zimno jak cholera!
piątek, 1 lutego 2019
słownik
zimno jak cholera!
nasi
Moja koleżanka mieszkała w dzieciństwie w Policach. Opowiadała, że nic nie cieszyło jej wówczas bardziej, niż amerykańskie filmy akcji, w których umundurowani strażnicy prawa jeździli w samochodach, z umieszczoną z przodu, boku, tyłu i spodu nazwą jej rodzinnego miasta .
Na ekranie z zawrotną prędkością poruszał się samochód policyjny, a ona zawsze krzyczała: Nasi jadą!
Na ekranie z zawrotną prędkością poruszał się samochód policyjny, a ona zawsze krzyczała: Nasi jadą!
czytać
A może jednak powinnam przestać czytać "Biegnącą z wilkami"? Coś czuję, że moja dziura w sercu znacznie się powiększa i niedługo dusza wypadnie mi przez nią prosto do jelita. Grubego.
środa, 30 stycznia 2019
rosną
Jeśli późnym popołudniem ostatniego dnia ferii zimowych córka własna staje przed tobą i informuje, że stopa jej urosła i nie ma żadnych butów, które jej nie cisną, oznacza to, że życie toczy się normalnym rytmem.
Stopy dziecka zawsze rosną w nieodpowiednich momentach - tak zapisano w świętych księgach i świadczy to o porządku istniejącym we wszechświecie.
Stopy dziecka zawsze rosną w nieodpowiednich momentach - tak zapisano w świętych księgach i świadczy to o porządku istniejącym we wszechświecie.
ciągnącymi
Kilka spraw ciągnie się za mną od dawna. A bardzo tego nie lubię.
Może ktoś chciałby zająć się, w trybie wolontariatu, ciągnącymi się za Kaliną sprawami?
Obiecuję wdzięczność aż do momentu gdy pojawią się następne ciągnące sprawy.
Może ktoś chciałby zająć się, w trybie wolontariatu, ciągnącymi się za Kaliną sprawami?
Obiecuję wdzięczność aż do momentu gdy pojawią się następne ciągnące sprawy.
poniedziałek, 28 stycznia 2019
ubarwia
Mam znajomą, która wykonuje zawód związany ze sztuką.
Prowadzi na facebooku tzw. funpage'a, czyli swoją autorską stronę. Zamieszcza na niej informacje o swoich podróżach, spotkaniach, pracy, o przeżyciach, które ją inspirują.
Ostatnio zamieściła informację, która wbiła mnie w fotel. Myślę, że była bardzo zaskakująca dla wszystkich, którzy ją znają. Natychmiast skontaktowałam się z naszą wspólną koleżanką, żeby dowiedzieć się, jak przedstawia się sytuacja, czy artystka potrzebuje pomocy, czy należy wzywać do niej GOPR, TOPR, czy raczej Wojska Ochrony Pogranicza. Czy natychmiast jechać z termosem, czy raczej zamawiać wizytę u psychiatry.
Wspólna koleżanka postawiła mnie do pionu. Artystka na funpage'u nie pisze prawdy. Ubarwia tam swoje życie, ponieważ atrakcyjność jej przeżyć ma wpływ na zainteresowanie nią i jej dziełami. To jest narzędzie marketingowe. Co zdziwiło mnie jeszcze bardziej - zatrudnia kogoś, kto produkuje jej wpisy. Dlatego czasem zdjęcia walizek, które zostały spakowane na wyjazd do Kutna, zostają podpisane jako bagaż przygotowany na podróż do Paryża.
Do tego dołożyło się i to: dowiedziałam się, że 90% zdjęć zamieszczanych w mediach społecznościowych jest przez użytkowników "poprawianych". Oglądacie zdjęcia swoich znajomych z wakacji? I znajomi i wakacje wyglądają na nich niezwykle atrakcyjnie? Tak... To jest właśnie owe 90%. A jeśli wasi znajomi są podobni do mojej artystki, to być może te wakacje miały miejsce w 2005, a palmy zostały przeklejone ze zdjęcia na stronie Ogrodu Botanicznego w Bangor.
