niedziela, 22 listopada 2015

wymiarze

Wsiadłam rano do samochodu. Pogoda cudna nie była, bo trudno spodziewać się cudu meteorologicznego w listopadzie. Dało się przeżyć - błogie "plus pięć" wciskało się za kołnierz, ale termokubek ratował sytuację. Kluczyk w stacyjce, stacja benzynowa i ruszam w drogę. Kilka kilometrów za tabliczką "koniec miasta mego" zaczęło lać. Zgodnie z definicją ulewy. Deszcz wszędzie. Wycieraczki biegają jak szalone, nie widać nic. W takim stanie spędziłam dojazd do autostrady, autostradę, zjazd z autostrady. Na miejscu deszczu brak. Pogoda może nie jest lipcowa, ale bez parasola mogłam opuścić bezpieczną strefę czterech kółek. Wieczorem - przyszedł czas rozstań i powrotów. Wsiadam w samochód i razem z Hołowczycem jedziemy. Ciemno, zimno, do domu daleko. Kilka kilometrów za tabliczką "koniec miasta owego" zaczęło lać. Zgodnie z definicją ulewy. Deszcz wszędzie. Wycieraczki... itp... aż dojechałam do miasta mego. Tam deszcz zamienił się w mgłę. Nie widząc nic, tylko kierownicę (a i to z trudem, bo miałam okulary do dali) dojeżdżam do domu. A tam...? "Ale mgła, co? A taka była ładna pogoda cały dzień...". Odbyłam podróż w innym wymiarze.

2 komentarze:

  1. Zazdroszczę. Ja wsiadam, jadę i nic. Trzy wymiary plus czas. I wszystko zgrane perfekcyjnie. Nawet policja z radarem też jest. I radar pokazuje dokładnie to, co było. Żadnych efektów relatywistycznych. Takie dobicie dziobem.

    OdpowiedzUsuń

Miejsce na "myśli nieuczesane":