- To jest już cała karta? Nie ma nic dla wegan?
- Ty jesteś weganką? Od kiedy?
- Od czterech tygodni.
- Żartujesz! Co się stało?
- Nie będę jeść zwierząt, ani nic co od nich pochodzi. Szanuję ich życie.
- Przecież przed chwilą pokazałaś mi torebkę. Ona nie jest skórzana?
- Jest.
- No i co? Szanujesz życie tylko tych zwierząt, z których skóry nie robi się torebek?
- To jest zupełnie inna sprawa.
- Właśnie nie jest. Albo szanujesz, albo nie. Nie można wybiórczo szanować.
- Nie powinnaś nikogo pouczać w tej kwestii. Przez ciebie zabijane są niewinne cielaczki!
- A buty z czego masz?
- Ze skóry, ale innych nie mogę nosić, bo mi się odparzają nogi. A ty z czego masz buty?
- Z bawełny i słomy...
sobota, 12 maja 2018
piątek, 11 maja 2018
zwracać
- Czy w klasie są dzieci o nietypowych imionach? Pytam, bo będę się zwracać do nich po imieniu i może się zdarzyć, że sprawiłabym komuś przykrość, niewłaściwie wymawiając jego imię.
- O, tak. Dobrze, że pani pyta. W klasie jest Janinka.
- Janinka? Jakie piękne imię!
- Tak, ale wszyscy mówią na nią Jasia.
Okazało się, że w klasie byli jeszcze David, Ivo, Noemi, Inez i Gracjan.
Definicja słowa "nietypowy" wymaga reformy...
- O, tak. Dobrze, że pani pyta. W klasie jest Janinka.
- Janinka? Jakie piękne imię!
- Tak, ale wszyscy mówią na nią Jasia.
Okazało się, że w klasie byli jeszcze David, Ivo, Noemi, Inez i Gracjan.
Definicja słowa "nietypowy" wymaga reformy...
czwartek, 10 maja 2018
przypomnieć
Poprosiłam dzieci, żeby napisały imiona swoje i swojego rodzeństwa. Poniżej imiona i nazwiska swoich rodziców. Wyśmiali mnie. Po chwili część zaczęła poprawiać nazwiska swoich mam. Przestali się śmiać. Dzieci, poproszone o napisanie i mion i nazwisk swoich dziadków, były dość skrępowane. Kim byli ich pradziadkowie - nie wiedział prawie nikt. Nawet imion nie można sobie było przypomnieć. Nazwiska to już kosmos.
Cztery pokolenia.
Wyciągnęłam oczywisty wniosek:
Za niecałe 100 lat nikt z twojej rodziny nie będzie pamiętał, jak miałeś na imię.
Masz władzę nad czasem. Przeszłość i przyszłość twojej rodziny leży w twoich rękach. Dowiedz się jak najwięcej o swoich przodkach i przekaż tę wiedzę dalej.
Zapadła cisza.
Po spotkaniu podszedł do mnie Leon.
"Proszę pani, a moi dziadkowie pochodzą z Ukrainy".
Poczułam dumę. Zaczęło działać.
Cztery pokolenia.
Wyciągnęłam oczywisty wniosek:
Za niecałe 100 lat nikt z twojej rodziny nie będzie pamiętał, jak miałeś na imię.
Masz władzę nad czasem. Przeszłość i przyszłość twojej rodziny leży w twoich rękach. Dowiedz się jak najwięcej o swoich przodkach i przekaż tę wiedzę dalej.
Zapadła cisza.
Po spotkaniu podszedł do mnie Leon.
"Proszę pani, a moi dziadkowie pochodzą z Ukrainy".
Poczułam dumę. Zaczęło działać.
środa, 9 maja 2018
niepotrzebną
Zainspirowana wpisem Diabła w buraczkach (http://diabel-w-buraczkach.blogspot.com/ podaję linkę, ale i tak chyba wszyscy znają) zaczęłam myśleć o tytułach książek.
No bo skoro "Sekretne życie pszczół" nie jest o pszczołach, to może znajdą się i inne takie kwiatki.
Pierwsza myśl to "Kamienie na szaniec". Powinny być podręcznikiem dla zasadniczych szkół budowlanych.
