Nie jestem specjalistką od leśnych kąpieli. Raczej porównałabym się do człowieka, który kiedyś zobaczył muchę, a wypowiada się na temat awiacji, ale przedstawiam, co zrozumiałam i co sobie sama dopowiedziałam:
Japończycy zaczęli badać wpływ kontaktu z dziką przyrodą na zdrowie człowieka. Odkryli, że jest między naturą a naszym samopoczuciem zależność. Zmierzyli, zważyli i dobudowali teorię. Która to teoria wcale a wcale nie jest mi potrzebna do szczęścia.
Idea leśnych kąpieli jest popularyzowana. A wygląda to tak:
grupa ludzi niespiesznie, z uwagą, wsłuchując się, wwąchując i wpatrując przechadza się po miejscach dzikich i pięknych. Ktoś kąpielowy spacer przygotowuje, prowadzi, zachęca do chodzenia po trawiastych chaszczach, wilgotnych brzegach strumieni, omszałych zagajnikach. Każdy może powiedzieć co ciekawego zauważył, co usłyszał, jak się czuje. Porównuje się zapach lasu liściastego i iglastego, łąki i brzegu jeziora. Wszystkiego się dotyka, można oglądać każdą napotkaną ważkę i liczyć nitki w pajęczynie. Ale nie trzeba. Można zamknąć oczy i próbować ustawić twarz tak, żeby wiatr wiał na oba policzki tak samo. A można też usiąść przy pniu i robić wielkie nic. Bo to kąpiel jest, a ta, jak wiadomo, u każdego wygląda inaczej.
Dotarłam na kąpielowy spacer z uciskiem w klatce piersiowej, w stresie, z niepokojem i ściśniętym gardłem. Przez pierwsze dwie godziny nie odezwałam się ani słowem, bo struny głosowe miałam związane w wielki supeł. Powoli stres się ulotnił, wiatr wywiał mi ucisk z ciała, palce u rąk przestały zaciskać się wokół kciuków, przypomniałam sobie, że chcę się napić i zjeść ryżowego wafla. A potem posiedziałam oparta plecami o wielką sosnę i zrobiłam sobie przy niej zdjęcie. Sosna nie wspomniała o RODO, więc zamieszczam: