wtorek, 8 marca 2016

life

- Anglicy zawsze tacy grubiańscy. Nie to co my - naród z tradycjami, bogatą historią, kulturą języka i obyczaju. A u nich prostactwo na każdym kroku widać. Weźmy na przykład taki zwrot: samo życie. Ileż w nim treści. Ileż poezji. A po angielsku? Fucking life! Niegustownie.
- Chyba się pomyliłaś, bo fucking life znaczy pieprzone życie.
- Proszę, nawet nasze pieprzone życie ma w sobie tę filuterną dwuznaczność...

6 komentarzy:

  1. Hehe, co do historii i obyczaju, to bym się pospierała... no ale angole nie święcą jajek, a przecież to mocno pogańskie jest, takie nasze, tradycyjne :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mieszanka chrześcijaństwa i pogańskich wierzeń jest rozczulająca. Pisanki, choinka, zajączki, pączki w tłusty czwartek, sanie św. Mikołaja... Koktajl :-)

      Usuń
  2. No pewnie, że prostaki. Jeden taki to napisał nawet sztukę Shopping and Fucking! A u nas, mam nadzieję, pójdzie w tetrach sztuka "Męczeństwo i śmierć błogosławionej Karoliny Kózki". Jak trzeba będzie, sam napiszę!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I znowu nie jestem w temacie.
      Karolina Kózka to ktoś, o kim już powinnam? ;-)

      Usuń
    2. Polacy lepszego sortu wiedzą, kto to była Karolina Kózkówna. Powinnaś :)

      Usuń
    3. Zwykle w takich sytuacjach zżera mnie ciekawość i sprawdzam... Zwykle... ;-)

      Usuń

Miejsce na "myśli nieuczesane":