Moja ukochana "Czarodziejska Góra" to oczywiście powieść fantasy o wróżkach.
"Bieguni" - naukowa rozprawa o polu magnetycznym (pomijam mały błąd językowy...).
"Życie w słoiku" - o larwach, gnieżdżących się w przetworach domowych.
"Moje drzewko pomarańczowe" - uprawa roślin tropikalnych w warunkach domowych.
"Zabić drozda" - poradnik dla początkujących myśliwych.
"Piaskowa Góra" - podręcznik dla studentów I roku geologii.
"Tysiąc wspaniałych słońc" - podstawy astronomii w weekend.
"Dzienniki gwiazdowe" - plotki z życia celebrytów.
"Wizyta starszej pani" - poradnik dobrych manier dla pań w wieku emerytalnym.
"Wiele hałasu o nic" - podstawy pracy dźwiękowców.
Autorzy mają jednak pokręcone umysły. Nie mogą nadawać książkom jakichś normalnych tytułów? Na przykład:
"Sztuka o miłości z balkonem w tle"
"Kłótliwi dranie na Litwie"
"Karły idą, idą i idą".
Autorzy powinni brać przykład z Astrid Lindgren. Jak pisała o dzieciach z Bullerbyn, to napisała "Dzieci z Bullerbyn", a jak pisała o Madice z Czerwcowego Wzgórza, to napisała "Madikę z Czerwcowego Wzgórza". Jasne i proste. Nie siliła się na niepotrzebną oryginalność.
;-)
No bo skoro "Sekretne życie pszczół" nie jest o pszczołach, to może znajdą się i inne takie kwiatki.
![]() |
| worldlux |
Moja ukochana "Czarodziejska Góra" to oczywiście powieść fantasy o wróżkach.
"Bieguni" - naukowa rozprawa o polu magnetycznym (pomijam mały błąd językowy...).
"Życie w słoiku" - o larwach, gnieżdżących się w przetworach domowych.
"Moje drzewko pomarańczowe" - uprawa roślin tropikalnych w warunkach domowych.
"Zabić drozda" - poradnik dla początkujących myśliwych.
"Piaskowa Góra" - podręcznik dla studentów I roku geologii.
"Tysiąc wspaniałych słońc" - podstawy astronomii w weekend.
"Dzienniki gwiazdowe" - plotki z życia celebrytów.
"Wizyta starszej pani" - poradnik dobrych manier dla pań w wieku emerytalnym.
"Wiele hałasu o nic" - podstawy pracy dźwiękowców.
Autorzy mają jednak pokręcone umysły. Nie mogą nadawać książkom jakichś normalnych tytułów? Na przykład:
"Sztuka o miłości z balkonem w tle"
"Kłótliwi dranie na Litwie"
"Karły idą, idą i idą".
Autorzy powinni brać przykład z Astrid Lindgren. Jak pisała o dzieciach z Bullerbyn, to napisała "Dzieci z Bullerbyn", a jak pisała o Madice z Czerwcowego Wzgórza, to napisała "Madikę z Czerwcowego Wzgórza". Jasne i proste. Nie siliła się na niepotrzebną oryginalność.
;-)
wtorek, 8 maja 2018
zjadam
![]() |
| smaker.pl |
Zjadam jedną porcję i odczuwam coś na granicy uniesienia. Niestety, chłodnik mi "nie służy", bo zawiera w sobie mnóstwo mleka. Po zjedzeniu jednej porcji zaczynam się czuć średnio dobrze. Jedynym rozwiązaniem tego problemu jest zjedzenie kolejnej porcji, która znowu smakuje rewelacyjnie. Odczuwane podczas jedzenia drugiej porcji uniesienia zabijają średnio dobre samopoczucie wynikające z wypełnienia przewodu pokarmowego laktozą z pierwszej porcji. Niestety, jak wspomniałam wcześniej, chłodnik mi "nie służy" i po zjedzeniu drugiej porcji czuję się jeszcze bardziej nieszczególnie niż po pierwszej.
Rozwiązaniem tego problemu jest zjedzenie trzeciej porcji, która na pewno swym smakiem i aromatem zabije złe samopoczucie, wynikające ze zjedzenia pierwszej i drugiej...