O, słodka naiwności! Myślałam, że najgorsze na facebooku są zdjęcia talerza z obiadem...
Prowadzi na facebooku tzw. funpage'a, czyli swoją autorską stronę. Zamieszcza na niej informacje o swoich podróżach, spotkaniach, pracy, o przeżyciach, które ją inspirują.
Ostatnio zamieściła informację, która wbiła mnie w fotel. Myślę, że była bardzo zaskakująca dla wszystkich, którzy ją znają. Natychmiast skontaktowałam się z naszą wspólną koleżanką, żeby dowiedzieć się, jak przedstawia się sytuacja, czy artystka potrzebuje pomocy, czy należy wzywać do niej GOPR, TOPR, czy raczej Wojska Ochrony Pogranicza. Czy natychmiast jechać z termosem, czy raczej zamawiać wizytę u psychiatry.
Wspólna koleżanka postawiła mnie do pionu. Artystka na funpage'u nie pisze prawdy. Ubarwia tam swoje życie, ponieważ atrakcyjność jej przeżyć ma wpływ na zainteresowanie nią i jej dziełami. To jest narzędzie marketingowe. Co zdziwiło mnie jeszcze bardziej - zatrudnia kogoś, kto produkuje jej wpisy. Dlatego czasem zdjęcia walizek, które zostały spakowane na wyjazd do Kutna, zostają podpisane jako bagaż przygotowany na podróż do Paryża.
Do tego dołożyło się i to: dowiedziałam się, że 90% zdjęć zamieszczanych w mediach społecznościowych jest przez użytkowników "poprawianych". Oglądacie zdjęcia swoich znajomych z wakacji? I znajomi i wakacje wyglądają na nich niezwykle atrakcyjnie? Tak... To jest właśnie owe 90%. A jeśli wasi znajomi są podobni do mojej artystki, to być może te wakacje miały miejsce w 2005, a palmy zostały przeklejone ze zdjęcia na stronie Ogrodu Botanicznego w Bangor.
O, słodka naiwności! Myślałam, że najgorsze na facebooku są zdjęcia talerza z obiadem...
smakować
Odstawiłam lek, który biorę od kilku lat. Działania nieprzyjazne były już tak dokuczliwe, że uznałam, iż przewyższają korzyści z jego stosowania. Poinformowałam o tym panią doktor.
Zrozumiała moją decyzję i poprosiła, żebym zrobiła dla odmiany badania w stanie bezlekowym - wówczas podejmiemy wspólną decyzję, co dalej.
Jedno z działań nieprzyjaznych ludzkości, jakie ten lek wywoływał u mnie, było całkowite upośledzenie zmysłu smaku. Mój zmysł smaku zawsze był odległy od normalnego, ale całkowite wyłączenie go spowodowało, że nie czułam żadnej różnicy smaku pomiędzy sernikiem a bigosem. Potrawy te różniły się wyłącznie konsystencją. Gotowanie zaczęło przypominać rosyjską ruletkę - próbowanie czegokolwiek nie miało najmniejszego sensu. Dosypywałam zatem do potraw przyprawy i liczyłam na cud.
Odstawiłam lek i po kilku tygodniach jedzenie zaczęło smakować jedzeniem. W pewnym zakresie, naturalnie. Jak wspomniałam wcześniej, mój zmysł smaku nigdy nie należał do szczególnie sprawnych.
Niestety, ma to swoje negatywne skutki. Okazało się bowiem, że mleko migdałowe, które piłam przez ostatnie miesiące, jest wyjątkowo paskudne w smaku. Przepraszam was, kubki smakowe, że torturowałam was czymś tak okropnym. Nie zdawałam sobie z tego sprawy.
Zrozumiała moją decyzję i poprosiła, żebym zrobiła dla odmiany badania w stanie bezlekowym - wówczas podejmiemy wspólną decyzję, co dalej.
