Odpocznijmy.
Spowolnijmy.
Nie martwy się.
Przyjmujmy lekko.
Przetnijmy sznurki od tych rzeczy, które ciągną się za nami.
Popatrzmy w niebo, cieszmy się z pogody lub niepogody.
Niech to będzie dobry czas.
Odpocznijmy.
Spowolnijmy.
Nie martwy się.
Przyjmujmy lekko.
Przetnijmy sznurki od tych rzeczy, które ciągną się za nami.
Popatrzmy w niebo, cieszmy się z pogody lub niepogody.
Niech to będzie dobry czas.
Mocne, płaskie zimowe słońce świeci z ukosa w jedno z moich okien. Zatrzymuje się na śnieżnobiałej ścianie.
Patrzę na równy, biały, lśniący prostokąt nad stertą książek.
Nagle odsuwam głowę przestraszona - przez moją ścianę przeleciał cień ptaka.
Idealny kształt głowy, skrzydeł i ogona. Czarno na białym.
Poprawia mi się humor.
Jedna jaskółka wiosny nie czyni - mówią. Chrzanić przysłowia.
Wiosna! U mnie wiosna!
Dziś przylatuje starsza córka. Widziałam jej cień na ścianie.
Znajomy pracuje w niderlandzkiej infolinii, która obsługuje osoby chore na covid i członków ich rodzin. Młodzi ludzie siedzą w domach ze służbowymi telefonami przy uchu i udzielają pomocy osobom, które nie wiedzą, co robić. Nie są to lekarze, pracownicy "sanepidu" ani pielęgniarki. To przeszkoleni studenci, którym państwo płaci za kontrolowanie sytuacji i kierowanie osób potrzebujących pomocy we właściwe miejsca. Studenci przekazują telefonicznie procedury, informują gdzie i jak się zgłaszać gdy ma się ciężkie objawy, jak wzywać pomocy, gdzie robić testy, jak się przemieszczać po mieście. Są szczęśliwi, że pomagają, są życzliwi, cieszą się, że mogą sobie dorobić, są bezpieczni, bo pracują z domów, a jednocześnie pełnią naprawdę ważną rolę i są z tego dumni.
Gdy mój mąż zachorował, dostałam od tego znajomego długą wiadomość z informacjami: jeśli jesteś zdrowa, a nie możesz wyprowadzić się z domu/mieszkania gdzie są chorzy, wydezynfekuj wszystkie elementy, których dotykają chore osoby: klamki, włączniki światła, krany, sedes. Trzymaj swój ręcznik poza łazienką, z której korzystają chorzy. Wszyscy domownicy muszą się przemieszczać po domu w porządnych maseczkach. Wietrz wszystkie pomieszczenia, myj naczynia w zmywarce lub wyparzaj. Czyść każde pomieszczenie z góry na dół. Chorzy powinni wysterylizować całą łazienkę po każdym jej użyciu.
A rada najważniejsza była: wyprowadź się, jeśli masz gdzie. Opiekuj się chorymi, przychodząc do nich na jak najkrótszy czas. O wiele bardziej pomożesz rodzinie, gdy będziesz zdrowa.
Dziś Holandia wprowadziła całkowity lockdown. Kraj liberalny najbardziej na świecie zabrania wszystkiego na święta?! Nawet po ulicach można się przemieszczać najwyżej dwójkami?! Zamknięte jest wszystko, co nie jest absolutnie niezbędne do przeżycia?!
Mają świadomość, że cały ich system opieki zdrowotnej został przekierowany na walkę z covidem i długo tak nie pociągną. A u nas... ?
Mąż Kaliny najprawdopodobniej wyjdzie ze szpitala w najbliższych dniach. Ma zapalenie płuc, ale zajęty jest mały obszar, ładnie zareagował na leczenie, więc czas się pakować. Przyjechał do szpitala w odpowiednim momencie, gdy zapalenie płuc dopiero się zaczęło i nie będzie musiał być poddawany przykrym procedurom. Spośród jego 80 współpacjentów z sali kilku wylądowało pod respiratorem, kilku zostało oddzielonych parawanami, co sugeruje, że jest z nimi gorzej.
Mąż Kaliny rozmawiał wczoraj z panem, który od dwóch tygodni leży na tej samej hali z zapaleniem płuc, obejmującym 40% narządu. Pan ma słabe perspektywy na wyjście do domu na święta. Ciągle jest pod tlenem, kiepsko mu się oddycha i nadal rokowania nie są pewne. Pan podczas rozmowy przyznał się, że żałuje, że się nie zaszczepił, ale sądził, że nie warto.
I to by było na tyle.
Kupiłam sobie pół kilograma wiśni w czekoladzie. Jem. Zastanawiam się, czy bardziej zadziała na mnie alkohol, czy cukier.
Jutro zaczynam pracę po godzinie 10.
Dam radę wstać.
Mąż Kaliny od dziś w szpitalu, pod tlenem. Choruje już 10 dni i nie ma poprawy.
Szpital tymczasowy nie powala przytulnością, ciszą i atmosferą sprzyjającą zdrowieniu. Mąż leży na jednej sali z kilkudziesięcioma innymi osobami a sala jest wielkości boiska do koszykówki. To co mnie pociesza, to fakt, że zrobią mu badania - rtg, jutro tomograf - więc będzie wiadomo czy rzeczywiście ma zapalenie płuc i może wdrożą leczenie przeciwwirusowe.
Shit...
To, że Kalina przeczytała rano ostrzeżenie przed gołoledzią nie oznaczało jeszcze, że zrozumiała moc zagrożenia...
Nie da się kroku zrobić.
Wszystko pokryte jest lodem, pada deszcz, który natychmiast zamarza, ludzie przemieszczają się albo na trawnikach, albo na pupie...
I, jak zwykle w takich chwilach, Kalina zastanawia się, skąd pochodzi słowo "gołoledź", bo niby jest bardzo adekwatne, a jednak wcale nie.
PS. A sąsiad wysypuje na chodnik sól z solniczki...
Moje studia podyplomowe w trybie zdalnym traktuję poważnie i staram się wyciągnąć z nich co się da. Ale czasami się nie da...
Po trzecim "lubiem", po dziesiątym "lubieją" i po piątym "przełanczam" musiałam przestać. Przełanczyłam się na książkę o pszczołach. Z sukcesem.
Spadł śnieg. Oznacza to, że wszyscy na letnich oponach kręcą się w kółko jak fryga, a reszta stoi w korkach i ćwiczy cierpliwość.
Śnieg w grudniu?! Kto by się spodziewał...
Mąż Kaliny zarejestrował się na test - stracił smak i węch, bardzo źle się czuje... Córka też jest chora. Jutro rano Kalina jedzie po zakupy - potrzebujemy zapasu żywności, gdyby okazało się, że Kalina też się zaraziła...
Tęsknię za mamą.
Byłam dziś w jej mieszkaniu.
Ciekawe, jak długo w mojej głowie to będzie mamy mieszkanie...
Jest wiele korzyści z tego, że jest się starszą niż kiedyś.
Przede wszystkim przytępia się wzrok i słuch.
Już nie słyszy się wszystkich głupich komentarzy i nie widzi się pogardliwych min.
Można robić swoje. Jeśli ma się na to siły, oczywiście...
Ostrzegała mnie przed tym człowiekiem. Mówiła, że jest toksyczny i agresywny. Znałam go i nie miałam takiego wrażenia. Wydawał mi się zaangażowany i zadaniowy. Prosiła, żebym była ostrożna w kontaktach z nim, bo miała okazję poznać go ze złej strony i wie, jaki jest niebezpieczny. Niebezpieczny psychicznie. Wydawało mi się, że nie mam się czym przejmować, bo radzę sobie w kontaktach z ludźmi i potrafię nastawiać ich do siebie pozytywnie.