Jestem teraz po dwóch porcjach.
Czuję nadchodzący koniec. Koniec chłodnika, albo mnie.
niedziela, 6 maja 2018
żartów
Tydzień temu poszłam na spacer. Długi. Samotny. Na ramionach niosłam wszystkie problemy tego świata, a nawet jeszcze więcej.
Na pustej łące, wielkiej i płaskiej, podeszła do mnie nieznajoma śliczna młoda kobieta. Przywitała się grzecznie i zaczęła rozmowę. Rozmowa, jak to rozmowa, poszybowała w przestrzeń ponad łąką. Po półgodzinnym staniu w miejscu zaproponowałam mojej uroczej rozmówczyni, że odprowadzę ją w stronę jej domu, bo jest mi wszystko jedno, gdzie spaceruję, a żal byłoby mi się z nią rozstawać. Poszłyśmy w kierunku jej domu, cały czas rozmawiając.
Dwie godziny spędzone na rozmowie o wszystkim sprawiły, że rozstawałyśmy się jak bliskie sobie osoby. Gdy powiedziałam jej na odchodne "do zobaczenia" dziwnie się zaśmiała. Wróciłam do domu bez ciężarów na ramionach, z którymi wyszłam na spacer. Same spadły, nawet nie wiem kiedy.
Po kilku dniach zobaczyłam ją znowu, tym razem w zupełnie innym miejscu. Okazało się, że trafiłam do jej pracy. Początkowo nie mogłam jej poznać. Miała makijaż, dosztukowane włosy, dziwny strój, a jej twarz zasłaniał mikrofon.
Jest wspaniałą artystką. Rozpoznawalną osobą. Występuje na scenie. Jest piękna, młoda i utalentowana.
Dobry Losie, jak cudownie jest padać ofiarą Twoich żartów!
Na pustej łące, wielkiej i płaskiej, podeszła do mnie nieznajoma śliczna młoda kobieta. Przywitała się grzecznie i zaczęła rozmowę. Rozmowa, jak to rozmowa, poszybowała w przestrzeń ponad łąką. Po półgodzinnym staniu w miejscu zaproponowałam mojej uroczej rozmówczyni, że odprowadzę ją w stronę jej domu, bo jest mi wszystko jedno, gdzie spaceruję, a żal byłoby mi się z nią rozstawać. Poszłyśmy w kierunku jej domu, cały czas rozmawiając.
Dwie godziny spędzone na rozmowie o wszystkim sprawiły, że rozstawałyśmy się jak bliskie sobie osoby. Gdy powiedziałam jej na odchodne "do zobaczenia" dziwnie się zaśmiała. Wróciłam do domu bez ciężarów na ramionach, z którymi wyszłam na spacer. Same spadły, nawet nie wiem kiedy.
Po kilku dniach zobaczyłam ją znowu, tym razem w zupełnie innym miejscu. Okazało się, że trafiłam do jej pracy. Początkowo nie mogłam jej poznać. Miała makijaż, dosztukowane włosy, dziwny strój, a jej twarz zasłaniał mikrofon.
Jest wspaniałą artystką. Rozpoznawalną osobą. Występuje na scenie. Jest piękna, młoda i utalentowana.
Dobry Losie, jak cudownie jest padać ofiarą Twoich żartów!
piątek, 4 maja 2018
wyjazd
Wyjeżdżam na skrzyżowaniu z ulicy podporządkowanej. Sznur samochodów uniemożliwia mi dalszą jazdę. Stoję. Czekam. Stoję. Patrzę, patrzę, czekam. Stoję. Usiłuję mentalnie sprowokować szczęśliwców, jadących główną ulicą, żeby zechcieli mnie wpuścić. Czekam. Muszę poćwiczyć przesyłanie myśli na odległość. Stoję. Obok siedzi mój mąż, który razem ze mną usiłuje zahipnotyzować pędzących ulicą w swych lśniących maszynach kierowców.
Abrakadabra, hokus pokus, hejkum kejkum i te sprawy.
Jing i jang kierownicy. Oni się spieszą, ja się nie spieszę, bo nie mogę. Oni jadą, ja stoję. Czekam. Mija sekunda za sekundą. Prawdopodobnie przed skrzyżowaniem ktoś umieścił znak: Zakaz wpuszczania samochodów, wyjeżdżających z prawej strony. Ci, którzy stoją po przeciwnej stronie skrzyżowania i chcą skręcić w lewo, zaczynają kopać pod swoimi samochodami studnie głębinowe, żeby mieć w razie czego dostęp do wody.
Nagle słyszę dźwięk klaksonu. Rozglądam się na boki, potem zerkam we wszystkie możliwe lusterka. Okazuje się, że klaksoniarzem jest pani w samochodzie za mną. Macha do mnie niezbyt serdecznie i kiwa mi, że mam już ruszać. Klakson ma chyba nowy, bo używa go kilka razy. Musi jej się bardzo spieszyć, skoro zachęca mnie do wyjazdu prosto pod koła pędzących samochodów. Ma pecha, bo za długo jestem kierowcą, żeby można mnie było zdenerwować klaksonem. Nie w takich sytuacjach się na mnie klaksoniło! Ha! W takich momentach cieszę się, że mam nerwy ze stali i nie daję się sprowokować. Czekam. Patrzę, patrzę i czekam. Nagle jing i jang zmienia położenie o 90 stopni Celsjusza, robi się korytarz sejsmiczny i jakimś cudem znajduję przestrzeń hipokampa między jadącymi samochodami. Pojawia się odpowiedni moment pędu i wyjeżdżam; pani za mną. Cały czas macha do mnie, wyraźnie ruszając ustami.
Mogłabym zrozumieć jej zdenerwowanie, gdyby była pracownicą służb drogowych i jechała naprawić zepsutą sygnalizację świetlną, która ułatwiłaby nam wyjazd. Chcę wierzyć, że tak właśnie było. I to był jej samochód służbowy. Mercedes wielki jak lotniskowiec. I to są te oszczędności w budżetówce? ;-)
Abrakadabra, hokus pokus, hejkum kejkum i te sprawy.
Jing i jang kierownicy. Oni się spieszą, ja się nie spieszę, bo nie mogę. Oni jadą, ja stoję. Czekam. Mija sekunda za sekundą. Prawdopodobnie przed skrzyżowaniem ktoś umieścił znak: Zakaz wpuszczania samochodów, wyjeżdżających z prawej strony. Ci, którzy stoją po przeciwnej stronie skrzyżowania i chcą skręcić w lewo, zaczynają kopać pod swoimi samochodami studnie głębinowe, żeby mieć w razie czego dostęp do wody.
Nagle słyszę dźwięk klaksonu. Rozglądam się na boki, potem zerkam we wszystkie możliwe lusterka. Okazuje się, że klaksoniarzem jest pani w samochodzie za mną. Macha do mnie niezbyt serdecznie i kiwa mi, że mam już ruszać. Klakson ma chyba nowy, bo używa go kilka razy. Musi jej się bardzo spieszyć, skoro zachęca mnie do wyjazdu prosto pod koła pędzących samochodów. Ma pecha, bo za długo jestem kierowcą, żeby można mnie było zdenerwować klaksonem. Nie w takich sytuacjach się na mnie klaksoniło! Ha! W takich momentach cieszę się, że mam nerwy ze stali i nie daję się sprowokować. Czekam. Patrzę, patrzę i czekam. Nagle jing i jang zmienia położenie o 90 stopni Celsjusza, robi się korytarz sejsmiczny i jakimś cudem znajduję przestrzeń hipokampa między jadącymi samochodami. Pojawia się odpowiedni moment pędu i wyjeżdżam; pani za mną. Cały czas macha do mnie, wyraźnie ruszając ustami.
Mogłabym zrozumieć jej zdenerwowanie, gdyby była pracownicą służb drogowych i jechała naprawić zepsutą sygnalizację świetlną, która ułatwiłaby nam wyjazd. Chcę wierzyć, że tak właśnie było. I to był jej samochód służbowy. Mercedes wielki jak lotniskowiec. I to są te oszczędności w budżetówce? ;-)
niedziela, 29 kwietnia 2018
opakowanie
Na każdym palcu sygnet wielkości orzecha. Srebra bransoleta gruba jak łańcuch niewolnika. Zegarek z ogromną tarczą. Biała, półprzezroczysta obcisła koszulka opina ciało, skatowane odżywkogodzinami na siłowni. Opalenizna w kolorze usychającej mandarynki nie jest efektem działania sił natury.