Jedno z działań nieprzyjaznych ludzkości, jakie ten lek wywoływał u mnie, było całkowite upośledzenie zmysłu smaku. Mój zmysł smaku zawsze był odległy od normalnego, ale całkowite wyłączenie go spowodowało, że nie czułam żadnej różnicy smaku pomiędzy sernikiem a bigosem. Potrawy te różniły się wyłącznie konsystencją. Gotowanie zaczęło przypominać rosyjską ruletkę - próbowanie czegokolwiek nie miało najmniejszego sensu. Dosypywałam zatem do potraw przyprawy i liczyłam na cud.
Odstawiłam lek i po kilku tygodniach jedzenie zaczęło smakować jedzeniem. W pewnym zakresie, naturalnie. Jak wspomniałam wcześniej, mój zmysł smaku nigdy nie należał do szczególnie sprawnych.
Niestety, ma to swoje negatywne skutki. Okazało się bowiem, że mleko migdałowe, które piłam przez ostatnie miesiące, jest wyjątkowo paskudne w smaku. Przepraszam was, kubki smakowe, że torturowałam was czymś tak okropnym. Nie zdawałam sobie z tego sprawy.
niedziela, 27 stycznia 2019
miejsc
Zadzwoniła do mnie Magda. Wróciła z Tajlandii i Kambodży. Zachwycona. Opowiedziała, jak było.
W ten sposób wydłużyła się lista miejsc, które chcę zobaczyć.
W ten sposób wydłużyła się lista miejsc, które chcę zobaczyć.
nadzieję
Mama jest już po zabiegu. Przywiozłam ją do domu. Trochę podkoloryzowałam to, co powiedział pan doktor, mając nadzieję, że kłamstwo jest kłamstwem tylko wtedy, gdy służy złej sprawie.
Zatem - prawdę powiedziałam.
Zatem - prawdę powiedziałam.
sobota, 26 stycznia 2019
poczekalni
Z lewej strony do poczekalni wszedł pan z panią. Pani trzymałą pana pod rękę. Była w moim wieku. Ładnie ubrana, w spódnicy i rajstopach, dziwnie luźnych na jej szczupłych nogach. Widać było, że porusza się z trudem. Wpatrywała się w podłogę, odnajdując w tym siłę, żeby utrzymywać pionową pozycję. Każdy krok miał dla niej wartość. Nie poruszała głową, rękoma, szyją, zupełnie jakby nie chciała marnować energii na zbędę ruchy. Pan mówił coś do niej, a ona tylko szła obok, nieobecna. Spineczka, która podtrzymywała lichutkie włosy, przesunęła się na tył głowy. Pan miał na sobie ładny, popielaty sweter i przyglądał się ludziom, wchodzącym do hallu.
Byli na spacerze, być może codziennym.
Okrążyli poczekalnię i wrócili do windy.
Szpital onkologiczny to miejsce, w którym energia krąży inaczej.
Byli na spacerze, być może codziennym.
Okrążyli poczekalnię i wrócili do windy.
Szpital onkologiczny to miejsce, w którym energia krąży inaczej.
piątek, 25 stycznia 2019
określeń
Jak się teraz poprawnie politycznie mówi na osoby o ciemnej skórze?
Jest tyle określeń. Co uznane jest za stosowne?
Jest tyle określeń. Co uznane jest za stosowne?
czwartek, 24 stycznia 2019
dom
Chciałabym mieć dom, stanowiący jedno, wielkie pomieszczenie. No, może zgodziłabym się na wydzielenie gdzieś z boczku łazienki, ale reszta - otwarta. Przestrzenie, przechodzące jedna w drugą, z każdego miejsca wspaniała perspektywa. Do tego wielkie okna. Z jednej strony część sypialniana, obok gabinetowa, pośrodku wielka sofa do leniuchowania, hamak, poduszki do siedzenia, gdy człowiek ma akurat ochotę siedzieć na podłodze. Drewniana podłoga. Albo betonowa. Tu jest jeszcze miejsce na decyzję. Okna bez firanek, żeby nie ograniczać widoku na morze, zwłaszcza wtedy, gdy będzie sztorm.
