Pierwszy weekend od niepamiętnych czasów, podczas którego Kalina nie pracowała.
To niezwykłe - obudzić się i nie musieć.
Śniadanie - powoli.
Po śniadaniu - łóżko i książka.
Porządki w ogródku, zimne nogi i ręce, łóżko.
I tak aż do wieczora.
-Ile przegrali? - spytała Kalina, obudzona z krótkiej drzemki.
- 3:1, ale wstydu nie było - powiedział mąż Kaliny, który właśnie zapadał w drzemkę.
Taka niedziela.
przegrana była wpisana w ten mecz )) i ja lubię takie łikendy.
OdpowiedzUsuńJa na szczescie w weekendy nic nie musze. Dzisiaj jednak tez troche porobilam, zawiesilam mianowicie jedzonko dla ptakow na naszym swierku, do czego potrzebowalam drabiny, bo chcialam zawiesic na takiej wysokosci, zeby koty mialy przez okno swoja telewizje. A oprocz tego pozwolilam sie rozpieszczac masazem. Tez lubie takie niedziele.
OdpowiedzUsuńAaa, meczu nie widzialam, bo wciaz bojkotuje ten zalosny spektakl.
UsuńTeż nie widziałam. Dosłownie: przespałam :-)
UsuńCałkiem podobny miły weekend, tylko bez piłki kopanej w tle.
OdpowiedzUsuńTakie weekendy powinny być zapisywane na receptę :-)
OdpowiedzUsuńo tak ... każdy taki piżama day trzeba dobrze docenić ;)
OdpowiedzUsuńSlowem roku jest "goblin mode" czyli to co robimy w weekendy, niektorzy czesciej.
OdpowiedzUsuń