To opakowanie.
W środku spokojny, zrównoważony, miły Człowiek. Inteligentny, zdystansowany, bezpośredni.
Może nie było innych opakowań, więc wziął, jakie zostało, może zabrał takie celowo. Wszystko jedno. Warto zajrzeć do środka.
To opakowanie.
W środku spokojny, zrównoważony, miły Człowiek. Inteligentny, zdystansowany, bezpośredni.
Może nie było innych opakowań, więc wziął, jakie zostało, może zabrał takie celowo. Wszystko jedno. Warto zajrzeć do środka.
piątek, 27 kwietnia 2018
próżni
![]() |
| px.here |
Niestety Natura nie znosi próżni.
Spojrzała na puste pokoje dzieci i postanowiła zesłać mi coś w prezencie.
Do wyboru była kąpiel w kozim mleku z płatkami róż, wyjście do kina albo ból głowy wielki jak pancernik Potiomkin.
No żesz, cholera jasna...
spamem
![]() |
| jeja.pl |
Wpadł tam jeden komentarz lisa p.
(Ale że dlaczego akurat jeden i dlaczego od lisa??)
a poza nim wszystkie inne uznane za spam komentarze napisane są po angielsku.
Niektóre zaczęłam nawet czytać.
Zastanawiające jest, że komuś nie szkoda czasu na pisanie takich rzeczy.
Rozumiem, że rozsyła je automat, ale przecież ktoś to musi wymyślać
Nie wyobrażam sobie takiego spędzania życia.
Biedni ludzie, jeśli nie mają lepszych pomysłów na wolne popołudnia...
wtorek, 24 kwietnia 2018
wieloetapowo
Uwielbiam przyglądać się maszynom, które działają wieloetapowo. Jeden element nastrzykuje jakąś paćkę, w tym samym momencie inny rozszerza tubkę, wtedy trzeci przesuwa kartonik, a czwarty już podąża z zakrętką i gdy piąty wpycha paćkę do tubki, pierwszy natychmiast nakleja kartkę z datą produkcji i jednocześnie przekazuje szóstemu kijek do rozszerzania tubki. Taka niby robota taśmowa, ale w przestrzeni. Wszystkie elementy wykonują swoją pracę zawsze tak samo długo (albo tak samo krótko) i wygląda to na idealną maszynerię. Bo takie jest.
Wczoraj miałam okazję oglądać takie urządzenie na żywo.
"Na żywo" ma tu dwa znaczenia - widziałam taką pracę własnymi oczami, stojąc w hali produkcyjnej, ale "na żywo" oznacza też, że poszczególne części tej maszynerii były żywe. Bardzo żywe. Najmłodsza miała jakieś 21 lat, a najstarsza około 64,5. Sześciu mężczyzn dmuchało szkło w hucie. Wszyscy robili tę pracę w idealnej harmonii, każdy z zamkniętymi oczami mógł przekazywać dalej kij z wiszącą banieczką szkła, a jednocześnie odbierać drugą ręką kulę gotową do wstępnego nadmuchania. Ich szlaki krzyżowały się, ale nigdy nie wpadali na siebie, bo ich ruchy były precyzyjnie wyliczone w czasie. Początkowo nie mogłam zrozumieć, jak to możliwe. Żadnych zbędnych gestów, jeden wyciąga do drugiego rękę i za sekundę ma w tej ręce to, co powinien mieć. I tak za każdym razem. Bez przerwy. Bez żadnych rozmów.
I wreszcie zrozumiałam, dlaczego kobiety nie są hutnikami.
Gdyby mnie tam ktoś postawił, sto razy bym kogoś poszturchnęła, gestykulując podczas gadania, za każdym razem usiłowałabym coś zmienić, żeby było mi wygodniej, co kilka chwil mówiłabym do kogoś "proszę, Heniu", a on, chcąc mi odpowiedzieć, wyjmowałby z ust dmuchawkę i cały cykl zaczynalibyśmy od początku.