W jakimś miejscu wielki stół, na którym można rozłożyć papiery. I nie trzeba by ich sprzątać, żeby zjeść obiad.
W kuchni ogromna lodówka, z zapasem wszystkiego.
Taras. Na dachu wielki taras.
A przed domem trawnik, ale nie strzyżony, koszony i wyrównywany, tylko łąkowy, niedbały, swobodny.
I drzewa, a na nich ptaki. Ptaki na drzewach - to konieczność.
I jeszcze kępa liści, w których zagrzebuje się jeż z jeżową.
I pies. Kudłaty. A może nawet dwa?
I rower, żebym mogła szybko podjechać do sklepiku po kilogram moreli. Albo nie - morele będą rosły w moim sadzie. Do sklepiku po ser z dziurami. Ogromnymi dziurami.
W jakimś miejscu wielki stół, na którym można rozłożyć papiery. I nie trzeba by ich sprzątać, żeby zjeść obiad.
W kuchni ogromna lodówka, z zapasem wszystkiego.
Taras. Na dachu wielki taras.
A przed domem trawnik, ale nie strzyżony, koszony i wyrównywany, tylko łąkowy, niedbały, swobodny.
I drzewa, a na nich ptaki. Ptaki na drzewach - to konieczność.
I jeszcze kępa liści, w których zagrzebuje się jeż z jeżową.
I pies. Kudłaty. A może nawet dwa?
I rower, żebym mogła szybko podjechać do sklepiku po kilogram moreli. Albo nie - morele będą rosły w moim sadzie. Do sklepiku po ser z dziurami. Ogromnymi dziurami.
wtorek, 22 stycznia 2019
seniorów
Prowadziłam dzisiaj spotkanie dla seniorów.
Pierwszy raz słuchali mnie sami dorośli. Bardzo dorośli.
Nikogo nie musiałam prosić, żeby siedział do mnie przodem i nikt nie wykrzykiwał odpowiedzi na pytania.
W czasie przeznaczonym na zadawanie pytań nikt nie zapytał mnie gdzie jest toaleta i czy można już jeść. Nikt też nie spytał mnie ile mam lat, czy czuję się bogata, czy mam męża i czy śpię z nim pod jedną kołdrą.
Nie musiałam pilnować, żeby pan Adaś nie bił pana Grzesia i żeby pani Sabinka nie trzymała obłoconych kozaków na tapicerowanym krześle.
Gdy jedna z osób wyszła na moment z sali nie musiałam się martwić, że się zgubi, albo że zrobi sobie krzywdę.
Na samym początku spotkania któraś z pań przypomniała wszystkim, że warto wyłączyć telefony i, o dziwo!, wszyscy wyłączyli!
Nikt nie zgubił szalika, nikt nie włożył cudzej czapki i nie musieliśmy poszukiwać niczyjego tornistra, który jednak został w domu.
Po spotkaniu nikt nie wybiegł z sali, demolując przy tym połowę korytarza.
Nikt nie dłubał w nosie i nie zjadał efektów swoich prac wykopaliskowych.
Praca z dorosłymi to zupełnie inna bajka.
Zaczynam rozumieć, dlaczego tak popularny jest Uniwersytet Trzeciego Wieku.
Popularny wśród wykładowców ;-)
Pierwszy raz słuchali mnie sami dorośli. Bardzo dorośli.
Nikogo nie musiałam prosić, żeby siedział do mnie przodem i nikt nie wykrzykiwał odpowiedzi na pytania.
W czasie przeznaczonym na zadawanie pytań nikt nie zapytał mnie gdzie jest toaleta i czy można już jeść. Nikt też nie spytał mnie ile mam lat, czy czuję się bogata, czy mam męża i czy śpię z nim pod jedną kołdrą.
Nie musiałam pilnować, żeby pan Adaś nie bił pana Grzesia i żeby pani Sabinka nie trzymała obłoconych kozaków na tapicerowanym krześle.
