanie jest banalnie proste:
Jakiś czas temu poprosiłam kilka osób, żeby poleciły mi książki, które będą mi się podobały. Były to osoby, które znam z różnych obszarów mojego życia, między innymi pani z wydawnictwa, w którym wydawane są moje książki; wrażliwa polonistka; "odzawsza" przyjaciółka; internetowa przyjaciółka; kobieta, którą podziwiam; kobieta, która ma niezwykle otwarty umysł.
Teraz poszukuję w bibliotece książek polecanych przez nie. Dzięki temu poznaję różnorodną, niezwykłą literaturę, po którą sama nigdy bym nie sięgnęła.
I się zachwycam.
Teściowa Kaliny miała wypadek i jest połamana. Połamana fizycznie, ale przede wszystkim psychicznie.
Wczoraj Kalina przygotowała dla teściowej i teścia podstawowy zestaw "przetrwać święta" i wieczorem przekazała teściom stosowny ekwipaż (jedno pomalowane jajko, słoik bigosu i mały sernik - takie święta są ideałem dla Kaliny, jej córki i jej męża).
Oczywiście przypadkowo przejeżdżaliśmy obok teściów. Mąż Kaliny zadzwonił do swoich rodziców w ostatniej chwili ("jesteście w domu? akurat przejeżdżam w pobliżu i muszę wejść na siku"), ponieważ wcześniejsze ustalenie odwiedzin wiązałoby się z postawieniem teściów w stan gotowości bojowej, a tego chcieliśmy uniknąć.
Na miejscu okazało się, że teściowa źle założyła ortezę i złamana ręka może się zginać, odginać, wyginać i przeginać. Wszędzie luzy, orteza przesuwa się w każdą stronę. Koszmar.
Kalina jest jedyną osobą na świecie, z którą teściowa nigdy nie wchodzi w dyskusje, więc Kalina przejęła dowodzenie i tak pozapinała rzepy na ortezie, że teściowa wygląda teraz jak owinięta folią spożywczą. Enyłej ręka jest unieruchomiona, co daje nadzieję, że jednak się zrośnie.