Szkołę hutniczą wykreślam z mojej listy "Tego się będę kiedyś uczyć" ;-)
![]() |
| www.marta2.pl |
Wczoraj miałam okazję oglądać takie urządzenie na żywo.
"Na żywo" ma tu dwa znaczenia - widziałam taką pracę własnymi oczami, stojąc w hali produkcyjnej, ale "na żywo" oznacza też, że poszczególne części tej maszynerii były żywe. Bardzo żywe. Najmłodsza miała jakieś 21 lat, a najstarsza około 64,5. Sześciu mężczyzn dmuchało szkło w hucie. Wszyscy robili tę pracę w idealnej harmonii, każdy z zamkniętymi oczami mógł przekazywać dalej kij z wiszącą banieczką szkła, a jednocześnie odbierać drugą ręką kulę gotową do wstępnego nadmuchania. Ich szlaki krzyżowały się, ale nigdy nie wpadali na siebie, bo ich ruchy były precyzyjnie wyliczone w czasie. Początkowo nie mogłam zrozumieć, jak to możliwe. Żadnych zbędnych gestów, jeden wyciąga do drugiego rękę i za sekundę ma w tej ręce to, co powinien mieć. I tak za każdym razem. Bez przerwy. Bez żadnych rozmów.
I wreszcie zrozumiałam, dlaczego kobiety nie są hutnikami.
Gdyby mnie tam ktoś postawił, sto razy bym kogoś poszturchnęła, gestykulując podczas gadania, za każdym razem usiłowałabym coś zmienić, żeby było mi wygodniej, co kilka chwil mówiłabym do kogoś "proszę, Heniu", a on, chcąc mi odpowiedzieć, wyjmowałby z ust dmuchawkę i cały cykl zaczynalibyśmy od początku.
Szkołę hutniczą wykreślam z mojej listy "Tego się będę kiedyś uczyć" ;-)
poniedziałek, 23 kwietnia 2018
gęstościowym
Dowiedziałam się niedawno o zmyśle gęstościowym bakterii.
Polega on na tym, że zupełnie nie mogę tego zrozumieć, ale wcale mi to nie przeszkadza w fascynowaniu się tym zjawiskiem.
Uważam, że też mam zmysł gęstościowy. Mój działa w ten sposób, że gdy atmosfera robi się zbyt gęsta, uciekam. Najchętniej po cichu. Czasami przypomina mi się wtedy, że muszę zrobić coś ważnego, a czasami "dostaję" sms-a z ważną sprawą.
Można z tego wywnioskować, że zmysł gęstościowy działa w moim przypadku poprzez mózg (pamięć) i poprzez moją komórkę.
Łącząc powyższe informacje, mogę stwierdzić, że zmysł gęstościowy działa na moją jedną (oby nie jedyną) komórkę w mózgu.
Czyli zmysł gęstościowy jest zmysłem mononeuronalnym, podlegającym wahaniom elektroinformatycznym.
Gdyby ktoś kiedyś usiłował wmówić Wam jakieś bzdury na temat zmysłu gęstościowego, nie dajcie się zmanipulować! Powołajcie się na mnie i moje wnikliwe spojrzenie na sprawę.
Polega on na tym, że zupełnie nie mogę tego zrozumieć, ale wcale mi to nie przeszkadza w fascynowaniu się tym zjawiskiem.
![]() |
| losyziemi |
Można z tego wywnioskować, że zmysł gęstościowy działa w moim przypadku poprzez mózg (pamięć) i poprzez moją komórkę.
Łącząc powyższe informacje, mogę stwierdzić, że zmysł gęstościowy działa na moją jedną (oby nie jedyną) komórkę w mózgu.
Czyli zmysł gęstościowy jest zmysłem mononeuronalnym, podlegającym wahaniom elektroinformatycznym.