Gdy jedna z osób wyszła na moment z sali nie musiałam się martwić, że się zgubi, albo że zrobi sobie krzywdę.
Na samym początku spotkania któraś z pań przypomniała wszystkim, że warto wyłączyć telefony i, o dziwo!, wszyscy wyłączyli!
Nikt nie zgubił szalika, nikt nie włożył cudzej czapki i nie musieliśmy poszukiwać niczyjego tornistra, który jednak został w domu.
Po spotkaniu nikt nie wybiegł z sali, demolując przy tym połowę korytarza.
Nikt nie dłubał w nosie i nie zjadał efektów swoich prac wykopaliskowych.
Praca z dorosłymi to zupełnie inna bajka.
Zaczynam rozumieć, dlaczego tak popularny jest Uniwersytet Trzeciego Wieku.
Popularny wśród wykładowców ;-)
niedziela, 20 stycznia 2019
podjeżdżającym
Jechałam samochodem z kierowcą-agresorem. Krzyczącym na wszystkich innych. Udowadniającym innym, że nie mają racji. Podjeżdżającym na odległość komara do innych samochodów. Wyprzedzającym samochody zwalniające przed światłąmi, żeby jeszcze zdążyć na ostatnich tchnieniach żółtego. Ruszającym z piskiem opon i hamującym tak, że można stracić jedynki.
To są kompleksy?
Mania wyższości?
Zaburzenia psychiczne?
Głupota?
To są kompleksy?
Mania wyższości?
Zaburzenia psychiczne?
Głupota?
wtorek, 15 stycznia 2019
geografia
Zameldowałam się w maleńkim hoteliku kilkanaście kilometrów od zachodniej granicy.
Spytano mnie, czy długo jechałam.
- Trzy godziny. Fatalna pogoda na podróż. Całą drogę lało i wiało.
- A skąd dokładnie pani jechała.
Podałam nazwę miasta.
- Gdzie to jest? - usłyszałam pytanie.
Zaniemówiłam. Stałam z rozdziawioną paszczą. Zupełnie nie wiedziałam, jak wytłumaczyć komuś, kto mieszka w tym samym kraju co ja, gdzie znajduje się jedno z największych miast w Polsce... Jednak geografia nie jest moją mocną stroną ;-)
Spytano mnie, czy długo jechałam.
- Trzy godziny. Fatalna pogoda na podróż. Całą drogę lało i wiało.
- A skąd dokładnie pani jechała.
Podałam nazwę miasta.
- Gdzie to jest? - usłyszałam pytanie.
Zaniemówiłam. Stałam z rozdziawioną paszczą. Zupełnie nie wiedziałam, jak wytłumaczyć komuś, kto mieszka w tym samym kraju co ja, gdzie znajduje się jedno z największych miast w Polsce... Jednak geografia nie jest moją mocną stroną ;-)
poniedziałek, 14 stycznia 2019
przedtem
Do domu daleko, śnieżyca za oknem, wichura, drogi nieprzejezdne.
Docierają do mnie strzępki tego, co się dzieje w kraju.
Czy to jest ten moment, po którym już nigdy nie będzie tak jak przedtem?
Czy może jest to chwila, która właśnie przywróci nas do pionu?
Docierają do mnie strzępki tego, co się dzieje w kraju.
Czy to jest ten moment, po którym już nigdy nie będzie tak jak przedtem?
Czy może jest to chwila, która właśnie przywróci nas do pionu?
niedziela, 13 stycznia 2019
dorosłym
Obserwuję skrajnie różne poglądy na wychowanie i edukację dzieci.
Z jednej strony codziennie zajęcia dodatkowe, korepetycje żeby wyprzedzić program szkolny, narty, tenis, żagle, balet, pianino i zajęcia z programowania. Wysoko ustawiona poprzeczka, nagrody za dobrą naukę. Klasyczne podejście do obowiązków domowych. Stosowanie systemu kar.
