
- Dowożę do szkoły trzy dziewczynki. Dwie własne, jedna pożyczona. Do domu trzeciej dziewczynki jedziemy drogą, zwaną szumnie gruntową. Gruntu na niej niewiele, przeważają dziury, wąwozy i kaniony. Jazda po niej to bezustanny slalom. Nie slalom pomiędzy dziurami, bo się nie da. Jest to slalom związany z próbami jechania chociaż jednym kołem po górkach, gdyż albowiem utknięcie wszystkimi czterema kołami w dołkach może spowodować dłuższy postój. Droga ma około kilometra, przejazd nią zajmuje ponad 5 minut. Pięć podskakujących minut, z oczami wlepionymi w trasę, z okrzykami: mamo, w lewo!, mamo, duży dół po prawej!, mamo, spróbuj teraz szybciej!.
Dziś, jak zwykle, moje dziecię zadzwoniło do koleżanki, informując, że wyjeżdżamy. Trzecia dziewczynka kończy wtedy śniadanie, zakłada paltocik, bierze tornister i wychodzi z domu, oczekując, aż my się dokulamy. I co się dziś stało? Wyrównali nam drogę! Nie, żeby aż asfalt, ale przejechał spychacz i mamy prawdziwą drogę gruntową, którą można jechać!
Zburzyło nam to cały dojazd do szkoły. Byłyśmy za wcześnie pod domem trzeciej dziewczynki, ona się zdenerwowała, że musiałyśmy na nią czekać, dojechałyśmy szybciej do pierwszej szkoły, co pociągnęło za sobą łańcuszek dzieci, przyjeżdżających za wcześnie na lekcje.
Taka sytuacja.