Gdyby ktoś kiedyś usiłował wmówić Wam jakieś bzdury na temat zmysłu gęstościowego, nie dajcie się zmanipulować! Powołajcie się na mnie i moje wnikliwe spojrzenie na sprawę.
niedziela, 22 kwietnia 2018
kurorcie
Słowo "kurort" kojarzy mi się z przyrodą, ciszą, spokojem, zrelaksowanymi ludźmi w wygodnych butach, którzy w celach terapeutycznych przemierzają alejki parkowe, rozkoszując się wolnością i powolnością.
Od wczoraj jestem w kurorcie. Z przyczyn zawodowych.
Przyjechałam wieczorem. Zapytałam właścicieli pensjonatu, gdzie mogę iść na szybki, męczący, przedsenny spacer bez tłumów. Usłyszałam: na bieżni w siłowni.
Gdy wyszłam na zewnątrz w legginsach, koszulce i bluzie przewiązanej w pasie, zrozumiałam, że wieczorem nie znajdę ciszy i spokoju. Wieczorem przecież zaczynają się dancingi!
Dziś rano wyjrzałam przez okno i oniemiałam: deptakiem przesuwają się tłumy ludzi ubranych, jakby szli na chrzciny do bratanka. Panie, odziane w kościołowe buty, eleganckie, nieco zbyt obcisłe spodnie lub przykrótkie spódniczki oraz różowe bluzeczki z cekinami, trzymają pod pachami białe torebusie. Panowie posuwistym krokiem przechadzają się w ciemnych spodniach na kant, pełnych beżowych butach, koszulach, z nieodłącznymi saszetkami na pętelce.
Troszkę wygląda to jak prezentacja zwierzyny na końskim targu.
Z niektórych straganów słychać muzykę z czasów gdy byłam bardzo młoda, albo nawet jeszcze bardziejszą.
W sklepie z pamiątkami można kupić deseczkę w kształcie penisa, z wyciętymi otworami o różnej średnicy. Największy otwór, o średnicy około 4 cm to kategoria "mistrz".
Sprawdziłam w Wikipedii, jaka jest definicja "kurortu". Kurort to miejscowość dysponująca czynnikami leczniczymi. Spokój i cisza nie mieszczą się w definicji. Żyłam w błędzie.
Od wczoraj jestem w kurorcie. Z przyczyn zawodowych.
Przyjechałam wieczorem. Zapytałam właścicieli pensjonatu, gdzie mogę iść na szybki, męczący, przedsenny spacer bez tłumów. Usłyszałam: na bieżni w siłowni.
Gdy wyszłam na zewnątrz w legginsach, koszulce i bluzie przewiązanej w pasie, zrozumiałam, że wieczorem nie znajdę ciszy i spokoju. Wieczorem przecież zaczynają się dancingi!
Dziś rano wyjrzałam przez okno i oniemiałam: deptakiem przesuwają się tłumy ludzi ubranych, jakby szli na chrzciny do bratanka. Panie, odziane w kościołowe buty, eleganckie, nieco zbyt obcisłe spodnie lub przykrótkie spódniczki oraz różowe bluzeczki z cekinami, trzymają pod pachami białe torebusie. Panowie posuwistym krokiem przechadzają się w ciemnych spodniach na kant, pełnych beżowych butach, koszulach, z nieodłącznymi saszetkami na pętelce.
Troszkę wygląda to jak prezentacja zwierzyny na końskim targu.
![]() |
| mówiąnamieście |
W sklepie z pamiątkami można kupić deseczkę w kształcie penisa, z wyciętymi otworami o różnej średnicy. Największy otwór, o średnicy około 4 cm to kategoria "mistrz".
Sprawdziłam w Wikipedii, jaka jest definicja "kurortu". Kurort to miejscowość dysponująca czynnikami leczniczymi. Spokój i cisza nie mieszczą się w definicji. Żyłam w błędzie.
sobota, 21 kwietnia 2018
faraon
![]() |
| wikipedia |
I to w kobiecej postaci!
Widziałam wczoraj! Siedział niedaleko mojego stolika i pił piwo z dużego kufla. Miał czerwoną sukienkę, czarne sandały, długie, czarne, proste włosy, czarne oczy, rzęsy długie na około 3,5 cm i całą złotą twarz! Całą!