Z drugiej strony leśne szkoły, szkoły demokratyczne, nauczanie domowe, obniżanie wymagań, żadnych zajęć pozalekcyjnych. Brak ocen, wychowanie w bezstresowych warunkach, nauka wyłącznie poprzez zabawę. Liberalne podejście do niewypełniania obowiązków. Brak kar.
Z jednej strony codziennie zajęcia dodatkowe, korepetycje żeby wyprzedzić program szkolny, narty, tenis, żagle, balet, pianino i zajęcia z programowania. Wysoko ustawiona poprzeczka, nagrody za dobrą naukę. Klasyczne podejście do obowiązków domowych. Stosowanie systemu kar.
Z drugiej strony leśne szkoły, szkoły demokratyczne, nauczanie domowe, obniżanie wymagań, żadnych zajęć pozalekcyjnych. Brak ocen, wychowanie w bezstresowych warunkach, nauka wyłącznie poprzez zabawę. Liberalne podejście do niewypełniania obowiązków. Brak kar.
wtorek, 8 stycznia 2019
internetowym
- Kalinko, jak myślisz, z kim mogłabym pójść odebrać komputer?
- Jaki komputer, mamo?
- Wyobraź sobie, że wygrałam w konkursie komputer!
- W jakim konkursie, mamo?
- Internetowym.
- A dlaczego brałaś udział w konkursie internetowym?
- Bo napisali do mnie prośbę, żebym odpowiedziała na kilka pytań, a nagrodą będzie komputer. I wygrałam.
- Mamo, a co to jest za firma?
- Zadna firma, Kalinko. To jest internet.
- Ale kto organizował ten konkurs?
- No internet. Przecież ci mówię.
- Mamo, to jest jakieś straszne oszustwo. Czy podawałaś im swoje dane?
- Ależ skąd! Ja nie podaję żadnych danych.
- A skąd wiesz, że wygrałaś?
- Bo do mnie zadzwonili.
- Czyli podałaś im swój numer telefonu?
- Nie.
- To skąd go mieli?
- Widocznie jedno z pytań które mi przysłali, dotyczyło numeru telefonu.
- A jakie były inne pytania?
- Nie wiem. Czy ja zapamiętuję wszystkie pytania, na które odpowiadam w internecie?
- To odpowiadałaś jeszcze na inne takie pytania?
- Oczywiście. Zawsze odpowiadam, jak mi przysyłają.
Kalina rozłączyła się, zadzwoniła natychmiast do siostry Kaliny i przedstawiła jej sytuację: stan oceniła na alarmowy. Najprawdopodobniej mama za moment padnie ofiarą kolejnych wyłudzaczy kredytów - tym razem wcisną jej komputer. Być może zabawkowy. Siostra Kaliny już po chwili dzwoniła do mamy, żeby jej zakazać rozmawiania przez telefon z jakimikolwiek firmami czy internetami, oferującymi darmowe przedmioty.
- Halo, mamo. Tu siostra Kaliny.
- Co, już zadzwoniła do ciebie Kalina?
- Mamo, Kalina się bardzo zdenerwowała, że padniesz znowu ofiarą oszustów.
- A jacy to mogą być oszuści, skoro ja wygrałam od nich komputer?!
Jeszcze kilka takich akcji i obie córki mamy będą musiały dokonać żywota w jakimś odosobnionym ośrodku...
- Jaki komputer, mamo?
- Wyobraź sobie, że wygrałam w konkursie komputer!
- W jakim konkursie, mamo?
- Internetowym.
- A dlaczego brałaś udział w konkursie internetowym?
- Bo napisali do mnie prośbę, żebym odpowiedziała na kilka pytań, a nagrodą będzie komputer. I wygrałam.
- Mamo, a co to jest za firma?
- Zadna firma, Kalinko. To jest internet.
- Ale kto organizował ten konkurs?
- No internet. Przecież ci mówię.
- Mamo, to jest jakieś straszne oszustwo. Czy podawałaś im swoje dane?
- Ależ skąd! Ja nie podaję żadnych danych.
- A skąd wiesz, że wygrałaś?
- Bo do mnie zadzwonili.