Wczoraj, podczas rozmowy ze mną, pokazał, na co go stać. Napisałam do niej sms-a. Oddzwoniła. "Jak się czujesz" - spytała. Wysłuchała. Nakazała mi natychmiastowe zostawienie wszystkiego i pójście spać. Zarządziła pilne spotkanie następnego dnia. Poznała się na nim wcześniej.
Gdy pracowałam w korporacji, żyłam w bezustannym stresie. Chodziłam spać i budziłam się w poczuciu, że nie zdążę. Wisiała nade mną wizja utraty pracy, ponieważ firma motywowała pracowników legendarnym już "na twoje miejsce czeka dwudziestu lepszych niż ty". Wykonywałam dziesiątki absurdalnych raportów, służących niczemu - w korporacji nie dyskutuje się z poleceniami, a szef na każdym szczeblu musi się wykazać, więc każdy z nich wymyśla nowe, bezsensowne polecenia. Pracownicy siedzą po nocach.
Większość zatrudnionych w firmie osób to były młode matki. Należało im pokazać, że praca wymaga poświęceń. Obowiązkowe, wyjazdowe, tygodniowe szkolenia rozpoczynające się 1 września, były normą. Koleżanki płakały przy telefonie, słuchając, jak ich dzieci radziły sobie pierwszego dnia szkoły czy przedszkola. One w tym czasie, w jakimś ośrodku konferencyjnym na Mazurach, szkoliły się z zasad komunikacji interpersonalnej.
Każdy z nas inaczej przeżywał stresy, inaczej radził sobie z bezustannym napięciem. Ja zaczęłam chorować - miałam objawy reumatologiczne. To była odpowiedź mojego ciała na ciągły stan najwyższego napięcia, w którym żyłam.
Odeszłam z korporacji i nie chciałabym nigdy wracać. Zdobyłam tam mnóstwo wiedzy, kilku dobrych znajomych i jedną przyjaciółkę. Nauczyłam się występować publicznie, zasypiać na nudnych wykładach i jeździć samochodem w najgorszych warunkach pogodowych. Nauczyłam się też rozpoznawać psychopatów i socjopatów, donosicieli, nałogowych oszustów i alkoholików.
A piszę to dlatego, że od jakiegoś czasu mam poczucie pracy w identycznym stresie, jak wówczas. Oczywiście nie grozi mi natychmiastowe zwolnienie, nie słyszę, że dwadzieścia innych osób stoi przy płocie szkoły i czeka na moje miejsce, nie pracuję z psychopatami i dręczycielami, ale stres, poczucie "niezdążenia", napięcie, zagrożenie są podobne.
Kolejne klasy zostały skierowane na kwarantannę. Dzieci zarażają się jedno od drugiego. W sąsiednim domu dziecka pogrom. Chorują zaszczepieni nauczyciele, ich bliscy są w szpitalach.
Nazywanie tego czwartą, ósmą, dziesiątą falą zaczyna mnie wkurzać. Bo dla kolejnych osób z rodzin moich znajomych to była ostatnia fala. Dzisiaj jest pogrzeb jednej z nich.
Skończyłam "Kronikę ptaka nakręcacza". Łał...
Im dłużej czytałam, tym bardziej chciałam, żeby się jeszcze nie kończyła.
Jestem zachwycona sztuką pisarską. Powieść skonstruowana jak komoda z milionem szufladek: co jakąś otwierasz, to czujesz, że coś się nie zgadza, ale dokładnie nie wiesz, co. Otwierasz sąsiednią i czujesz, że skądś znasz zawartość. Delikatnie wysuwasz inną, a tam coś, co zupełnie nie pasuje do całości. Zaglądasz do kolejnej, a tam siedzi roześmiany autor i pokazuje ci figę z makiem. Kolejne rozdziały pomalutku zaczynają składać się w całość. Całość, której właściwie w tej powieści nie ma. Wszystko przenika się, zazębia, wyciąga macki i skleja, ale i tak nic do siebie nie pasuje.
W recenzjach czytałam, że książka jest o mężczyźnie, który ze studni przeszedł do jakiegoś pokoju. Serio? Jeśli tak, to "Krzyżacy" są o pająkach, budujących sieci na polach Grunwaldu...