Wnikliwa analiza pomogła mi wyciągnąć następujące wnioski:
1. albo jakaś brunetka pomyliła puder ze złotym cieniem;
2. albo niesforny faraon wylazł z sarkofagu a zapomniał zdjąć maskę;
3. albo teraz jest taka moda, a ja się nie znam.
Numer 2, dobra?
czwartek, 19 kwietnia 2018
rozmiary
Miejsce akcji: sklep obuwniczy.
![]() |
| stylowi.pl |
Podziękowałam i wyszłam. Nie zdążyłam nawet pomyśleć, czy chcę coś kupić. Pan z którym "rozmawiałam" pełnił w tym sklepie rolę sprzedawcy, kupującego i wyrzutów sumienia.
środa, 18 kwietnia 2018
spojrzenie
Na parkingu przed sklepem krąży mocno zniszczony życiem satelita. Twarz w kolorze wyschniętego ziemniaka, matowe spojrzenie głęboko osadzonych oczu, chód trochę jakby wieża w Pizie przechodziła nieco bardziej w lewo, a trochę jakby ktoś przesuwał stary fortepian.
W skali uzależnień: 10/10.
Przygląda się wysiadającym z samochodów gwiazdom i próbuje ugrać swoje "chociaż bułeczkę".
Ma swój honor ("nie jestem żebrakiem!").
Ma swoje zwyczaje ("jutro też tu będę, szefowo!").
Ma swoją dumę ("a gdyby tak chociaż 50 groszy?").
Kiedyś bałam się tych satelitów. Krążących między życiem a śmiercią. Między nieznaczną świadomością umysłu a zupełnym odlotem. Pojawiających się znikąd. Znikających nigdzie.
Teraz kupuję im coś, co nie rozsadzi resztek wątroby, dziękuję za życzenia "zdrowia, piękna pani!" i tylko trzymam kciuki, żeby miłosierna elipsa pozwoliła ich dzieciom nie wpaść w te same tory...
W skali uzależnień: 10/10.
![]() |
| wiadomości-gazeta.pl |
Ma swój honor ("nie jestem żebrakiem!").
Ma swoje zwyczaje ("jutro też tu będę, szefowo!").
Ma swoją dumę ("a gdyby tak chociaż 50 groszy?").
Kiedyś bałam się tych satelitów. Krążących między życiem a śmiercią. Między nieznaczną świadomością umysłu a zupełnym odlotem. Pojawiających się znikąd. Znikających nigdzie.
Teraz kupuję im coś, co nie rozsadzi resztek wątroby, dziękuję za życzenia "zdrowia, piękna pani!" i tylko trzymam kciuki, żeby miłosierna elipsa pozwoliła ich dzieciom nie wpaść w te same tory...
poniedziałek, 16 kwietnia 2018
jakiś
![]() |
| demotywatory |
I wtedy czarna sylwetka ląduje na moim tarasie. Na czterech łapach. Nawet nie odwraca swojego ogromnego cielska w moją stronę. Nie zaszczyca mnie spojrzeniem kocich oczu. Idzie dalej. Prawdopodobnie wykonuje swój cowieczorny obchód okolicy.
Teraz czekam na hałas, który zrobi wracając z polowania. Sądząc po rozmiarach, był to tygrys szablozębny. Lub inny jakiś. Z kotowatych.
piątek, 6 kwietnia 2018
żal
środa, 4 kwietnia 2018
biegnie
Zadzwoniła J. po prawie 30 latach.
Cudowna okoliczność, w której czas biegnie w drugą stronę.
Po to człowiek chodzi do liceum, żeby po stuleciach odebrać taki telefon. Jakaś korzyść z chodzenia do szkół. Mimo że z opóźnieniem.
Cudowna okoliczność, w której czas biegnie w drugą stronę.
Po to człowiek chodzi do liceum, żeby po stuleciach odebrać taki telefon. Jakaś korzyść z chodzenia do szkół. Mimo że z opóźnieniem.
poniedziałek, 2 kwietnia 2018
wożona
![]() |
| xdpedia.pl |
"Mamo, może byś gdzieś chciała pojechać?" - tak brzmi pytanie, dające matce tyle szczęścia ;-)
Subskrybuj:
Posty (Atom)