- Czyli podałaś im swój numer telefonu?
- Nie.
- To skąd go mieli?
- Widocznie jedno z pytań które mi przysłali, dotyczyło numeru telefonu.
- A jakie były inne pytania?
- Nie wiem. Czy ja zapamiętuję wszystkie pytania, na które odpowiadam w internecie?
- To odpowiadałaś jeszcze na inne takie pytania?
- Oczywiście. Zawsze odpowiadam, jak mi przysyłają.
Kalina rozłączyła się, zadzwoniła natychmiast do siostry Kaliny i przedstawiła jej sytuację: stan oceniła na alarmowy. Najprawdopodobniej mama za moment padnie ofiarą kolejnych wyłudzaczy kredytów - tym razem wcisną jej komputer. Być może zabawkowy. Siostra Kaliny już po chwili dzwoniła do mamy, żeby jej zakazać rozmawiania przez telefon z jakimikolwiek firmami czy internetami, oferującymi darmowe przedmioty.
- Halo, mamo. Tu siostra Kaliny.
- Co, już zadzwoniła do ciebie Kalina?
- Mamo, Kalina się bardzo zdenerwowała, że padniesz znowu ofiarą oszustów.
- A jacy to mogą być oszuści, skoro ja wygrałam od nich komputer?!
Jeszcze kilka takich akcji i obie córki mamy będą musiały dokonać żywota w jakimś odosobnionym ośrodku...
kuchni
Nauczyłam się robić zupę miso.
Japonio - bądź mi siostrą!
Dlaczego w polskiej kuchni nie ma tak pysznych potraw, które da się przyrządzić w 3 minuty?!
Japonio - bądź mi siostrą!
Dlaczego w polskiej kuchni nie ma tak pysznych potraw, które da się przyrządzić w 3 minuty?!
poniedziałek, 7 stycznia 2019
uważam
- Uważam, że wojny nie są toczone przez ludzi, tylko przez organizacje. Przez państwa, rządy, monarchie, ale nigdy przez ludzi.
- Nieprawda.
- Kwestionujesz to, co ja uważam?
- Tak. Wojny nie są toczone przez organizacje, tylko przez ludzi.
- To teraz ja mogę powiedzieć ci "nieprawda". Ale ty nie możesz powiedzieć "nieprawda", gdy zaczynam wypowiedź od "uważam". Bo to co ja uważam jest zawsze prawdą, gdy ja to mówię. Choćby ta prawda trwała tylko minutę, bo zaraz zmienię zdanie.
- Czepiasz się.
- Nie. Szanowałabym twoje zdanie, gdybyś mi je przedstawiał. A tak, gdy nie przedstawiasz mi swojego zdania, tylko prawdy absolutne, mogę tego nie szanować. Bo prawdy absolutne nie istnieją. A twoje zdanie miałoby szansę zaistnieć. A nawet mogłabym się z nim zgodzić.
I tak uważam, że wojny prowadzone są przez cholerne organizacje, a ludzie tylko w nich cierpią...
- Nieprawda.
- Kwestionujesz to, co ja uważam?
- Tak. Wojny nie są toczone przez organizacje, tylko przez ludzi.
- To teraz ja mogę powiedzieć ci "nieprawda". Ale ty nie możesz powiedzieć "nieprawda", gdy zaczynam wypowiedź od "uważam". Bo to co ja uważam jest zawsze prawdą, gdy ja to mówię. Choćby ta prawda trwała tylko minutę, bo zaraz zmienię zdanie.
- Czepiasz się.
- Nie. Szanowałabym twoje zdanie, gdybyś mi je przedstawiał. A tak, gdy nie przedstawiasz mi swojego zdania, tylko prawdy absolutne, mogę tego nie szanować. Bo prawdy absolutne nie istnieją. A twoje zdanie miałoby szansę zaistnieć. A nawet mogłabym się z nim zgodzić.
I tak uważam, że wojny prowadzone są przez cholerne organizacje, a ludzie tylko w nich cierpią...
Subskrybuj:
Posty (Atom)
